Kosmiczna podróż z fantastycznymi widokami – gliwicki odjazd z Tame Impala – relacja

tame impala gliwice prezero arena 2026

Tame Impala – Gliwice, PreZero Arena (18.04.2026r.)

Kevin Parker to rasowy muzyczny zwierz. Jego sprawdzona od lat twórcza metoda z serii „zrób to sam”, tak naprawdę już na samym początku drogi tak wyjątkowego projektu, jakim jest Tame Impala, celnie trafiła w niezwykle czuły i ponadczasowy punkt. Bo niezwykłą sztuką jest chwycić coś tak nieuchwytnego jak wspomnienia chwil, których nie mieliśmy szans przeżyć i ukuć z nich mieszankę dźwięków tak głęboko zanurzonych w gęstym sosie przeszłych inspiracji, które brzmiąc jak eksperymentalne odjazdy rodem z przyszłości, tak mocno naznaczałaby nasze realne „tu i teraz”. Przez ostatnie 16 lat ten bajeczny pejzaż i muzyczny sen na jawie, który chcieliśmy śnić razem z Parkerem, trwał pewnie i mocno, ostatnio już nawet nie tyle jako sensacja, co bezpieczny port i emocjonalna przystań coraz to ciekawszych i bardziej różnorodnych twórczych inspiracji.

Ostatnie trzy krążki, w tyle wycyzelowanej, co równej dyskografii Tame Impala, naznaczyła konsekwentna pięcioletnia przerwa – w 2015 roku dostaliśmy kultowe już „Currents”, „The Slow Rush” naznaczyło swym onirycznym klimatem pandemiczną rzeczywistość, nie tak odległą od psychodelicznych odlotów Parkera; parę miesięcy temu otrzymaliśmy zaś, a jakże, piąty album Impali – bardzo osobisty i chyba najbardziej taneczny spośród swoich poprzedniczek „Deadbeat”. I tak jak z chwilą premiery niknął on i blakł na tle wcześniejszych, często bezbłędnych dokonań australijskiej formacji, tak dziś, jawi się on bardziej, może nie jako perfekcyjne, ale świadome i konsekwentne rozwinięcie dawnego stylu. A po usłyszeniu premierowych kompozycji w wydaniu live, ich wartość tylko wzrosła. Podobnie jak status Tame Impali, która swe najlepsze sztuczki i to, co najciekawsze, pozostawiła zatraceniu się w dźwiękach odczuwanych na własnej skórze.

deadbeat tame impala okładka
okładka płyty "Deadbeat"

Bo gdyby jeszcze parę lat temu ktoś powiedział mi, że Tame Impala zawładnie dwoma halowymi wieczorami w Polsce, nie uwierzyłbym. Projekt wybitnie festiwalowy – w naszym kraju mieliśmy do tej pory tylko takie okazje, by doświadczyć ich muzyki na żywo (dwa razy Open’er + efemeryczny On Air z 2022 roku) – jak się okazuje, zdobywając doświadczenie na imprezowych scenach całego świata, dojrzał, by jak najlepsza koncertowa kapela, odpalić wrotki w pełnowymiarowej skali. Po drodze wydaje się również, że formacja pod baczną kuratelą Kevina Parkera, zyskała nowe pokolenie fanów – równie głodne wrażeń, co poprzednie, wychowane na alternatywnych korzeniach grupy.

Kto by wtedy przypuszczał, że – znów – zespół tak chętnie zaglądający za ramię muzycznej historii, ponownie dowiedzie swej trwałości, tym razem w pokoleniu virali i TikToka. Takie niemożliwe scenariusze są jednak w historii muzyki najciekawsze, o czym świadczą również gromkie reakcje publiczności, zarówno na uwielbiane klasyki, jak i na mocno wyczekiwane single, które hulają w naszych głowach zaledwie od kilku miesięcy.

tame impala gliwice prezero arena 2026
Tame Impala w Gliwicach

A publiczności w Gliwicach, podczas pierwszego z wieczorów w iście letni kwietniowy wieczór, gotowych by zmierzyć się z tym muzycznym doświadczeniem, nie brakowało. Pierwszy z dwóch weekendowych koncertów Impali w PreZero Arena Gliwice wyprzedał się w mgnieniu oka, prędka dokładka była więc dla rodzimych wielbicieli tych dźwięków nie lada gratką. I trzeba przyznać, że szybki „sold out” nie mógł tu być przypadkiem, gliwicka arena naprawdę wypełniona była 18 kwietnia po brzegi. A punktualnie, co do minuty, rozpoczęte show udowadniało z każdą kolejną chwilą, że obecni „tu i teraz” fani wygrali los na koncertowej loterii.

Porównywać pierwszy solowy koncert Tame Impali w Polsce mogę wyłącznie z ich warszawskim występem sprzed czterech lat, który był udanym przedłużeniem festiwalowego sezonu…i to by było na tyle, po latach wspominam go tylko i aż jako naprawdę udany koncert, jednak bez fajerwerków.

