Władcy marionetek w końcu u nas – Metallica po raz pierwszy w Polsce w 1987 roku
- 10-02-2026
- Kuba Banaszewski
Dwa koncerty. Dwa wieczory w katowickim Spodku 10 i 11 lutego 1987 roku. Trasa „Damage Inc.” Metalliki, promująca przełomowy i wielki, być może największy, po dziś dzień album „Master of Puppets”. Wszystko to w cieniu szarzyzny schyłkowego PRL-u i tragedii, która naznaczyła zespół na zawsze. Niezapomniane wspomnienia, legendy i mit, który naznaczył polską scenę na długo. Jak doszło do tych wydarzeń i dlaczego zaznaczyły się one tak mocno w koncertowej historii Polski? Wszystko zaczęło się już rok wcześniej.
„Master of Puppets” wzniosło ich na wyższy poziom
40 lat temu – 3 marca 1986 roku – Metallica wydała swój przełomowy, trzeci krążek „Master of Puppets”, który z obiecujących czempionów metalu, uczynił prawdziwe gwiazdy gatunku. Co tu dużo mówić, byli w mocnym gazie, nie było wtedy mowy o półśrodkach, słowem – muzycznie nie brali jeńców. „Władca marionetek” po dziś dzień, słusznie, uznawany jest za arcydzieło – był pierwszym albumem o tak szerokim rezonie, jaki roztoczyła wokół siebie amerykańska kapela, a także ostatnim w składzie, w jakim Metallica święciła największe triumfy w latach 80. Muzycy nie oszczędzali się zarówno na scenie, jak i poza nią – znani byli coraz mocniej nie tylko ze swojej metalowej mocy, ale i burzliwym życiu na backstage’u. Tam również dawali czadu, a z racji niewątpliwego sukcesu nowej płyty, trasy były coraz częstsze, większe, zahaczające o nowe rejony. Takie jak na przykład egzotyczna dla Zachodniego świata Polska, którą od powszechnej dostępności koncertowych dóbr najwyższej próby, oddzielała wciąż Żelazna Kurtyna.
W tym samym 1986 roku, coś się jednak ruszyło. Oczywiście, nie było jeszcze mowy o regularnych wizytach zachodnich artystów w naszym kraju, jednak ci co mogli – i mieli pasję, zapał oraz dojścia – dwoili się i troili, by przyciągać do Polski jak najwięcej zespołów, które wtedy cieszyły się największą popularnością. I w tym przypadku szczególnie członkowie metalowej braci mieli niewątpliwe prawo czuć się zauważeni i docenieni. Wielka i rosnąca wciąż popularność ciężkich brzmień nad Wisłą, zaowocowała nie tylko zwiększającą się co rusz liczbą nowych rodzimych zespołów gatunku, ale także – i przede wszystkim – kolejnymi imprezami i koncertami w ich obrębie. W 1986 roku odbyła się pierwsza edycja kultowej Metalmanii, gdzie zaprezentowali się najmocniejsi adepci metalowej przyłożenia, z Katem, Turbo i Vaderem na czele. W tym samym roku Polskę odwiedzili po raz pierwszy m.in.: niemiecki Accept (koncerty w Gdańsku i Warszawie), Saxon oraz powracający już do nas po dwóch latach Iron Maiden, którzy 40 lat temu zagrali u nas aż szczęść wieczorów. Do tego grona miała w ’86 roku dołączyć również Metallica, los miał jednak inne plany. Wcześniejsze koncerty z tego roku nie pozostały jednak bez wpływu na to, co miało zadziać się kilka miesięcy później. Tak wspominał to nieodżałowany Andrzej Marzec, człowiek-instytucja, ówczesny promotor z Agencji Artystycznej Pagart:
„Możliwość sprowadzenia Metalliki wzięła się stąd, że agentem grupy był John Jackson. Człowiek zajmujący się Iron Maiden, którzy wcześniej grali u nas dwukrotnie. Pozostawaliśmy w bliskim kontakcie. Gdy wyłoniła się szansa sprowadzenia zespołu, było to najprostsze dojście. Muzycy Metalliki byli zresztą ciekawi Polski, chcieli tu przyjechać, a ja miałem rekomendację jako dobry organizator”.
