Komu bije dzwon – Metallica po latach znów zagrała w Chorzowie – relacja
- 31-05-2026
- Kuba Banaszewski
Metallica – Chorzów, Stadion Śląski (19.05.2026r.) org. Live Nation
Są w historii muzyki zespoły, których statusu nie sposób podważyć. Przez lata, często dekady, zapisywali się w sercach i pamięci fanów złotymi zgłoskami za sprawą przełomowych płyt, wyjątkowych koncertów czy niezapomnianych singli. Są też kapele, które, najczęściej kultowymi, często historycznymi wizytami w naszym kraju, zaskarbili sobie na długie lata uznanie polskich wielbicieli. I są wśród nich najwięksi, najznakomitsi gracze w historii. Stonesi mieli swoją Salę Kongresową, Depeche Torwar. Iron Maiden zagrali nawet na polskim weselu, a U2 nie zapomnieli o naszej historii. W tym gronie nie może zabraknąć czwórki z San Francisco – historia polskich koncertów Metalliki jest równie barwna i pełna anegdot, co niejedna najwspanialsza muzyczna opowieść. A polscy fani, z narodową, iście sienkiewiczowską zawziętością i żarem, jak już raz za coś pokochają, tak nigdy nie puszczą, nie zapomną.
A jest co wspominać, od dwóch koncertów w Spodku w 1987 roku, przez legendarne show „Monster of Rock” w 1991 roku (dzień po wydaniu przełomowego dla zespołu „Czarnego albumu”, co to były za czasy!), aż po wszystkie kolejne wizyty amerykańskich gigantów nad Wisłą, których przez ostatnie trzy dekady nie brakowało.
W ostatnich latach Metallica odwiedzała nas, mało powiedzieć, regularnie. Najświeższe wizyty autorów „Master of Puppets” naznaczała jednak powtarzająca się wciąż, i pozostawiająca wiele do życzenia, lokalizacja w postaci, rzecz jasna, stołecznego Stadionu Narodowego. To tam zagrali w 2019 roku podczas stadionowej odsłony trasy „Worldwired”, a dwa lata temu zaliczyli koncertowy dublet w ramach promocji „72 Seasons”. I choć wiemy, że tak olbrzymie widowiska, zwłaszcza w wydaniu Mety, bronią się i muzycznie i wizualnie w każdym anturażu, tak trudno było uciec od ciągnącej się za warszawskim obiektem od lat złej sławy pod kątem „doznań” akustycznych. Tym większa była radość, również i w naszych muzycznych sercach, gdy kilkanaście miesięcy temu Metallica ogłosiła swój powrót na wyczekujący jak kania dżdżu kolejnego koncertu Stadion Śląski w Chorzowie. Miejsce wprost stworzone na to, by ugościć w swych progach widowiskowe rockowe show. A gdy dodamy do tego wspomnianą już wcześniej wartość historyczną i, siłą rzeczy, sentymentalną (Meta zagrała w słynnym „Kotle Czarownic” trzy razy – w 1991, 2004 i 2008 roku), pierwsza od osiemnastu lat wizyta zespołu i wielki powrót Metalliki do Chorzowa i na Śląsk, stał się okazją więcej niż symboliczną. Koncertem, na który wszyscy, od najwierniejszych wyznawców po największych malkontentów, czekali wiele, wiele lat.
Jak sprawdził się więc Stadion Śląski w starciu z najsłynniejszą muzyczno-biznesową, metalową maszyną? Zacznijmy od początku, a więc od supportów, czy też gości specjalnych, którzy już od 18 rozgrzewali zapełniający się napływającą publiką Kocioł Czarownic. Najpierw najmłodsi ze stawki, a więc Knocked Loose którzy udowodnili, że punkowa zażartość może zgrabnie mieszać się z metalową mocą i przebojowymi zagrywkami. Co prawda, dziarscy Amerykanie zniknęli w przepastnych przestrzeniach chorzowskiego obiektu i okrągłej, sygnowanej przez gwiazdę wieczoru scenie i pewnie lepiej sprawdziliby się w klubowej atmosferze, ale wstydu na pewno nie było. Kolejna okazja by się z nimi zmierzyć na żywo już niebawem – Knocked Loose zagrają bowiem przed Bring Me The Horizon na ich halowym koncercie w Krakowie.
Inaczej sprawa ma się z Gojirą, śmiało można by rzec, pełnoprawną stadionową sensacją, która takie obiekty odwiedza na szczęście wyłącznie przy takich okazjach. Francuzi są czempionami w swoim fachu i dobrze wiemy, że grają we własnej lidze wśród najciekawszych przedstawicieli ciężkich brzmień. I podobnie jak na niedawnym halowym show w Krakowie, gdzie doskonale sprawdzili się jako gospodarze, tak i przed Metalliką, dali z siebie wszystko. Ogień, metal, groove i opera – wszystko podane i z mocą i ze smakiem. Fantastyczny, godzinny spektakl, który oglądało się z niemniejszą frajdą niż danie główne. Tu nikt nie mógł już mieć wątpliwości, Gojira to sceniczna bestia i najwyższej próby koncertowy zwierz, który nawet gościnnie jest w stanie zawładnąć bez reszty głodną wrażeń publiką. Nic tylko czekać na ich kolejny, solowy powrót do naszego kraju, bo apetyt zdecydowanie rozbudzili na więcej.
