Wciąż ma to sens – David Byrne nie zwalnia tempa w Berlinie – relacja
- 13-02-2026
- Kuba Banaszewski
David Byrne – Berlin, Tempodrom (12.02.2026r.)
Są muzycy i artyści, których niespożyta energia i niekończąca się data przydatności do spożycia nigdy nie się nie zdewaluują. Talking Heads nie grają już razem ponad 40 lat, jednak ich twórczość wciąż jest żywa i obecna w sercach wielu słuchaczy. Świadczy o tym niesłabnąca ani na moment siła oddziaływania ich muzyki, niestarzejąca się nic a nic, a więcej – nabierająca z upływem lat dodatkowej mocy. Weźmy chociażby niedawno odkurzony w kinach na całym świecie doskonały film koncertowy „Stop Making Sense” z 1984 roku – któż po dziś dzień jest w stanie spokojnie wysiedzieć w miejscu choćby połowę tego rewolucyjnego show? A motyw z zespołem, którego rotacja zostaje wkomponowana w dynamikę odgrywanych utworów, nie tylko wciąż, po 42 latach, robi wielkie wrażenie, ale jest równie prosty, co genialny. I choć drogi „Gadających głów” rozeszły się wieki temu, ich lidera sprzed lat – Davida Byrn’e – wciąż trudno zatrzymać. 73-latek ciągle prze przed siebie, poszukując nowych przygód. Tę najnowszą odkryliśmy razem z nim.
David Byrne jest człowiekiem zarobionym. Ba, wręcz zabieganym. Dosłownie i w przenośni. Dopiero co, zaledwie parę miesięcy temu powrócił z nowym solowym krążkiem „Who is the Sky?”, kolejnym barwnym projektem w bogatym CV artysty, który stał się też przyczynkiem dla nowego, żywego dzieła w jego dorobku. Ponownie bowiem jak przy okazji poprzedniego albumu „American Utopia” z 2018 roku, stworzył on niewątpliwie wyjątkową formę jego promocji. Ciężko inaczej to ubrać w słowa, bo ciężko to nazwać też wyłącznie koncertem. Byrne patrzy szeroko i – jak zawsze na swojej artystycznej drodze – sięga daleko poza ramy typowego muzycznego show. Nie bez powodu wspomnienie filmowej trasy sprzed czterech dekad stanowi pewnego rodzaju klamrę jego muzycznej opowieści – podobnie jak przy „Stop Making Sense”, tak i dziś, nieustanny ruch jest dodatkowym bohaterem jego koncertów.
Pobudzający zmysły spektakl? Funkowy musical rodem z Broadway’u? Osobista muzyczna historia i napędzany rytmem monodram? Możemy nazywać najnowsze dzieło Byrne’a dowolnie, a i tak trudno uchwycić esencję jego kreatywnego umysłu, który pędzi razem z nim. Nie inaczej jest podczas jego tegorocznej trasy promującej album „Who Is The Sky?”, która swą europejską część rozpoczęła w deszczowy czwartek 12 lutego w Berlinie. A dokładnie w hali Tempodrom, jedynym na świecie namiocie, który przyciąga fanów i artystów dwanaście miesięcy w roku. Zmyślnie zaprojektowana i niezmiennie fantastycznie nagłośniona sala, stała się na niecałe dwie godziny, idealnym miejscem dla obcowania z wymykającymi się wszelkim szufladkom pomysłom Byrne’a. Bo nie tylko wokół ruchu i muzyki lawirował ten wciągający spektakl, ale był on też prawdziwą ucztą dla wszystkich receptorów.
Niebieski kombinezon, bujna, siwa już czupryna, a do tego gitara w ręku i prawie jak na słynnym kinowym koncercie, wyłącznie cichy akompaniament delikatnych instrumentów u boku. David Byrne pojawił się na scenie skromnie, bez fanfar, ale za to z piękną piosenką – klasycznym „Heaven” Talking Heads, które nastrojowo otworzyło berlińskie show. Dodajmy, że scena, dzięki wizualizacjom oraz umieszczonymi za plecami muzyków ekranom, zamieniła się w głuchą powierzchnię księżyca. A zespół, w swych kombinezonach wyglądający niczym załoga kosmicznej misji, zabrał nas w międzyplanetarną podróż, wymykającą się wszelkim znanym nam dotąd regułom. Bo podobnie jak tworzona przez Davida, konsekwentnie myląca tropy, muzyka, ich sceniczna energia stała się i dla nas i dla nich paliwem wystarczającym na długi muzyczny lot, na Ziemię i z powrotem.