Tragiczne wieści z obozu Metalliki
Na koncert Mety polscy fani musieli jednak chwilę poczekać. Nikt nie mógł się też spodziewać, że gdy już do nas dotrą, to w zupełnie innym składzie. Europejska trasa „Damage Inc.” w 1986 trwała w najlepsze. Metallica zaliczała kolejne punkty na mapie Starego Kontynentu, nie pozostawiając wątpliwości o swojej piekielnej formie. I tak jak w morderczym pędzie niekończącej się trasy, zdawali się być nie do zatrzymania, wszystko to zmieniło się w mgnieniu chwili. Gdzieś pośrodku niczego, w połowie europejskiej trasy 1986 roku. 27 września 1986 roku, przemieszczając się pomiędzy kolejnymi salami koncertowymi, członkowie zespołu losowali karty, aby ustalić, w których kojach w autokarze będą spać. Basista grupy Cliff Burton tym razem „wygrał” i noc po koncercie w stolicy Szwecji miał spędzić w koi Kirka Hammetta. Około świtu, w pobliżu Dörarp w Szwecji, kierowca autobusu stracił panowanie nad pojazdem i wpadł w poślizg, co spowodowało, że autobus kilkukrotnie się przewrócił. Ulrich, Hammett i Hetfield nie odnieśli poważnych obrażeń, jednak Burton został przygnieciony przez busa i zginął na miejscu. Hetfield miał później powiedzieć:
„Zobaczyłem autobus leżący dokładnie na nim. Widziałem, jak wystają jego nogi. Wpadłem w panikę. Pamiętam, że kierowca autobusu próbował wyciągnąć koc spod niego, żeby użyć go dla innych ludzi. Po prostu krzyknąłem: „Nie rób kurwa tego!”. Już wtedy chciałem zabić kierowcę autobusu. Nie wiem, czy był pijany, czy wjechał na lód. Wiedziałem tylko, że on prowadził, a Cliff już nie żył”.
Ostatni koncert z Metalliką Cliff Burton dał w przeddzień swojej tragicznej śmierci – 26 września 1986 w Sztokholmie. Miał zaledwie 24 lata.
Kirk Hammett: „Nie mieliśmy czasu, żeby to wszystko przetrawić. Dwa tygodnie później już decydowaliśmy, że jedziemy dalej.”
Lars Urlich: „Cliff był emocjonalnie najsilniejszy z nas wszystkich. Gdyby widział, że siedzimy i się użalamy, wkurzyłby się i kazał nam iść dalej.”
Show musiało trwać dalej, nie było czasu na sentymenty, zresztą młodzi muzycy musieli czymś zająć swe rozchwiane myśli. Na trasę wrócili jesienią, z błogosławieństwem rodziny Burtona i nowym basistą Jasonem Newstedem, gitarzystą trashowej kapeli Flotsam and Jetsam z Phoenix. Muzyków Metalliki miał przekonać fakt, iż Newsted podczas przesłuchań miał wykutą całą setlistę ich koncertów na blachę. Młodzikom zaimponować miało też to, że basista wsunął przy nich całą michę wasabi. Nie zapominajmy, że, choć uznani, dalej pozostawali niesfornymi szczeniakami.
Trudno mówić o przypadkach – pierwszy z katowickich koncertów odbył się bowiem w dniu 25. rocznicy urodzin nieodżałowanego Burtona. Była to sama końcówka ówczesnej trasy. Kolejny po Katowicach koncert, ostatni w ramach naznaczonego tragedią tournée „Damage Inc.”, Metallica dała ponownie w Szwecji, dopinając klamrą zakończenie tego niezwykłego i naznaczonego wielkimi sukcesami oraz tragedią rozdziału w historii zespołu.
