„To było jak jazda na rowerze, jakbym nigdy nie odszedł” – wywiad z Adamem Gontierem (Three Days Grace)
- 14-05-2026
- Grzegorz Słoka
Adam Gontier z Three Days Grace opowiedział nam o swoich pierwszych występach, początkowych inspiracjach, życiu w trasie i oczywiście o powrocie do zespołu. Nie zabrakło też z naszej strony pytań o obecny wybuch popularności gitarowych kapel z pierwszej dekady XXI wieku, pokoleniowej zmianie wśród publiczności, ale też o jego stosunek do dynamicznych cen biletów i tego, co dzieje się teraz na rynku koncertowym.
Adam okazał się świetnym rozmówcą, który stara się sięgać pamięcią do odległych już czasów i z uśmiechem odpowiada na pytania. Czy wiedzieliście, że wszystko zaczęło się od jego wyjść do barów, gdzie mama zabierała go kiedy był jeszcze nastolatkiem, żeby mógł pośpiewać na Open Mic?
Jeśli jesteście ciekawi co jeszcze powiedział Adam Gontier w prawie 30 minutowej rozmowie z nami, to odsyłamy Was na naszą stronę, żeby znaleźć coś do poczytania i na naszego YouTube’a gdzie znajdziecie zapis wideo, którego w sumie nie planowaliśmy, ale może się ktoś skusi.
A cała rozmowa utrzymana w tematach koncertowych – jak to u nas. I pamiętajcie, że zespół pojawi się w czerwcu na Summer Punch Festival, gdzie zagrają na koniec drugiego dnia. Adam zapowiada, że szykują się zmiany odnośnie ich ostatniego występu w Łodzi.
KwP: Miło cię widzieć, Adam!
Gontier: Ciebie również. Stary, co u ciebie?
KwP: Dobrze, dobrze. W jednym z wywiadów powiedziałeś, że Pearl Jam i Eddie Vedder byli wśród twoich największych inspiracji. Chciałem powiedzieć na samym początku, że gdyby nie Pearl Jam, nasza strona prawdopodobnie też by nie istniała — bo wszyscy poznaliśmy się przez polski fanklub Pearl Jam. Więc jest tu jakieś powiązanie. Czy udało ci się zobaczyć ich na żywo?
Gontier: Tak, widziałem Pearl Jam wiele razy przez te lata. Zawsze byłem wielkim fanem, jeszcze w liceum, kiedy dopiero zaczynaliśmy. Pearl Jam był dla nas ogromną inspiracją, więc tak, widziałem ich wielokrotnie.
KwP: A czy był w twoim życiu jeden konkretny koncert — niekoniecznie Pearl Jamu, ale możesz wybrać też ich — który coś w tobie zmienił? Ten moment, kiedy poczułeś, że chcesz być po drugiej stronie sceny.
Gontier: Tak, dla mnie to chyba The Tragically Hip, kanadyjski zespół. The Tragically Hip są ogromni w Kanadzie. Widziałem ich dawno temu, nie pamiętam dokładnie w którym to było roku, ale jestem pewien, że to były wczesne lata 90., tak ’91, ’92, coś takiego. Ten koncert po prostu mnie powalił. Gord Downie jako frontman był tak świetny, że pamiętam, jak oglądałem ten koncert i myślałem: to jest to, co chcę robić.
KwP: A czy masz jakieś inne największe inspiracje? I nie mam na myśli ściśle muzycznych czy w sensie pisania piosenek, ale raczej jako wykonawcy. Od kogo wziąłeś najwięcej, jeśli chodzi o bycie na scenie?
Gontier: Cóż, znowu chyba oglądanie Gorda Downiego na scenie i jego zdolność do przemieniania się w kogoś innego — to mnie naprawdę inspirowało. Możliwość wyjścia na scenę i stania się jakby inną osobą, to właśnie on robił.
KwP: A czy czujesz, że jesteś inną osobą na scenie, choć trochę?
Gontier: Tak, na pewno, zawsze jest trochę inaczej na scenie. Miałem tendencję, żeby być kimś, kim niekoniecznie jestem na co dzień.
KwP: A czy to się zmienia w trakcie trasy, z koncertu na koncert, z wieczora na wieczór?
Gontier: Znaczy każdy wieczór jest inny — inna publiczność, inna atmosfera. Fajnie się gra koncerty, zawsze czerpiesz z energii publiczności, więc każdego wieczoru jest trochę inaczej.
KwP: A czy miałeś kiedyś jeszcze okazję i czas, żeby pójść na koncert z perspektywy widza?
Gontier: Szczerze, nie miałem na to zbyt wiele czasu. Kiedyś dużo. Próbuję sobie przypomnieć ostatni koncert, na którym byłem — chyba byliśmy w trasie, mieliśmy dzień wolny i poszliśmy zobaczyć Nine Inch Nails. To był dobry koncert.
