Jedyna impreza sylwestrowa, której nie można było przegapić, odbyła się w…1991 roku.
A konkretnie w San Francisco, w kultowej kalifornijskiej hali widowiskowej Cow Palace. Doszło tam bowiem do koncertowego starcia gigantów. Na jednej scenie wystąpiły najbardziej gorące amerykańskie kapele swego czasu, w najbardziej gorącym momencie swojej kariery. Dziś aż trudno to sobie wyobrazić, ale będąc w największym gazie, obok siebie, w sylwestrowy wieczór 1991 roku, symbolicznie zamykając klamrą „muzyczną zmianę warty”, która nastąpiła w poprzednich miesiącach, zagrali: Nirvana, Red Hot Chili Peppers oraz Pearl Jam. Czym dla nich był mijający rok? Przełomem. Wystrzałem. W stratosferę sławy, popularności i uznania krytyki oraz muzycznych mas, czymś wcześniej nieosiągalnym, niedostępnym dla kapel tego pokroju. Kapele te, na oczach swoich fanów i całego świata, zmieniały na zawsze rynek muzyczny, czyniąc z mocnej, drapieżnej, gitarowej alternatywy najsmaczniejszy kąsek sezonu. Wróćmy pamięcią do tego czasu i przybliżmy na mikroskopie nostalgii ostatnie miesiące 1991 roku.
20 sierpnia ukazał się debiutancki „Ten”. Pearl Jam jako pierwsi z tego zestawu dziarsko wyskoczyli przed szereg, choć wkrótce miało okazać się, że jest to bomba z opóźnionym zapłonem. Największy dla nich szał miał dopiero nadejść. Miesiąc później, 24 września 1991 roku Red Hoci wydali swój piąty, najbardziej przebojowy krążek „Blood Suga Sex Magik”, który po latach konsekwentnej walki na scenie, w końcu ustawił ich w głównym szeregu. Takie to były czasy, że dokładnie tego samego dnia Nirvana wystrzeliła z „Nevermind”, swym drugim albumem, który zmienił wszystko. Dla zespołu, dla całej alternatywnej sceny i dla muzyki rockowej. Zmiana warty była faktem, o czym przekonało się wielu muzycznych fanów, zmierzających 31 grudnia 1991 roku do San Francisco.
Rokroczną koncertową tradycją tego miasta były sylwestrowe spotkania na żywo z muzyką słynnej amerykańskiej trupy Grateful Dead. Od dwudziestu lat wierni fani psychodelicznych mistrzów improwizacji spotykali się na stadionie Oakland Coliseum, by pożegnać mijający rok z odjazdami ulubionej kapeli. Deadheadzi, bo tak nazywają się dumnie szalikowcy grupy dowodzonej przez Jerry’ego Garcię, gromadzili się też wielokrotnie na położonym nieopodal, po drugiej stronie Zatoki San Francisco, wybudowanym w latach 40. obiekcie Cow Palace, gdzie w 1976 roku nagrali nawet noworoczną koncertówkę. W 1991 roku musieli jednak odstąpić to miejsce młodym gniewnym. Fanom i zespołom.
Dla wielu wiecznych hippisów ten dzień w roku muzycznie zdawał się głośno krzyczeć, że nic się nie zmienia. Koncerty Grateful Dead były jedną z niewielu stałych punktów, pozwalających fanom zaczepić się nieco w pędzącym i zmieniającym się świecie. Z pewnością wielu z nich musiało gorzko przełknąć ślinę, gdy na ulicach kalifornijskiego miasta ich kolorowe stroje mieszały się z flanelowymi koszulami i glanami. Oni również przyjechali tu na koncert, jednak na pewno nie dla mistrzów jam rocka. Tłumy młodych fanów zjechały do San Francisco, by zobaczyć swoich idoli, prosto z okładek płyt, plakatów i klipów MTV. Zmianę czuć było w powietrzu i nie dało się obok niej przejść obojętnie.