Lwią część występu wypełniły, rzecz jasna, premierowe kompozycje z najnowszej płyty (na drugą nóżkę usłyszeliśmy radosne, singlowe „Everybody Laughs”), nie zabrakło jednak żelaznej reprezentacji klasyki, która – w nowym anturażu – wybrzmiała świeżo jak nigdy. Prędko, bo już w pierwszej części show, maszerujący przed siebie i zmieniający wciąż swe pozycje zespół (każdy z instrumentalistów nie ustał ani na moment w miejscu, Byrne również nie pozostawał im dłużny), sięgnął m.in. po skoczne „And She Was”, hipnotyzujące „Houses in Motion” czy funkowe „(Nothing but) Flower”, i co tu dużo mówić – nie sposób było nie dotrzymywać im kroku i usiedzieć w miejscu. Przed rozpoczęciem koncertu artysta poprosił o nieużywanie telefonów i bycie „tu i teraz”, zachęcał również otwarcie do wspólnej zabawy i tańca, samemu pełniąc rolę wodzireja i przodownika tego iście teatralnego bankietu.
Byrne od samego początku kupił sobie wszystkich, i to nie tylko za sprawą częstego spoglądania w muzyczną przeszłość. 73-latek jest w świetnej formie, na scenie tryskał i zarażał energią, nie tracąc ani przez moment oddechu oraz kontroli nad autorskim przestawieniem. Jego charakterystyczny głos też niewiele się zmienił (zamykając oczy na wspaniałym i wyczekanym „This Must Be The Place” można było metafizycznie znaleźć się na koncercie Talking Heads) – wysoki, nieco nerwowy, często gdzieś w pół drogi między śpiewem i melodeklamacją – pozostaje jego znakiem rozpoznawczym. Do tego nutka humoru i sarkazmu (wiele osobistych historii i prześmiewczych obrazków w tle), a także warte wzmianki zaangażowanie w sprawy ważne, ze znanym sobie pokojowym usposobieniem. „Kochać i być uczciwym, to najbardziej punkowe, co możemy robić w tych czasach” – rzucił w pewnym momencie ze sceny, zgarniając gromkie owacje nie tylko za bezbłędną i porywającą muzykę, ale również za trwanie po właściwiej stronie historii.
Kolejne utwory, zwłaszcza te z nowej płyty, wzbogacone były coraz to bardziej wymyślnymi układami choreograficznymi oraz instrumentalnymi popisami. Przemieszczające się perkusjonalia, ramię w ramię z tańczącymi klawiszowcami i gitarami w idealnej harmonii współgrały ze sobą w radosnej fieście tańca, śpiewu i muzyki. A kolejne solowe numery przerzedzone były co rusz żelazną klasyką, która – ku uciesze wyprzedanej sali – wybrzmiewała tego wieczoru najlepiej na świecie. Kultowe kompozycje nie potrzebowały dodatkowej oprawy, muzyka mówiła sama za siebie, a nogi rwały się do tańca. Czy to w gęstym, funkowo zakręconym „Slippery People”, czy najbardziej wyczekiwanym klasyku „Psycho Killer” – debiutanckim singlu Talking Heads z 1977 roku, po którego Byrne nie sięgał na żywo blisko dwie dekady. A skradając się niczym tytułowy rzezimieszek w swoistym teatrze cieni autor udowodnił, że jego ponadczasowość nie wymaga dodatkowych argumentów.
A nim rozpętał się taneczny szał finalnego aktu wieczoru, zespół zaskakująco sięgnął jeszcze po skoczny cover „Hard Times” Paramore (ich autorzy nagrali za to swoją wersję „Burning Down the House”, które z kolei zamknęło mocnym akcentem koncert w Berlinie), udowadniając po raz kolejny, że współczesne trendy nie są Davidowi obce. To co, może Olivia Rodrigo na Open’erze?
Ostatni akt, z małym przystankiem na gospelową pieśń „Everybody’s Coming to My House” na pierwszy z bisów, należał już do muzycznej przeszłości i korzeni artysty, od której tak naprawdę nigdy się nie odciął. Utwory Talking Heads mają w sobie to coś, to szaleństwo i fantazję, której nie brakowało bohaterowi wieczoru. Rozpędzone do granic możliwości „Life During Wartime”, utwór sprzed prawie pół wieku (!), po latach wciąż wybrzmiewa równie mocno i boleśnie ironicznie, jak chichot losu i historii, z której nigdy nie wyciągniemy wniosków. Kończący zaś podstawową część „Once in a Lifetime” nie był już okrzykiem pomylonego kaznodziei, a przebojowym finałem, na który wszyscy czekali.
Uff, można dostać zadyszki. Najnowsze show Davida Byrne’a jest wszystkim tylko nie kolejnym rozbuchanym spełnieniem megalomańskich ambicji rockowego dinozaura. Zaraża świeżością, zachwyca formą. Tak jak zawsze, lider Talking Heads, zaskakuje, porywa i poszukuje. Tańcząc śpiewa, bawiąc biegnie. I znów skutecznie dekonstruuje na swoją modłę wszelkie znane ludzkości utarte schematy na temat tego, czym może być sceniczne widowisko i doświadczanie muzyki na żywo. Jednym słowem – nadal nie stoi w miejscu. Widocznie głęboko zakorzeniona w jego naturze i muzyce zmiana oraz ciągły ruch, nigdy tak naprawdę nie straciły dla niego sensu.
Autor: Kuba Banaszewski