My Own Summer w środku zimy – długo wyczekiwana wizyta Deftones w Polsce
- 07-02-2026
- Kuba Banaszewski
Deftones – Łódź, Atlas Arena (5.02.2026r.) org. Alter Art
15 lat w muzyce to wieczność. Zmieniają się trendy, upadają nasi idole. Tylko nielicznym udaje się przetrwać na powierzchni, omijając sztormy i burze zawirowań artystycznego światka.
Dokładnie tyle lat temu Deftones, legenda alternatywnego metalu z Sacramento, od lat skutecznie wymykająca się wszelkim próbom gatunkowego zaszufladkowania, po raz pierwszy i do tej pory jedyny wystąpiła w Polsce. Rzecz działa się w warszawskim Parku Sowińskiego, a ekipa dowodzona przez Chino Moreno promowała wtedy swój szósty album „Diamond Eyes”, który dziś brzmi równie dobrze, co jego autorzy. Od tego czasu Deftones wydali kolejne cztery krążki, w tym świetny i doskonale przyjęty, zarówno przez krytykę, jak i fanów, „Private Music” z ubiegłego roku. Wydarzyło się też coś, na co muzycy po części nie mieli już wpływu. Dojrzało kolejne pokolenie ich fanów. Pokolenie karmiące się i wychowane już nie w analogowym stylu, ale w duchu wszechobecnej konsumpcji ery mediów społecznościowych.
Tego scenariusza nie wymyśliłby najsprytniejszy marketingowiec. Bo któż mógłby wpaść, że muzyka Deftones stanie się przedmiotem internetowego trendu na jednej z hitowych platform. I przy okazji otworzy zespół na zupełnie nową grupę słuchaczy. Przerabialiśmy już podobny case między innymi przy okazji Slowdive czy My Bloody Valentine, i we wszystkich tych przypadkach fragmenty niektórych utworów, które nie wiedzieć czemu trendowały wśród młodych odbiorców, pozwalały im też przy okazji poznawać nowe muzyczne rejony. Czasy się zmieniają, a w komisjach co rusz zasiadają nowe rzesze fanów, którzy – pozwijcie ich – chłoną muzykę zgodnie z duchem czasów.
Wydaje się, że jest to sytuacja z rodzaju „win-win”, również dla zespołu, który dziś, jeszcze bardziej niż tę parę lat temu, umocnił swą pozycję wśród słuchaczy. I tak, na pierwszy od lat koncert Deftones w Polsce czekali nie tylko fani, którzy „White Pony” odpalali jeszcze z walkmanów. Dzięki nowej fali zainteresowania kapelą długo wyczekiwany przez Polaków powrót wybrzmieć mógł w przestrzeniach łódzkiej Atlas Areny, która gościła już największych. Coś co jeszcze parę lat temu wydawało się niemożliwe, w mroźny wieczór 5 lutego stał się faktem – fani o przeróżnych PESEL-ach mogli bawić się do muzyki mistrzów nieoczywistego przyłożenia w zaiste godnych warunkach. Dodajmy tylko, że nasza obecność w Łodzi podyktowana była nie tylko szumem wokół zespołu (błyskawiczny sold out łódzkiego show), ale przede wszystkim wysoką rotacją zeszłorocznego albumu w naszych słuchawkach, który to zbudował lwią część repertuaru polskiego koncertu.
Ale po kolei, bo nim kalifornijska brygada, niemal nawet zbyt punktualnie i tuż przed zaplanowanym czasem, wytoczyła swe działa wraz z mocnym kopniakiem „Be Quiet and Drive (Far Away)”, na scenie podziwiać mogliśmy Drug Church, post-hardcore’ową ekipę z Albany, która swą nośną energią skutecznie rozbujała zgromadzoną już pod sceną publikę – trudno jednak dodać coś extra i wykrzesać z ich występu więcej entuzjazmu – oraz Denzel Curry, który dla wielu mógł być nie mniejszym niż Deftones powodem dla przybycia tego wieczoru do Łodzi. 30-letni raper, bez wątpienia porwał gros wyczekującej na gwiazdę wieczoru publiki, odpalając już imprezę na pełnej i skupiając się w większości na materiale sprzed dwóch lat, podchodzącego z mixtape’u „King of the Mischievous South Vol. 2”.
Nas Curry niespecjalnie zaczarował, ale nie brakowało pozytywnych zaskoczeń z naleciałościami „tv off” Kendricka Lamara i kawałkiem Freda again…na czele. Na koniec Denzel zacytował nawet Rage Against the Machine i ich „Bulls on Parade” – po gorącym przyjęciu samej zajawki pozostaje tylko wyobrazić sobie, jak w dobie powracającej popularności kapel tego pokroju, oryginał Ragów wybrzmiałby na żywo, choćby i w przestrzeniach podobnej hali.
