Bittersweet dotarł do swojego sufitu – relacja z Bittersweet 2026
- 17-08-2026
- Grzegorz Słoka
Bittersweet Festival – Poznań, Park Cytadela (13-15.08.2026r.) org. Good Taste Production
Sukces frekwencyjny festiwalu odczuliśmy chyba wszyscy na własnej skórze, a pierwszy dzień BS, oprócz świetnych Gorillaz czy Lorde, będzie większości kojarzył się pewnie z wszechobecnym tłumem ludzi i uwypuklonymi wszystkimi potencjalnymi problemami z organizowaniem festiwalu w Parku Cytadela.
Dla mnie kolejne dwa dni były już łatwiejsze, ale dalej nie było to tak przyjemne obcowanie z wydarzeniem jak rok wcześniej. Sami zwracaliście uwagę w komentarzach, że może ludzie po czwartku nauczyli się już trochę jak poruszać się po tym terenie, może się już mniej szwędali zostając np. w okolicy Maina i też wiedzieli, że być może trzeba trochę inaczej planować koncerty na danych scenach. Ale to raczej festiwal powinien dostosowywać się do ludzi, a nie ludzie do festiwalu, bo przy koncertach na zakładkę, nie będziemy w stanie zobaczyć wszystkiego.
W trakcie festiwalu pojawiły się dodatkowe drogowskazy, ktoś pisał o odblokowaniu nowych ścieżek, których ja chyba nie widziałem, a samych komunikatów jak chodzić po festiwalu było więcej. Fajnie, że widać reakcje ze strony festiwalu, ale to raczej drobnostki niż “globalne” rozwiązania. Wprowadzony od początku ruch jednokierunkowy pomógł na pewno pchnąć trochę ludzi do wejścia na Maina koło Strefy Jelenia, jednak to dalej za mało, żeby przepływ publiczności był płynny. I prawdopodobnie w kolejnej edycji też nie będzie, bo po prostu ścieżki są za wąskie, a ludzi jest za dużo.
Czy w takim razie Park Cytadela nie nadaje się na takie wydarzenia? W momencie, kiedy nie da się wyeliminować wąskich gardeł, pozostaje tylko sprzedać mniej karnetów. Niby proste, ale nie oszukujmy się – festiwal jest stworzony po to, żeby zarobić, a światowe gwiazdy i cała oprawa wydarzenia, bardzo ładna zresztą, swoje kosztuje, więc raczej nie ma co na to liczyć.
Podejrzewam, że w kolejnym roku znowu zobaczymy małe zmiany na festiwalowej mapce. Jakieś przesunięcie sceny, może dodany kawałek terenu, jakiś nowy pomysł do przetestowania. Część osób do Poznania już pewnie nie wróci ze względu na te tłumy, ale ta dziura zostanie zasypana świeżym narybkiem. I ludzie się przyzwyczają, że na BitterSweet jest tak, a nie inaczej. Z tą różnicą, że od kolejnej edycji, nie będzie to już aż takim zaskoczeniem.
poniższe relacje były pisane „na gorąco” po każdym z dni.
Dzień 1 – Tu ciężko będzie biegać między scenami. Tłumy, odpuszczanie i radosne koncerty pierwszego dnia BitterSweet
Debiutancka edycja poznańskiego festiwalu pokazała, że Park Cytadela tworzy niepowtarzalny klimat, ale też wąskie gardła w przejściach i spore zatory. I chociaż organizacyjnie było wszystko dobrze to w głowie pojawiała się obawa o to, co tu będzie się działo, kiedy przyjdzie pora sold outów. Ścieżek przecież nie poszerzysz, a krzewów i drzew nie wytniesz.
W tym roku dostaliśmy większy teren, dodatkowe przejścia między scenami i próbę organizacji ruchu wprowadzającą częściowy ruchu jednokierunkowy. I to mogłoby zadziałać, gdyby nie to, że na terenie festiwalu jest po prostu za dużo ludzi, aby to mogło sprawnie działać. A w wyniku tego, nie da się szybko przedostać z Enea Stage na Maina i zobaczysz wszystkiego na swojej liście. Taki tłum po prostu nie jest w stanie iść wystarczająco szybko. I w momencie kiedy koncerty na dwóch największych scenach są na zakładkę – tracimy część tych występów, bo takie przejście zajmuje kilkanaście lub, nawet więcej, 20 kilka minut.
