Koncerty Florence + the Machine to czysta przyjemność
- 22-02-2026
- Michał Koch
Florence Welch jest niesamowita. Miałem przyjemność być zarówno na halowych, jak i festiwalowych koncertach Florence + The Machine i za każdym razem było po prostu magicznie.
Czy dorosłemu facetowi zaszkliła się łza w oku, gdy zespół grał „Ship to Wreck” albo „What Kind of Man”? Być może. A może nawet nie raz. Bo w tej muzyce nie ma udawania. Jest szczerość, ekstaza, kruchość i siła w jednym. Wydany pod koniec 2025 roku album „Everybody Scream” jest też o stracie, bo – jak wiemy – tejże artystka doświadczyła bardzo boleśnie. Warto przeczytać wywiad z Florence, który przeprowadził „The Guardian”.
Pomijając jednak tę potężną dawkę emocji, która bije z wokalistki i towarzyszących jej muzyków, trzeba też oddać słowa uznania Florence za umiejętność panowania nad tłumem. Uczestnicy koncertu są na każde jej skinienie: tańczą, śpiewają, skaczą i wirują unisono. A wbrew pozorom nie jest to łatwe w XXI wieku, gdy na większości koncertów albo ludzie stoją bez ruchu, albo królują smartfony. Zresztą do bardzo ciekawej konkluzji dochodzi Patrick Smith, dziennikarz „The Independent”, który w podsumowaniu koncertu Florence + the Machine w londyńskiej arenie O2 zauważa, że gdyby większa liczba wykonawców wkładała w swoje show tyle serducha, co Welch, to może w końcu udałoby się wygrać z hegemonią telefonów na koncertach.
W zeszłorocznym wywiadzie dla „Rolling Stone” Florence przyznała, że „jest osobą pełną niepokoju, chyba że znajduje się na scenie – wtedy negatywny vibe znika”. Jestem w stanie w to uwierzyć w stu procentach. Zresztą Welch od lat otwarcie mówi o swoich problemach z lękiem, uzależnieniami i presją sławy. Jej twórczość – od „Lungs” po „Dance Fever” – jest pełna motywów egzorcyzmów, oczyszczenia, walki z demonami i szukania równowagi. Koncerty są naturalnym przedłużeniem tej narracji.
Jej koncerty to nie tylko granie piosenek. To fizyczne doświadczenie. Bieganie boso po scenie, wspinanie się na barierki, schodzenie do publiczności, przytulanie fanów, spoglądanie im prosto w oczy. Ona nie „występuje przed” ludźmi. Ona jest wśród nich. I to buduje tę niezwykłą więź pomiędzy artystką a uczestnikami wydarzenia.
Zerkając jeszcze na setlistę towarzyszącą „Everybody Scream Tour”, tu i ówdzie pojawiły się głosy narzekające, że przeważają utwory z nowej – rewelacyjnej, acz tak bardzo innej od tanecznej „Dance Fever”! – płyty. Krążka mistycznego, przepełnionego magią, ale też samoświadomością, ukrytym bólem i problemami życia codziennego. Nie mogę się doczekać, aby usłyszeć na żywo „One of the Greatest”, „You Can Have It All” czy „Music by Men”.
Szkoda tylko, że do zestawu utworów nie załapał się absolutnie epicki „My Love” z poprzedniej płyty. Nie zamierzam jednak narzekać, bo po prostu wiem, że cokolwiek Flo zagra na koncercie, ten występ i tak będzie jednym z najpiękniejszych w tym roku. Ufam jej bezgranicznie.
Dlatego jej występy zostają w głowie na długo. Nie jako „fajny koncert”, ale jako przeżycie, które w świecie coraz bardziej plastikowych emocji naprawdę coś znaczy.
Nie wyobrażam sobie nie wspomnieć o akcji koncertowej, którą organizuje Florence + The Machine Fan Club PL. Po szczegóły odsyłam do sekcji komentarzy i na ich profil na FB, ale tu tylko napomknę, że warto tego dnia mieć na sobie coś czerwonego. Zresztą poniższy cytat z fanklubu oddaje całą inicjatywę najlepiej: „Koncerty Florence and the Machine w Polsce mają tę właściwość, że publiczność prędzej czy później dochodzi do wniosku, że TRZEBA zrobić coś wspólnie”.
Florence + the Machine w Polsce wystąpi w TAURON Arena Kraków już 7 marca. A ja po prostu nie mogę się doczekać kolejnego spotkania z Mistrzynią.
Autor: Michał Koch