Dwa polskie koncerty Metalliki w ramach ostatniej odnogi tournée „The Damage Inc.” ogłoszono jesienią 1986 roku, mniej więcej w podobnym okresie, gdy zespół powrócił na tory z nowym basistą. Była to wizyta znacząca i historyczna, nie tylko ze względu na debiut grupy na polskiej ziemi. Koncerty w Katowicach były również pierwszymi za Żelazną Kurtyną.
Sukces koncertów Metalliki w Polsce
Oba lutowe koncerty w stolicy Górnego Śląska były wyprzedane. Oficjalna wejściówka kosztowała wtedy 1800 złotych (dla rozjaśnienia sprawy – przeciętne zarobki wynosiły wówczas około 30 tysięcy), a wielkie zainteresowanie wydarzeniem zaskoczyło nie tylko organizatorów, ale i sam zespół. Kirk Hammett tak wspominał te chwile wiele lat później w wywiadzie dla onetu:
„Byliśmy zaskoczeni i zwaleni z nóg takim przyjęciem. Naprawdę. Pewnie pamiętasz, że w 1987 roku Metallica nie miała jeszcze długich tras koncertowych, nawet w Ameryce. Tam graliśmy już w nieco większych halach, ale nie występowaliśmy na stadionach. W Europie było trochę lepiej. Tu dość często dawaliśmy koncerty w nieco większych arenach. Przyjechaliśmy do Polski i pamiętam, że hala, w której zagraliśmy, była naprawdę spora. Daliśmy dwa koncerty dzień po dniu i za każdym razem zabrakło biletów. Byliśmy z tego powodu niesamowicie szczęśliwi”.
Dwa wyprzedane wieczory w Spodku przyciągnąć miały po 8 tysięcy fanów na każdy z nich. Szczęśliwcy, którym udało się dorwać bilet, wspominają, że ścisk na płycie Spodka był nie do wytrzymania. Nic to jednak, skoro Metallca muzycznie miała się za to gorące przyjęcie odwdzięczyć z nawiązką. Nim jednak zespół wszedł na scenę w zupełnej ciemności i przy obowiązkowych dźwiękach „The Ecstasy of Gold” Morricone, licznie zgromadzonych w Spodku fanów rozgrzewała inna, rodzima legenda – katowicki zespół Kat. I przynajmniej z pierwszych wieczorów, lekko mówiąc, nie należał do udanych.
Ireneusz Loth, perkusista Kat: „Żadnej próby. Mamy 20 minut, potem wyłączają prąd. Żadnych bisów, dobranoc. To jasne, że ludzie przyszli na Metallikę, ale chcieli też usłyszeć Kata. Gramy, a ja w odsłuchu nie słyszę nic oprócz bębnów. Gitara gdzieś się straciła, ludzie gwiżdżą… Porażka. Potem do garderoby wpadł James Hetfield. Dorwał się do flaszki Żytniej i sam chyba pół wywalił na ex. Potem wydukał coś, że „sorry za koncert i pogada z akustykiem”. Przyszedł akustyk i zapewnił, że następnego dnia będzie lepiej. Nie chcieliśmy grać tego drugiego koncertu, bo zrobili z nas sierotkę Marysię”.
Więcej wyrozumiałości miał zmarły w 2022 roku Roman Kostrzewski, wokalista kapeli, tym bardziej, że drugiego wieczoru sytuacja – zgodnie z zapewnieniami – się nie powtórzyła.
„Absolutnie nie narzekaliśmy, byliśmy świadomi reguł, które obowiązywały nas jako support. Granie przed Metalliką był dla nas miłym zaszczytem”.
Kat rozpoczął swój występ o godzinie 18, do zagospodarowania mieli tylko 30 minut. Należy tu też podkreślić, iż efektowny, nie tylko pod względem szybkości swej gry, polski zespół nie odstawał wielce od amerykańskiej gwiazdy – przypomnijmy, że ówczesne koncerty Metalliki nie przypominały niczym późniejszych gromkich widowisk, za które pokochał ich muzyczny świat. Za oprawę sceny posłużyła jedynie materiałowa płachta z reprodukcją promowanego wtedy „Master of Puppets”. Do tego reflektory i kilka stroboskopów. Wszystko. I wielka, potężna, metalowa moc, która rozniosła przestrzenie katowickiej hali.