KwP: Fajnie, naprawdę dobry. Widziałem ich w zeszłym roku i było to powalające.
Gontier: Tak, bardzo intensywne i świetne.
KwP: A czy pamiętasz jeszcze moment, gdy pierwszy raz wszedłeś na scenę?
Gontier: Hm, nie do końca. Kiedyś mama zabierała mnie do barów, gdzie były takie open mic nights, gdzie można było wyjść z zespołem i pośpiewać piosenki. Robiłem to dość młodo, miałem może dwanaście lat. A potem założyliśmy zespół w liceum. Nie pamiętam tego pierwszego razu, bo to była taka stopniowa zmiana — od bycia w barze do robienia tego w liceum i tak dalej. Ale pamiętam, że miałem około dwunastu lat.
KwP: A pamiętasz jakieś piosenki, które śpiewałeś na open mic?
Gontier: Tak, wtedy śpiewałem „Johnny B. Goode” Chucka Berry’ego, śpiewałem „Stand by Me” — kolejny klasyk. To były głównie te dwie, które wychodziłem zaśpiewać.
KwP: Sukces waszego debiutanckiego albumu rzucił was na głęboką wodę dość szybko, także po stronie koncertów. Już w 2004 roku wyruszyliście w światową trasę, wasze koncertowe życie zmieniło się całkowicie w bardzo krótkim czasie — graliście festiwale w Brazylii i tak dalej. Jak szybko przyzwyczailiście się do nowej rzeczywistości?
Gontier: Tak, to wszystko stało się dość szybko. To było całkiem niezłe doświadczenie — graliśmy w klubach i właśnie wypuściliśmy singiel „I Hate Everything About You”, i ten utwór wystrzelił. Zespół zaczął grać coraz większe koncerty i to było surrealistyczne. Zawsze chcieliśmy to robić, ale niekoniecznie myśleliśmy, że to się stanie w taki sposób. A jednak się stało, eksplodowało, i my po prostu jesteśmy bardzo wdzięczni za to.
KwP: A czy pamiętasz ten konkretny koncert, od którego przeszliście od kilkuset osób do kilku tysięcy?
Gontier: Myślę, że wtedy było dużo radiowych festiwali w Ameryce Północnej. Mnóstwo festiwali, gdzie było pełno zespołów, i zaczęliśmy grać te festiwale częściej, a tłumy na nich zaczęły rosnąć przy naszych występach. Nie pamiętam jednego konkretnego koncertu, ale wszystko działo się dość szybko wokół tych festiwalowych występów.
KwP: Widzę uśmiech na twojej twarzy, kiedy wracasz do tych wspomnień. Czy żyjesz według filozofii „Never Too Late” w swoim życiu?
Gontier: Tak, na pewno. Wiesz, ta piosenka została napisana dość dawno temu, więc z biegiem lat nabrała dla mnie innego znaczenia. Niekoniecznie znaczy to, co wtedy, ale cała idea, żeby nie poddawać się w życiu, jest bardzo ważna i bardzo prawdziwa.

KwP: A co poczułeś, wracając na scenę z Three Days Grace te trzy lata temu? I czy wybór akurat tej piosenki — o tak znaczącym tytule jak „Never Too Late” — był sam w sobie przekazem już wtedy?
Gontier: Tak, na pewno. Wyszedłem i zagraliśmy „Never Too Late” i „Riot”, i to było niesamowite — być znów na scenie z chłopakami po dziesięciu latach. To było jak jazda na rowerze, jakbym nigdy nie odszedł. Wszystko było bardzo naturalne i normalne, dużo zabawy. Fani byli bardzo zaskoczeni, kiedy się tam pojawiłem, więc to było całkiem fajne.
KwP: Tak, było trochę szczęśliwych ludzi, którzy byli na tym koncercie. Powiedziałeś, że było to niesamowicie naturalne — muszę się zgodzić, bo oglądałem ten występ na YouTubie i naprawdę nie czuć, że nie było cię z zespołem przez około dziesięć lat. To było wręcz mega naturalne.
Gontier: Tak, na pewno — bo spędziliśmy tyle lat grając razem wcześniej, zanim staliśmy się naprawdę popularni. To było tak, jakby nikt nigdy nie odszedł.
KwP: A czy już wtedy poczułeś, że mógłbyś wrócić do zespołu na stałe i że może mógłbyś dzielić główne wokale z Mattem?
Gontier: Tak. Rozmawialiśmy o tym sporo po tym pierwszym koncercie, na którym z nimi wystąpiłem. Wszyscy poczuli, że to było świetne, więc nigdy w to nie wątpiłem — wiedziałem, że możemy to zrobić. Mam wrażenie, że Matt i ja mamy naprawdę dobry kontakt na scenie i to wyszło bardzo naturalnie. Nie martwiłem się, że będzie ciężko — to było bezproblemowe.