„Atmosfera euforii przenikała Cow Palace, gdy 16 000 fanów wypełniających wyprzedaną halę świętowało zbiorowe zwycięstwo nowej estetyki popularnego rocka. Zwycięstwo to zostało wyrażone przez wszystkie trzy zespoły, z których każdy w bardzo konkretny sposób wbijał szpilę swoim rywalom zza zatoki” – pisała dla Rolling Stone’a Gina Roland w wydaniu z lutego 1992 roku. Rozkład jazdy był prosty – gitarowa rozpierducha i zabawa na całego. Istny zeitgeist. Jako pierwsi ze stawki, punktualnie o 20:45 na scenie zameldowali się muzycy z Seattle, startująca dopiero pod swoim szyldem, ale mocno doświadczona w bojach ekipa z Pearl Jam. „Nawet gdybym nie grał w tym zespole, i tak zadbałbym o to, żeby tu dziś być” – rzucił w pewnym momencie ze sceny Eddie Vedder, podkreślając wyjątkową aurę wydarzenia. Zespół, co jasne, postawił w lwiej części na zwarty set oparty na materiale z „Ten”. „Once” i „Even Flow” na otwarcie? Nie dało się tego zrobić lepiej. Emocjonalna, płynąca z falą muzyka Pearl Jam jak żadna uchwyciła ducha swoich czasów. Po chwili Eddie, niezmiennie już wtedy trzeźwy i zaangażowany w sprawy ważne, zaintonował a capella fragment dosadnego „Suggestion” Fugazi. „Czemu nie mogę przejść ulicą wolna od sugestii?” – Vedder zawsze wiedział jak dobrze spożytkować swoje pięć minut w blasku reflektorów, by opowiedzieć o czymś ważnym.
Oczywiście zespół pozwolił sobie też symbolicznie odpiąć wrotki. „Chcecie posłuchać jakichś piosenek Grateful Dead?” – wykrzyczał w którymś momencie wokalista Pearl Jam. Sala zareagowała głośnym buczeniem. Podobnie gorącą reakcję wywołało też żartobliwe zaintonowanie przez Stone’a Gossarda riffu do „Smells Like Teen Spirit”, już wtedy młodzieżowego hymnu pokolenia. „Pamiętajcie, zagraliśmy to jako pierwsi” – podsycał nastroje gitarzysta. Podczas przedpremierowego „Leash”, które ukazać się miało za dwa lata na drugim krążku ekipy z Seattle „Vs.”, do zespołu dołączył basista Red Hotów Flea. Vedder nie powstrzymał się też przed wykonaniem swojego popisowego numeru z epoki. Tak wspominał to Rolling Stone: „Otwierający set Pearl Jam był wyjątkowo energetyczny: Vedder wspiął się po drabinie oświetleniowej, a na zakończenie odważnie skoczył w paszczę publiczności”.
Pearl Jam zrobił swoje, jednak nie dało się ukryć dla kogo tak naprawdę przybyło najwięcej fanów energetycznych wrażeń. Nirvana, najgorętsza nazwa spośród trójki gwiazd wieczoru, wystąpiła jako druga. Trio wyszło na scenę około 21:35 i zaczęli od mocnego strzału z „Drain You”. Kurt Cobain, tego wieczoru z włosami przefarbowanymi na fioletowo, „wahał się na scenie między niemal katatonicznym odrętwieniem a niepokojącą, wewnętrzną intensywnością”. Nirvana w pigułce. Muzycy zagrali zwarty, czterdziestopięciominutowy set, który bez końca porwał publikę w koncertowy szał i nie pozostawiał wątpliwości, że choć nie grali jako ostatni, byli gwiazdą tego wieczoru.