W przypadku takiego Open’era pojawiają się słowa krytyki odnośnie festiwalowego terenu. Że nie ma klimatu i trochę biedny jest ten festiwalowy obszar. Natomiast ma to swoje plusy, bo szerokość płyty lotniska i duża przestrzeń sprawiają, że bardzo rzadko zdarza się, że idziemy na Maina czy na Tent, spowalniani przez tłum. Jeśli chce się szybko przedostać między scenami to zazwyczaj jest taka możliwość. W Poznaniu niestety nie ma na to szans.
Mamy tu typową sytuację coś za coś. Tym bardziej, że nie udało mi się zobaczyć wszystkich koncertów, w tym Meute, na których tak czekałem.
Na szczęście występy, na które udało się dotrzeć, wynagrodziły sporo.
Gorillaz zagrali tak jak chciałem. Różnorodnie, pięknie i z dużą dawką radości z bycia na scenie, a uśmiechnięci od ucha do ucha muzycy, będą wizytówką tego koncertu. Tutaj każdy utwór przynosił zupełnie coś nowego, ale naznaczonego sznytem geniuszu Damona Albarna, który w swoim stylu zabawiał publiczność. “19-2000”, “Kids with guns“ i przede wszystkim “Rhinestone eyes” zrobiły tu największą robotę, chociaż nic tu chyba nie rozczarowało. A do tego dużo gości, którzy wprowadzali jeszcze więcej kolorytu, dlatego trochę szkoda, że część partii wokalnych szło z taśmy.
Lorde wycisnęła chyba wszystko z tego występu, bo działo się tu dużo. Ruchoma scena, światła, dużo interakcji z tancerzami czy finał na platformie wśród publiczności. Nowozelandka, zanurzona w szaleńczym tańcu, pokazywała jak dużo pozytywnej energii potrafi czerpać z występowania. “Man of the Year” i “Hammer” pozwalały jej się zatracić, a “Supercut” czy “Green Light” to już czysta koncertowa radość. Chyba dostałem od Lorde więcej niż się spodziewałem.
W tym miejscu pewnie zachwycałbym się Meute, ale bojąc się trochę tego tłumu, zostałem już pod Mainem z krótką przerwą na picie. Logistyka festiwalu trochę zaskoczyła mnie przy ZEPie, którego widziałem zdecydowanie za krótko, ale ten fragment potwierdził, że nie zawiódł oczekiwań. Tommy Cash, wskakując na szybko jako zastępstwo rozkręcił dobrą imprezę, chociaż te śmieszki to nie są moje klimaty.
Pozytywny vibe podtrzymywały, a raczej rozpoczęły Becky Hill i Jessie J. Ta pierwsza była dla mnie totalnie bezbarwna, natomiast Jessie była już dużo ciekawsza i potrafiła wyciągnąć zdecydowanie więcej osobowości i charakteru.
A fajnie zaskoczył jeszcze Charlie Jeer, którego nie obczajałem za mocno przed festiwalem. Klubowy klimat z delikatnie płynącym saksofonem i spokojnym wokalem. Lepszego chillu podczas pierwszego dnia nie można było znaleźć.
Dzień 2 – TOPOWE koncerty drugiego dnia BitterSweet Festival
Po czwartkowych problemach z dotarciem na Meute, o których występie potem pisaliście w samych superlatywach, wiedziałem, że muszę zrobić wszystko, żeby zrealizować ambitny plan Ebbb – Chet Faker – Tom Odell – Parcels – Twenty One Pilots. Czemu ambitny? Bo czwartkowe tłumy i bieganie między scenami, nie napawały optymizmem, co do realizacji tego pomysłu.