Gdy minęła 20:30, zgodnie z harmonogramem, rozpoczęło się wielkie oczekiwanie. A z lekkim poślizgiem znak do startu obowiązkowo wydali Angus Young i nieśmiertelny Bon Scott. Światła gotowe, scena rozgrzana, rekordowa publika (niemal 90 tyś. fanów) odliczająca ostatnie sekundy w rytmie „It’s a Long Way to the Top (If You Wanna Rock 'n’ Roll)” AC/DC, które od lat otwiera koncerty Mety. Znacząco i symbolicznie, bo pojawiające się na wywieszonych wysoko ekranach migawki przypominały o esencji rock and rolla i życia w trasie. Kolejny akcent to już ostatni wdech i pełna powaga. Metallica bardzo sprytnie to sobie kiedyś, dawno temu uknuła – trudno o lepszy wstęp niż „The Ecstasy of Gold” Ennio Morricone i sceny z kultowego westernu, które zapowiadać mogą tylko coś wielkiego. Bez względu na to, co mieliśmy później przeżyć, podniosła atmosfera wywołana tą kompozycją niezmiennie wywołuje ciarki i ugina kolana największym metalowym twardzielom. Cios poniżej pasa nim sam zespół wkroczył na ring.
James Hetfield, Lars Urlich, Kirk Hammet, no i Robert Trujilo – sami w sobie są już legendami. Świadczy o tym ich dorobek, pozycja, kultowy status i masowość, w tym gatunku bez precedensu. Wszystko to, co wydarzyło się w ich burzliwej historii przez ostatnie 40 lat, każdego wieczoru, w każdym kolejnym mieście, wnoszą ze sobą na scenę i czy tego chcemy czy nie, dopisują do tej opowieści kolejny rozdział. Wierni fani, ich rodzice, dzieci, a nawet może i wnuki, każdy obecny na Stadionie Śląskim, kto przyjechał tego dnia do Chorzowa, wiedział na co się pisze. Jedni śledzą ich od początku, drudzy wychowali się na radiowych hitach, wszyscy jednak przybyli w to miejsce z własną muzyczną historią w sercu, gotowi po raz pierwszy czy też setny, zmierzyć się po raz kolejny z legendą, jakich na rynku mamy coraz mniej. Oni naprawdę już nic nie muszą, a jeszcze sporo mogą, co udowadniają na scenie, igrając z własną pomnikowością. Bo mimo upływu lat, wciąż mają w sobie tę parę i chyba też frajdę z tego, że wspólnie kolejny raz mogą przejechać razem przez swoją przepastną dyskografię, a fani, w ten czy inny sposób, będą przeżywać, dyskutować i wracać do tych gorących 120 minut przez długie lata.
I od samego początku, od mocnego, klasycznego startu wraz z „Creeping Death” i „For Whom the Bell Tolls”, dali znak, że nadal – ciężko stwierdzić, czy zespół czy ich kompozycje – mają to „coś”, co dawno temu zaświadczyło o ich wyjątkowym statusie. „Obrotowa” formuła sceny w stylu 360, dała możliwość ciągłego przemieszczania się muzykom, co podkręcało dynamikę show i indywidualność czterech bohaterów wieczoru. Akustycznie, wydaje się, że Stadion Śląski też spisał się zwycięsko i dał radę – choć i tu nie brakło głosów krytyki, zwłaszcza z poziomu trybun. Płyta jednak niosła się mocnym stemplem jakości metalowego ciężaru.
A setlista? Bez większych zaskoczeń, chciałoby się rzec amerykański klasyk. Co fan to pewnie (niejedna) opinia, ale dobrze wiemy, że bez kilku/większości utworów koncert Metalliki nie może się obejść. I choć gros zagranych pozycji, nie tylko największym metalowym wyjadaczom, z góry była bardzo dobrze znana, nie zabrakło też w Chorzowie całkiem ciekawych i mile widzianych, względem poprzednich wizyt kapeli w naszym kraju, muzycznych wrzutek i niespodzianek.