Co Metallica zagrała w Spodku?
W swoim dorobku mieli wówczas tylko 3 płyty, nic więc dziwnego, że wypełniły one dwukrotnie, niezmieniony praktycznie set dwóch wieczorów. Najwięcej oczywiście z premierowego jeszcze „Mastera”, niewiele mniej z „Ride the Lightining”. Do tego żelazna klasyka z niezapomnianego debiutu oraz dwa covery – „Am I Evil?” z repertuaru Diamond Head oraz „Blitzkireg” grupy Blitzkrieg, którego zabrakło 11 lutego. Zaczęli z wysokiego „C”, rozpędzone, tak jak na swojej najnowszej płycie – od „Battery” oraz tytułowego, rozbudowanego potwora. Grzegorz Kupczyk, ówczesny wokalista Turbo tak wspominał sam koncert: „Byliśmy bardzo ciekawi, jak Metallica wypadnie i jak oni to wykonają, bo przecież na płycie grali nieprawdopodobnie szybko. Okazało się, że na koncercie zagrali jeszcze szybciej. Brzmiało to kapitalnie, bardzo selektywnie. Wrażenia były fenomenalne”.
Nie ma co się dziwić, z dzisiejszej perspektywy, tamten set to nie tylko rasowa rzeźnia, ale i żelazna klasyka, za której wielu fanów tęskni na koncertach po dziś dzień. Do tego obowiązkowe popisy instrumentalistów: gitarowe odloty Hammetta oraz solo na basie świeżaka Newsteda. Kolejnego dnia, przed drugim koncertem 11 lutego odbyła się konferencja prasowa, podczas której muzycy Metalliki nie szczędzili wobec fanów słów pełnych wdzięczności:
Lars: „Polscy fani są wspaniali. Wiele o nich słyszeliśmy, ale to, co zobaczyliśmy, przerosło nasze oczekiwania”.
„Zdziwili się, że spotkało ich takie przyjęcie, albowiem podczas tamtej trasy grali w halach na jakieś 1000-1500 osób” – dodawał po latach w Teraz Rocku lidera Kata.
Drugi z wieczorów był równie udany, nie różnił się praktycznie repertuarem – tylko zamiast 15 kompozycji, fani usłyszeli 14, zabrakło jedynie przeróbki „Blitzkriegu”. Po koncercie zespół pojechał w kierunku stolicy i zameldował się w warszawskim hotelu Victoria
Kirk Hammett: „Nigdy tego nie zapomnę. To był 1987 r. Nie byliśmy wtedy jeszcze taką gwiazdą, jak dziś, a zapełniliśmy dwukrotnie Spodek. To się nam wtedy nie zdarzało. Pamiętam, że przed nami grał świetny polski zespół Kat. No i że fani jadący na koncert zdemolowali pociąg. Hmm, wszyscy byliśmy wtedy gniewni i młodzi”.
Powiedzieć, że koncert był sukcesem, to nic nie powiedzieć. To nie były czasy, by uznać go za pewny zysk – trzeba było zabezpieczyć honorarium w obcej walucie, zorganizować nieoczywistą logistykę – jednak emocjonalna wartość wydarzenia jest nie do przecenienia, zarówno dla fanów, jak i samego zespołu. Uściślijmy, że odbył się on w czasach, gdy w naszym kraju nie można było legalnie kupić żadnej z płyt Metalliki. Po latach, przed kolejną wizytą w Polsce, Lars tak wspominał znaczenie tych chwil:
„W lutym 1987 roku po raz pierwszy odwiedziliśmy kraj za żelazną kurtyną i graliśmy dwa koncerty w katowickim Spodku. Mieliśmy zaszczyt nieść naszą sztukę ponad granicami (..) Zostaliśmy ciepło przyjęci. Uświadomiliśmy sobie, że fani – bez względu, gdzie mieszkają na tej pięknej planecie – są zjednoczeni w swojej pasji do muzyki”.