KwP: A czy wiedziałeś, że wracasz do zespołu, gdy wchodziłeś na tę scenę?
Gontier: Nie, nie w tamtym momencie. To było bardziej jak jednorazowe wydarzenie. Ale było właściwe i wszyscy to czuli, więc to było odpowiednie posunięcie.
KwP: Też myślę, że to był dobry pomysł. A jak wyglądały twoje przygotowania do pierwszej trasy z Three Days Grace po ponad dekadzie?
Gontier: Byliśmy już razem, pisaliśmy album „Alienate” przez jakiś czas, więc spędzaliśmy ze sobą czas. Na próby zebraliśmy się na kilka tygodni w Las Vegas i przeszliśmy przez wszystko, i szczerze mówiąc, było to dość łatwe. Tak naprawdę nie zapomniałem piosenek. Matt i ja musieliśmy ustalić, kto śpiewa które partie, ale to też przyszło naturalnie i łatwo, bo on ma sporo świetnych piosenek, które zrobił przez te lata. Świetnie się to ułożyło.
KwP: Wasze głosy świetnie się łączą z Mattem i nie brzmi to jak dwa zupełnie różne światy. Jak długo zajęło ci wypracowanie tej dynamiki i podzielenie starszych piosenek między was?
Gontier: Na żywo, jeśli chodzi o piosenki Matta, on zaśpiewa większość z nich, ale wymieniamy się zwrotkami i refrenami tu i tam. Przy niektórych piosenkach ja zaśpiewam zwrotkę z jego utworu, a często on śpiewa partie moich. Taka wymiana w obie strony przy wielu piosenkach. A cały album „Alienate” śpiewamy razem. Mamy dużo radości robiąc to, co robimy.
KwP: Jesteś bardzo doświadczonym muzykiem, ale czy denerwowałeś się przed pierwszym koncertem nowej trasy po powrocie?
Gontier: O tak, nerwy na pewno były. To był ważny moment dla zespołu i zdecydowanie ważny moment dla fanów, więc chciałem dać dobry koncert, chciałem, żeby było świetnie. Były nerwy, ale myślę, że po pierwszych kilku piosenkach wskoczyło to na właściwe tory. Od tego czasu idzie łatwo.
KwP: Rozmawialiśmy o „Never Too Late”, ale która piosenka, którą zaśpiewałeś po powrocie, znaczyła dla ciebie najwięcej?
Gontier: Z nowego albumu — naprawdę lubię „Kill Me Fast”. Ta piosenka wiele dla mnie znaczy, i gramy ją na żywo, więc to przyjemny utwór do śpiewania. Ma niezłe znaczenie, więc bardzo ją lubię.
KwP: A jak życie w trasie zmieniło się dla ciebie po tym wszystkim? Sporo trudności jest już za tobą, twoje dzieci czekają na ciebie w domu — to duża zmiana. Jak to zmienia twoją perspektywę?
Gontier: Cóż, w pierwszych latach było dużo imprezowania, dużo się działo. Ale teraz jesteśmy już długo na rynku i widzieliśmy sporo zespołów, które przychodziły i odchodziły bardzo szybko. Więc wszyscy wiemy, co musimy robić, żeby zostać zdrowymi i działać dalej. Teraz to kwestia bycia wśród odpowiednich ludzi, przebywania w odpowiednim środowisku. Mam rodzinę w domu, która na mnie czeka, i nigdy nie chcę ich narażać. Trzeba być mądrym w trasie — to najważniejsze. Jest dużo pokus, ale staram się trzymać z dala od tych rzeczy.
KwP: A czy tęsknisz za domem, kiedy jesteś w trasie, a kiedy jesteś w domu, tęsknisz za trasą? Czy to coś naturalnego dla muzyków?
Gontier: O tak, na pewno, to dzieje się cały czas. Wychodzisz w trasę i po jakimś tygodniu zaczynasz tęsknić za domem, dziećmi, żoną. Tydzień, dwa tygodnie — a potem to samo dzieje się, gdy wracasz do domu i jesteś przez kilka tygodni. Zaczynasz tęsknić za byciem na scenie o określonej porze wieczora. Trochę tam i z powrotem. Ale mamy szczęście, że możemy wyjeżdżać w trasę na miesiąc, wracać na miesiąc, znów w trasę na miesiąc i znów do domu na miesiąc. Mamy szczęście, że możemy tak robić.
KwP: I to bardzo zdrowe dla głowy.
Gontier: Tak.
KwP: Po odejściu z Three Days Grace często grałeś solo z akustyczną gitarą. Jak duża to zmiana dla muzyka zakorzenionego w mocnych, przesterowanych gitarach, żeby przejść na wersję unplugged?