Zadowoleni powinni być zwłaszcza szalikowcy kultowego „Czarnego albumu” (6 utworów, w tym świetne i nie zawsze obowiązkowe „Wherever I May Roam” czy znacznie rzadsze „Of Wolf and Man”). Amerykanie połechtali też nieco gusta fanów „Reload”, do których się zaliczam, z przepiękną niespodzianką w postaci „The Memory Remains” oraz ognistym, wysokooktanowym „Fuel”. Z wciąż „premierowego” albumu „72 Seasons” sprzed trzech lat na Chorzów wylosowało się „Lux Æterna”. Nie najgorzej, choć na tle pozostałych utworów ewidentnie czuć było, która pozycja w setliście jest tą najnowszą. Tego nie można zaś powiedzieć o drugiej „najmłodszej” kompozycji zagranej przez Metallikę na Stadionie Śląskim. Mowa o „zaledwie” osiemnastoletnim „The Day That Never Comes”, cicho wyczekanym gigancie, za którym – sądząc po gorących reakcjach – kryje się niejedna osobista historia. Bez wątpienia było to najpełniejsze, najbardziej skupione i dopracowane wykonanie tego wieczoru. Bez zbędnych słów, podobnie jak i sama rozbudowana i żonglująca nastrojami kompozycja, z wyraźnie naznaczonymi akcentami, trafiającymi w samo sedno. To celnie wypuszczony strzał w kierunku tych, którzy uważają, że w XXI wieku Metallica nie zostawiła po sobie muzycznie nic wartościowego. Rasowy, koncertowy killer.
Reszta to dobrze znana i obowiązkowa klasyka. Metallica jest już na poziomie Rolling Stonesów, na 15 zagranych kawałków, umówmy się, co najmniej 10 jest więcej niż nie do ruszenia. Jedni powiedzą: ileż można, dla drugich niech odpowiedzią będzie las rąk w reakcji na pytanie Hetfielda: „kto w Chorzowie jest na koncercie Metalliki po raz pierwszy”. Nie obyło się więc bez balladowych pewniaków (wciąż poruszające „The Unforgiven”, odegrane, byle by zagrać „Nothing Else Matters”) czy złotych strzałów, które sprawdzają się zawsze, takich jak mocno kroczący „Sad but True” czy wspaniale rozwijające się, kultowe i przeszywające „One”. „Mamy najlepszą robotę na świecie”, rzucił w pewnym momencie ze sceny Hetfield i trudno nie przyznać mu racji. Kolejne pokolenia fanów bawią się bowiem razem do muzyki, która nie chce się zestarzeć.
I choć atmosfera na koncercie momentami była bardziej piknikowa niż metalowa, Metallica nie pozwoliła dać zapomnieć o swoich korzeniach. Z debiutanckiego „Kill’Em All” sprzed 43 lat wybrzmiało tylko niezastąpione „Seek&Destroy”, które z gitarowego killera stało się synonimem dobrej zabawy, ale już kolejny gigant w postaci „Master of Puppets”, na tle cmentarnego lasu krzyży, był już mocnym sygnałem, że Metallica wciąż potrafi solidnie przyłoić. Nawet tak ogranym orężem, niezmiennie zamykają usta malkontentom – takie numery po prostu się nie starzeją. Ostatni akcent należeć zaś musiał do innego nieśmiertelnego riffu z obowiązkowej układanki. „Enter Sandman”, urodzony otwieracz, zakończył chorzowskie show w iście spektakularnym stylu. Nic dziwnego, że Metallica nie gra na tej trasie bisów, w tym układzie, naprawdę trudno byłoby prosić o więcej.
Aha, jeszcze oczywiście niezapomniane wykonanie „Chcemy być sobą” Perfectu, czyli muzyczna wariacja Hammeta i Trujilo, która według planu rozpalać ma muzyczne sentymenty polskich fanów. Jedni powiedzą głupstwo, które zajmuje miejsce innym, dużo lepszym, autorskim utworom Metalliki, reszta zaś z nieskrępowaną radością i lekkim przymrużeniem oka śpiewała razem z kaleczącym tekst Hołdysa basistą wersy kultowego hitu. Czy to nie mówi nam wszystkiego o Metallice i ich miejscu i pozycji w 2026 roku? Można wymagać od tak legendarnej kapeli dużo więcej, ale czy na koniec dnia nie chodzi tu już przede wszystkim o wspólną zabawę? Stadionowe koncerty mają to do siebie, że, chcąc czy nie chcąc, są pewnego rodzaju jarmarczną fiestą, ubraną w gatunkowe ciuchy muzycznej sztuki. Poniżej tego poziomu Metallica już nie zejdzie. A póki co w tej nietracącej nic ze swojej mocy karuzeli wrażeń, są niezmordowanymi mistrzami swojej kategorii. Bawmy się więc razem z nimi, póki wciąż są obok. Na całą resztę zbędnych z perspektywy historii refleksji i przemyśleń, które śmiało znowu mogliśmy zostawić poza murami stadionu, przyjdzie jeszcze moment. Przecież do końca życia mamy na to czas!
Autor: Kuba Banaszewski