Na szczęście się udało, chociaż z żalem trzeba było odpuścić parę końcówek, w tym “Gold” czy “Another Love” i możliwe, że dzięki temu ominęły mnie największe zatory, zostawiając te tłumy skupione pod scenami. Ale i tak wydaje mi się, że w piątek mniej ludzi podróżowało na Enea Stage, gdzie dzień wcześniej ledwo dało się wcisnąć na Tommy’ego Casha, a tak, czy to na Parcels czy Fakerze, nie było żadnych problemów, żeby się dostać bliżej sceny.
Może więcej publiczności zostawało w okolicy Maina, a może jakoś lepiej się ten tłum rozproszył po terenie festiwalu? Nie wiem, ale może wy podpowiecie.
Twenty One Pilots pokazali, że opanowali widowiskowe granie na poziomie największych festiwalowych headlinerów dostarczając nam sporo sprawdzonych koncertowych trików, nawet tych zarezerwowanych dla nielicznych, bo Tyler i Josh nie zamierzali się ograniczać i wykorzystali każdą bittersweetową przestrzeń. Muzycznie intensywnie, z wieloma zmianami brzmienia, skrzętnie budowanym napięciem, którego kulminacyjne momenty były tymi najlepszymi i bez grama nudy. Czego chcieć więcej od takiego występu?
Jakże zupełnie inny był koncert Toma Odella. Intensywny, oparty na emocjach i wokalu, który ma łapać za serce wywracając wszystko w środku, i bez zbędnych efektów, chociaż dalej zdecydowanie widowiskowo. Tu głos Toma, wręcz wyrywający się z jego gardła, był najlepszą oprawą. A ja, jako fan Nicka Cave’a, nie mogę nie docenić wszystkich scenicznych podobieństw tych dwóch panów, mimo kompletnie innego operowania wokalem. Ktoś powie, że to nie jest festiwalowe granie, a ja powiem, że czasem warto na godzinę porzucić zabawę i docenić piękno muzyki. Panie Tomie – czekam na kolejne spotkanie.
Liczyłem mocno na Parcels i się nie zawiodłem, a ich taneczne odloty były chyba najfajniejszą częścią tego dnia. Jeśli ktoś słuchając ich płyt bał się, że będzie za miękko, za lekko, to na żywo Australijczycy zdecydowanie mocniej podkręcili obroty wrzucając do tego roztańczonego kotła wszystko to, co może rozbujać publikę. Funkowa gitara, pulsujący bas i piękne harmonie. Zestaw idealny na festiwalową zabawę.
Podobny klimat, jednak spokojniejszy i bardziej chillowy, dostaliśmy na otwierających ten dzień Leisure. Tu gitary już tylko delikatnie muskały, bas powolnie prowadził, a wokal, nie wybijający się ponad całość, łagodnie płynął na tej kojącej fali.
Chet Faker na swoich koncertach ucieka od najprostszych rozwiązań, wybierając eksperymenty i muzyczne poszukiwania, w których po prostu lubi się pięknie zatracić. Mało festiwalowy był to występ i tego się też po nim spodziewałem, chociaż jakaś nadzieja na więcej, charakterystycznej dla niego, przebojowości była. Dlatego też żałuję, że nie dałem więcej czasu Ebbb, bo jestem ciekawy jak ich koncert mógł się rozwinąć, bo te 15 minut, które widziałem mocno zaciekawiło.
No cóż, najlepszy dzień tegorocznego BitterSwet, już chyba za nami.
Dzień 3 – Rozrywkowa sobota na zakończenie BitterSweet
Festival
Od razu przyznam, że ten ostatni festiwalowy dzień był dla mnie tym najmniej wyczekiwanym, jeśli chodzi o line up i artystów, którzy mieli pojawić się na bittersweetowych scenach. Z początku nie pomagał też upał, ale halo, nie będziemy tu narzekać, szczególnie kiedy następnego dnia wyjeżdża się z Poznania w lekkim deszczu.
Jedynym sobotnim koncertem na który naprawdę czekałem był występ Faithless. No i się nie zawiodłem. Uwielbiam kiedy można poczuć jak kompozycje są budowane na naszych oczach (uszach), a elektronika dzięki całemu zespołowi jest bardziej żywa. Kiedy dokładany jest każdy kolejny dźwięk, niuans, a stworzony motyw ma szansę należycie wybrzmieć dając nam wystarczająco dużo czasu na zanurzenie się w nim. Do tego wokale, jakby lekko zza mgły, tworzące nastrój odrealnienia. I nie sądziłem, że będę czerpał tu aż tyle radości wsłuchując się w każdy dźwięk zagrany przez basistę. Zdecydowanie najlepszy koncert tego dnia.