A gwiazda wieczoru? Zaczęli nie tylko z zegarkiem w ręku, ale i na pełnej petardzie, serwując sprytnie wyporcjowane dublety z nowej płyty, przerzedzone w pierwszej części koncertu żelazną klasyką. Ta przeplatanka świetnie sprawdziła się na żywo – nowe utwory miały swą przestrzeń, by dosadnie przyłoić (takie „my mind is a mountain” czy „Infinite source” to przecież instant klasyki!), a kolejne pozycje w setliście zaostrzały apetyt na więcej. Muzycy parli pewnie przed siebie, tworząc z początku nawet nie ścianę, a mur dźwięku, z którego przeskoczeniem początkowo niemałe problemy miał dziarski i rozbrykany lider Chino Moreno.
No cóż, każdy kto uważnie śledzi poczynania Deftones wie, że z Chino żaden tenor, a jego głos lubi chować się za mocnymi gitarami. Nie inaczej było też w Łodzi, zwłaszcza w pierwszej połowie koncertu. Energia jednak od początku była przednia, od samego wstępu aż po finał. Na szczęście akustycy wyciągnęli z zespołu to, co najlepsze i z każdym kolejnym numerem brzmienie stawało się coraz bardziej selektywne, a miażdżąca ściana dźwięk ustępowała miejsca instrumentalnym odjazdom. Najlepsze momenty pierwszej połowy? Obok premierowych kąsków, jeden z pierwszych wielkich refrenów na „Diamond Eyes” oraz obowiązkowe „Digital Bath” sprzed 27 lat, zaledwie jeden z dwóch reprezentantów słynnego albumu z białym kucykiem. Znacznie częściej na scenie wił się biały wąż, a głos 52-letniego wokalisty zdawał się nabierać mocy wraz z kolejnymi numerami. Szkoda tylko, że był słyszalny tak jak trzeba dopiero od drugiej połowy koncertu. Ale tej lepszej połowy.
Różnorodność muzyki Deftones nie potrzebuje jasnych dowodów, wystarczy posłuchać ich bogatej dyskografii. Z oczywistych też względów, wieczór promujący najnowsze wydawnictwo grupy, wymagał wielu trudnych wyborów i wyrzeczeń. Tym bardziej, że koncert zamknął się w „zaledwie” 20 kompozycjach. I tak, z uwielbianych przez fanów płyt, czy to tych nowszych (z „Ohms” usłyszeliśmy tylko mocarne „Genesis”), czy nieco bardziej odległych (urokliwe „Rosemary” było jedynym przedstawicielem „Koi no Yokan” z 2012 roku), miejsce znalazło się tylko dla pojedynczych utworów. Ostatnią premierą było rozszerzone o dodatkowe outro „milk of the madonna”, które wybrzmiało na sam koniec podstawowej części show. Wcześniej jednak zespół dodawał tylko paliwa do tej i tak już rozgrzanej maszyny. A od wyczekanego i bajecznego „Sextape” wszystko zdawało się płynąć jak z nut. Kołyszące „Hole in the Earth”, a jeszcze bardziej klasyczne „Change (In the House of Flies)” rozkręcające się powoli na tle rażącego z telebimów słońca, sprawiły, że wszelkie wątpliwości szybko poszły w zapomnienie. Prawdziwie soczysty kawałek gitarowego mięska. Bez zbędnych słów, bez niepotrzebnych dźwięków.
Rozświetlona telefonami hala na chwilę tylko przygasła w ramach kurtuazyjnej i niemal nieodczuwalnej przerwy na bis, by powrócić z całą mocą w ostatniej części wieczoru. Nie dało się ukryć, że „Cherry Waves” był jednym z najbardziej wyczekiwanych utworów, to wszak jeden z tych „trendujących”. Shoegaze’owa mgiełka gitarowej pajęczyny skutecznie jednak rozmyła dojmująco przebojowy refren, któremu nie sposób było się oprzeć. Do tego jeszcze dokładka w najgoręcej przyjętym „My Own Summer (Shove It)” na ostatnie zdarcie gardła ze skaczącym dalej Chino i w momencie, gdy atmosfera w Łodzi osiągała temperaturę wrzenia, Deftones niemal pakowali się już do domu. Na koniec jeszcze klasyk z lat 90. i miła niespodzianka – w jedynym reprezentancie albumu „Adrenaline” z 1995 roku „7 Words” zespół wsparł wyciągnięty z tłumu fan Kacper, który nie przyniósł wstydu rodzimej braci, dołączając do brygady z kolejnym wiosłem. I w koszulce (no przecież!) Comy. Ostatnie siedem słów, szybka wymiana uprzejmości z oszczędnym względem publiki liderem i druga, historyczna z wielu względów wizyta Deftones w Polsce, była już przeszłością. Niecałe półtorej godziny konkretu. Czy mogłoby by być dłużej? No jasne, Amerykanie mają co grać, jednak w tym przypadku trudno było mówić o niespełnionej obietnicy. Bo jeśli zostawiać po sobie niedosyt, to tylko ten pozytywny. Z apetytem na więcej.
Która to już młodość Deftones? Druga, trzecia? Jedno jest pewne – ta jest na pewno najlepsza.
Autor: Kuba Banaszewski