Dodajmy jeszcze słowo od charyzmatycznego Hetfileda: „Pamiętam fanów i ich zaangażowanie, tego nie da się zapomnieć. Spodek, tak to się nazywa? Ten dziwny budynek, latający talerz. Pamiętam, widziałem na nim wielki napis ‘METALLICA’. To było bardzo fajne. Zrobiliśmy tam sobie mnóstwo zdjęć”.
Jednym z nich była słynna fotografia zespołu na krajowej „gierkówce”, trasie do Katowic, zrobione w okolicach Piotrkowa Trybunalskiego. Słynne zdjęcie na trasie i jedyne powiązanie Metalliki z Radomskiem, wykonał fotograf zespołu Ross Halfin:
„Mroźne śniegi w połowie drogi z Warszawy do Katowic (polskiego Birmingham). To oczywiście był pomysł Larsa, żeby się zatrzymać. Spójrzcie na entuzjazm na twarzy Jamesa! Jak na ironię, to kolejna rzecz, której już nie zrobią, ponieważ rzadko podróżują teraz drogami”.
Zdjęcie znalazło się później w książce Halfina „The Ultimate Metallica”, podobnie jak wspólna pamiątka z zespołem Kat za kulisami Spodka. Dorzućmy do tego kultowe legendy o tym, jak członkowie Metalliki pili wódkę z polskimi fanami w jednym z pokoi katowickiego hotelu Warszawa, które rok do roku okrążają internet i dodają całej historii uroku i animuszu. Tym, co pozostaje jednak najtrwalszym świadectwem po pierwszej wizycie amerykańskiej grupy w Polsce, to niesłabnąca pamięć i sentyment zespołu, który od tamtej chwili praktycznie zawsze zaznacza nasz kraj na swojej koncertowej liście.
Jeszcze raz Hammett: „Polscy fani zawsze mocno wspierali nasz zespół, od pierwszej wizyty czuliśmy, że nasza muzyka wiele dla nich znaczy. Zachowałem sporo wspomnień z naszego pierwszego pobytu w Polsce. Pamiętam doskonale, że fani na koncercie zachowywali się jak szaleni, wychodzili z siebie”.
Dwa dni po polskich koncertach zespół zagrał ostatnie show tournée w Goteborgu. Zakończyli go coverem Misfits „Last Caress”, który zagrali wtedy na żywo po raz pierwszy.
Pierwszy album po śmierci Burtona „…And Justice For All” ukazał się rok później. Wraz z kolejnym krążkiem Meta weszła zaś na zupełnie inny poziom sławy i rozpoznawalności. Z trashmetalowej sensacji stali się gwiazdami na poziomie największych ikon popu. Grali też już na zupełnie innym poziomie, na innych obiektach. Do Spodka wrócili jeszcze tylko raz – w 1996 roku. Ale to już zupełnie inna historia.
Autor: Kuba Banaszewski
Setlista katowickich koncertów:
Battery
Master of Puppets
For Whom the Bell Tolls
Welcome Home (Sanitarium)
Ride the Lightning
Bass Solo
Whiplash
The Thing That Should Not Be
Fade to Black
Seek & Destroy
Creeping Death
The Four Horsemen
Guitar Solo
Am I Evil?
Damage, Inc.
Fight Fire With Fire
Blitzkrieg
Źródła:
https://www.slazag.pl/hetfield-przyszedl-hetfield-37-lat-temu-w-katowicach-lider-metalliki-pil-do-rana-wodke-z-fanami
https://deathmagnetic.pl/newsy/10-02-1987-metallica-katowice-polska-setlista-wywiady-zdjecia-oraz-odsluch-calego-koncertu/
https://www.terazmuzyka.pl/metallica-po-raz-pierwszy-w-polsce-historia/
https://muzyka.interia.pl/wiadomosci/news-metallica-na-unikatowych-zdjeciach-z-polski-z-1987-r-kiedy-p,nId,5387798
https://www.overkill.pl/news.php?id=2623
https://kultura.onet.pl/wiadomosci/metallica-w-polsce-w-1987-r-dwa-koncerty-ktore-zmienily-historie-metalu/prf43w9