A od pierwszych taktów kultowego „Apocalypse Dreams” (doskonały otwieracz!) wiedziałem już, że gramy dziś w innej lidze. Na początek trochę statystyki – oczywiście w Gliwicach usłyszeliśmy najwięcej, bo aż osiem utworów z premierowego wciąż „Deadbeat”, ale – myślę, że ku uciesze wielu, w tym piszącego te słowa – tyle samo kawałków reprezentowało doskonałe „Currents” sprzed dekady. Już z pierwszymi taktami „The Moment” wiedziałem, że wszystko jest na swoim miejscu – świetna akustyka, najlepsze wrażenia, zarówno muzyczne, jak i wizualne, nierozerwalnie związane z doświadczaniem na żywca bajecznej muzyki Parkera, na tej trasie podrasowane i dopieszczona jak nigdy dotąd.

tame impala gliwice prezero arena 2026
podczas koncertu było naprawdę kolorowo

Ruchoma scena, feerie świateł i laserów, tańczących w rytm muzyki, podobnie jak świetnie oddająca energię polska publika, a także zgromadzony na scenie zespół, rozwijający w wydaniu live studyjne wizje australijskiego innowatora. Wszystko to robiło od samego początku wielkie wrażenie, a podzielone na wyraźne trzy części show, im dalej w las (tym więcej drzew? A może jednak grzybów), nie przestawało zaskakiwać.

Bo tak jak najnowsza płyta na dłuższą metę może nie utrzymuje uwagi odbiorcy jak poprzednie studyjne dokonania Impali, tak tegoroczne show bardzo sprytnie i umiejętnie żonglowało nastrojami, mieszając klasykę z nowościami oraz momenty klubowe z intymnymi chwilami. Jakże świetnie na tle hiciorów takich jak bujające „Borderline” czy euforycze „Feels Like We Only Go Backwards”, wybrzmiały nowe single z genialnie wkręcającym się „Loser” oraz viralową „Draculą” na czele. Nie miały one jednak szans z najpewniej tego wieczoru kroczącym numerem wagi ciężkiej, a właściwie słoniej. Nakręcony, gitarowy „Elephant” miażdżył wszystko na swojej drodze, przejmując władzę na ciałem i umysłem. W podobnym sposób na koniec już drugiej części koncertu wybrzmiało mocne „New Person, Same Old Mistakes”, dopełniając klimat gatunkowym ciężarem.

tame impala gliwice prezero arena 2026
leżący Kevin Parker na drugiej scenie

W połowie koncertu wydarzyło się zaś coś niezwykłego. Patent z małą sceną B umieszczoną pośród fanów na płycie jest manewrem dobrze znanym i lubianym, jednak tutaj, gdy Kevin Parker przeniósł się na nią (zahaczając po drodze o toaletę xD), wydarzyły się rzeczy nietypowe. Przenieśliśmy się wszyscy bowiem do wyimaginowanego żywego studia czy też nawet bardziej do umysłu Parkera, który uwydatniając, to czym najmocniej jest rdzeń jego sztandarowego projektu, dał się zatracić – i sobie i nam – w elektronicznej improwizacji. I jasne, ten wybitnie solowy odlot mógł trwać nieco zbyt długo, ale pokazał wszystkim, czym tak naprawdę jest Tame Impala. A ojciec tego projektu zaimponował popisem artystycznej wolności, zamieniając halowe show w autorski DJ set, jak gdyby eksperymentował sam w zaciszu domowego studia.

Z onirycznego klimatu wydobyła nas jednak prędko przebojowa pobudka. „Let it Happen” to jeden z tych tak dopracowanych studyjnie małych arcydzieł, które na żywo nabierają dodatkowej mocy. To dla wielu mógłby być już finał, tym bardziej, że – nie po raz ostatni – w wyśpiewanym chóralnie przez wszystkich finale utworu w niebo poleciał deszcz konfetti. Nie był to jednak koniec, i samego koncertu I kolejnych niespodzianek. Bo jak inaczej nazwać sięgnięcie po rarytasy (wykopany zaledwie po raz piąty na żywo B-Side „List of People (To Try and Forget About)”) czy instrumentalne miniaturki („Nangs”), w miejscu, gdy większość zmierzałaby już do mety wraz ze sprawdzonym pochodem hitów.

Których też oczywiście nie brakło – imponujące show zamknęły na bis wspaniale brzmiące „My Old Ways”, jeden z faworytów z ostatniej płyty, oraz obowiązkowe, utraprzebojowe „The Less I Know the Better”, którego rezon wykroczył już dawno daleko poza bańkę fanów alternatywnej kapeli. To jednak nie był koniec, a ostatni akcent koncertu wybrzmiał w imprezowych rytmach wraz z ekstatycznym finałem z rasowo klubowym „End of the Summer”. Zabawa wygrała tym razem nad nostalgią. Bez przesadnego oglądania się za siebie Tame Impala wciąż prze wyłącznie do przodu, w poszukiwaniu muzycznego Eldorado.

tame impala gliwice prezero arena 2026
Kevin Parker i cały zespół byli w Gliwicach w formie

Od klasyki po rave’y, od intymnych świec po moc laserów. Gliwicki koncert bandy Kevina Parkera uwydatnił nie tylko naprawdę szeroką rozpiętość gatunkową australijskiego projektu, ale też przede wszystkim wielkie możliwości tego, czym może stać się otwartość muzycznej głowy pełnej najbarwniejszych pomysłów. Klubowe beaty obok gitarowych solówek też mogą iść razem w parze, ba – porywać równie mocno, o czym tak dobrze było się w końcu przekonać przy okazji pierwszego solowego koncertu Tame Impali w pełnej krasie w Polsce.

Mamy dopiero kwiecień, ale w halowych warunkach – a przecież takie koncerty kochamy najbardziej – myślę, że trudno będzie tę rozbrykaną impalę komukolwiek przeskoczyć.

Autor: Kuba Banaszewski

Tame Impala Setlist PreZero Arena, Gliwice, Poland 2026, Deadbeat

Zobacz także:

Szukasz czegoś konkretnego?
Skorzystaj z naszej wyszukiwarki!