Bez wątpienia królem soboty został Robbie Williams, który kupił publiczność swoim klasycznie brytyjskim humorem, luźnym sposobem bycia i oryginalną recepturą na rozrywkę. Żartował, opowiadał i zagadywał tworząc w Poznaniu autorską mieszankę koncertu i stand upu. Po waszych komentarzach widać, że widownia na BitterSweet została kupiona tym, opartym głównie na zabawie, wyreżyserowanym show, które w takiej samej formie pojawia się też na jego solowych koncertach. Było wspólne śpiewanie, śmiechy i bardzo pozytywny klimat. Taki to już jest Robbie, że jak nie pogada, to nie będzie sobą. Ja już te same żarty i opowieści słyszałem w zeszłym roku w Tauron Arenie, więc wybaczcie, że już nie śmieszyły w ten sam sposób.
Ale u większości osób uśmiech nie schodził z twarzy, więc można uznać, że misja zabawienia publiki zakończyła się sukcesem.
Dużo interakcji z widzami było też podczas występu Major Lazer. Wiecie już pewnie, że z DJami na festiwalach nie mamy najlepszych stosunków, jednak tu czuć było, że mamy do czynienia z czym więcej niż tylko puszczaną muzyką. Tancerki i część wokali na żywo dodało temu sporo życia, a konferansjerka i wspólne tańce usunęły ten konsolowy mur między artystami a publiką. A wszystko to w iście imprezowym klimacie bez chwilki na oddech.
Intensywnie było też podczas występu Ciary, która mocno postawiła na taneczne show w klimacie r&b z delikatnym głosem Amerykanki, która też nie oszczędzała się na parkiecie. Właśnie takiego koncertu można było się po niej spodziewać, ale ja na scenie z chęcią zobaczyłbym jeszcze muzyków, dzięki czemu słuchałoby się tego przyjemniej.
Niezwykle przyjemnie było też na NEXT Stage. Max Baby z britpopowym głosem i fuzzową gitarą był fajnym odkryciem i akurat mnie zachęcił do śledzenia dalszych kroków. Borderline z kolei do poprockowego i melodyjnego brzmienia dorzucili zaskakująco dużo solówek. Ma ten zespół potencjał, żeby zdobyć sporo fanów w Europie.
Jak podaje Good Taste Production, podczas trzech dni wyprzedanego BitterSweet Festival, w Parku Cytadela bawiło się 96 000 osób.
I wiemy, że jest to maksymalna pojemność w takiej konfiguracji, bo więcej koncertowiczów już by się tam nie wcisnęło. Ta edycja nie należała do najłatwiejszych, bo oczekiwania ludzi mocno podskoczyły do góry, a pojawiło się też sporo narzekań, głównie względem właśnie tego, ile osób jest w stanie przyjąć ten teren. Natomiast, koniec końców, wydaje się, że przeważają pozytywne opinie, ale to dopiero frekwencja przyszłorocznej edycji odpowie nam na pytanie czy Bitter całościowo się obronił. Bo pomimo wiadomego problemu z tłumem, wszystko działało tam raczej jak powinno i większość ludzi jest zadowolona.
Dalej nie ma jednoznacznej deklaracji, a przynajmniej my nie widzieliśmy, że festiwal zostaje w Parku Cytadela, ale podejrzewamy że tak się pewnie stanie, chociaż nie wiemy co będzie parę lat w przód.
Natomiast trzeba sobie powiedzieć to szczerze i wprost – organizatorzy Bittersweet Festival stworzyli festiwal, którego brakowało i bardzo szybko odnalazł swoją tożsamość. I nawet jeśli poznaliśmy sufit, a wręcz uderzyliśmy mocno w niego głową, to jest to poziom, do którego ludzie często będą wracać.
Autor: Grzegorz Słoka