W tym samym tygodniu, na koniec 1991 roku, „Nevermind” trafiło na pierwsze miejsce Billboardu. Byli na ustach wszystkich. Rolling Stone wyliczał, że nagły szał na Nirvanę aż czterokrotnie przebijał sprzedażową popularność Red Hot Chili Peppers, którzy byli headlinerami sylwestrowej imprezy.
„Uczestnicy pogo, rozciągającego się od sceny aż po tył hali, byli wyrzucani w powietrze niczym bryły ziemi w aktywnym polu minowym. Gdy w połowie koncertu Nirvana zagrała swój hit „Smells Like Teen Spirit”, tłum poderwał się, sunąc naprzód w nieustannej, falującej masie. Atmosfera była tak zaraźliwa, że nawet członkowie ekipy zespołu, stojący względnie bezpiecznie przy skrzydłach sceny, co jakiś czas tracili głowę i skakali w kipiący kocioł pod nimi”. Zrobili swoje i po zagraniu „Territorial Pissings” zeszli ze sceny jak gdyby nigdy nic. Miejsca na bis nie było. Zresztą przed samym końcem muzycy Nirvany zniszczyli swoje instrumenty „w radosnym pokazie bezmyślnej przemocy”. Dalej za relacją z epoki: „Nie tylko nimi rzucali – z czułością odkręcali każdą część, by tym skuteczniej roztrzaskać je na drobne kawałki, podczas gdy publiczność wyła z zachwytu”.
I jak tu wejść na scenę po takim pokazie muzycznej siły, po którym nie było już co zbierać. Red Hoci nie mieli łatwego zadania, ale pewnie zameldowali się na scenie o 22:45. To oni mieli pożegnać stary i przywitać na scenie nowy rok. Nie wszystko szło łatwo, jak czytamy w relacji z koncertu ekipa z Los Angeles długo szukała swojego słynnego groove’u. Zgromadzeni w Cow Palace fani też zdążyli się już dobrze wyszaleć na poprzednich koncertach. A atrakcji nie brakowało – na samym początku, gdy zespół wchodził na scenę, rozbrykany basista Flea pojawił się na niej, wisząc do góry nogami, opuszczany na scenę na linach przywiązanych do kostek. Na estradzie pojawili się też pomalowani, nadzy tancerze oraz połykacze ognia. Gorąco było też na scenie, coraz bardziej im koncert rozkręcał się wraz z kolejnymi numerami, zwłaszcza bliżej północy, kiedy to Red Hoci przemienili jeden ze swoich instrumentalnych odjazdów w odliczanie do godziny zero.
W nowy 1992 rok wszyscy zgromadzeni weszli w rytmie wiązanki „Fopp / Party on Your Pussy / Red Hot Mama”, a na dobre impreza rozkręciła się, gdy na sam koniec Anthony Kiedis i spółka sięgnęli po mieszankę porywających coverów z „Atomic Dog” George’a Clintona oraz „Crosstown Traffic” Hendrixa na czele. Publiczność znów oszalała. Ostatni akcent wieczoru należał zaś do Eddiego Veddera, który wykonał ostatni skok ze sceny podczas finałowego numeru kolegów z Kalifornii.
Każdy z zespołów tego wieczoru zaznaczył swoją obecnością to wyjątkowe sylwestrowe show. Parę miesięcy później, gdy bum na grunge rozkręcił się na dobre, podobne wydarzenie nie miało już prawa bytu. Obecne tego dnia kapele, a zwłaszcza Pearl Jam i Nirvana, walczyły już wtedy z cieniami wielkiej sławy, która spadła na nich niepostrzeżenie wraz z kolejnymi dokonaniami. I żaden z tych zdolnych zespołów nie był na to gotowy.
Sylwestrowy wieczór 1991 roku na zawsze zapisał się w historii jako moment symbolicznego wprowadzenia nowego porządku, który zatrząść miał w posadach całym muzycznym światem. Nigdy później do spotkania podobnego kalibru już nie doszło.
Autor: Kuba Banaszewski