Gontier: Dla mnie to nie było duże. Dorastałem grając na akustyku, wszyscy tak robiliśmy — siedząc przy ogniskach i grając piosenki. Zawsze miałem akustyczną gitarę, gram na gitarze i śpiewam, więc było mi łatwo przejść na to. Trochę inaczej jest na scenie — atmosfera jest sporo inna, nie ma tyle energii, ale jesteś tam sam. To dość łatwe. Naprawdę lubię wychodzić na scenę z akustykiem i śpiewać. To bardzo intymne i myślę, że ludzie to lubią.
KwP: Grałeś dużo coverów — Fleetwood Mac, Jeff Buckley, Tom Petty — ale muszę przyznać, że ten, który mnie najmocniej trafił, to twoja wersja „Release” Pearl Jam, o którym już wspominaliśmy, oraz „Jar of Hearts” Christiny Perri. Byłem zaskoczony, że znam tę piosenkę i że śpiewasz ją z taką pasją i taką mocą.
Gontier: To są dwa moje ulubione utwory do śpiewania. Zdecydowanie „Release” Pearl Jam — ta piosenka jest szalenie dobra,
KwP: Historia stojąca za nią też jest szalona.
Gontier: Tak, tak. A „Jar of Hearts” to po prostu dobra piosenka i pomyśleliśmy, że fajnie byłoby ją zrobić. Nie grałem jej od lat, to było dawno, jak ją graliśmy. Może będziemy musieli do niej wrócić.
KwP: Będę bardzo wdzięczny, żeby usłyszeć twoją wersję. A czy jest piosenka, która jest dla ciebie wokalnym wyzwaniem — czy to utwór Three Days Grace, czy cover? Coś, do czego musisz się porządnie rozgrzać, żeby wejść w koncert?
Gontier: Żadna konkretna piosenka. Znaczy sporo utworów Three Days Grace jest dość trudnych do śpiewania — są bardzo wysokie i nie masz dużo czasu na oddech między piosenkami. Na scenie trzeba próbować wziąć kilka sekund między piosenkami, żeby spróbować spowolnić oddech, bo robi się tam dość intensywnie. Są takie piosenki pod rząd, jak gdy gramy „Break” i „Home” razem — te dwa są dość trudne do śpiewania jeden po drugim. Próbuję je rozdzielać w setliście teraz. Wszystkie są dość trudne, więc trzeba się rozgrzać przed koncertem, bo inaczej robi się ciężko.
KwP: A czy jesteś osobą nostalgiczną?
Gontier: Może tak.
KwP: A czy czujesz w tym momencie, w kulturze w ogóle, ale szczególnie w muzyce, że jest taka fala nostalgii i że zespoły z pierwszej dekady XXI wieku stają się coraz popularniejsze? Czujesz coś takiego?
Gontier: Tak. Muzyka rockowa w ogóle — czuję, że nadejdzie powrót takiej grunge’owej atmosfery. Są teraz zespoły wychodzące, które trochę w to wchodzą. Muzyka rockowa wydaje się coraz większa niż w ostatnich latach. Słyszeliśmy, jak wielu ludzi mówiło przez te lata, że rock jest martwy— a jest sporo silniejszy niż był. Jestem podekscytowany, dokąd to zmierza.
KwP: Wiele zespołów, które miały szczyt popularności piętnaście czy dwadzieścia lat temu, są teraz znów ogromnie popularne. Jeszcze niedawno grały w klubach albo małych miejscówkach, a teraz wyprzedają największe areny. Podobnie jest z Three Days Grace — w 2022 i 2023 roku, jeszcze bez ciebie, mogliśmy oglądać zespół grający w klubach w Polsce, a rok temu była już to arena z ponad dziesięcioma tysiącami osób. Czy czujesz, że to efekt nostalgii, czy to twój powrót tak bardzo zwiększył popularność — czy może jedno i drugie?
Gontier: Wydaje się, że to prawdopodobnie jedno i drugie. Na naszych koncertach widzimy teraz mnóstwo ludzi, którzy są może trochę młodsi od nas, mają dzieci i przyprowadzają te dzieci na koncert. Więc to zaczyna być trochę kwestia nostalgii. Ale jednocześnie myślę, że ludzie są podekscytowani, żeby zobaczyć Matta i mnie razem, wykonujących nowy album, jego utwory, moje utwory z dawnych lat. Taki miks wszystkiego. Niesamowite to widzieć — nasze koncerty są coraz większe i to dość wspaniałe.
KwP: A jak się czujesz, gdy widzisz tych wszystkich nastolatków w tłumie, którzy może widzą cię tak, jak ty widziałeś Eddiego Veddera i tak dalej?
Gontier: To naprawdę fajne, stary. Myślę o tym dość często, gdy gram — patrzę na tłum i widzę młodych ludzi, nastolatków, i fajnie widzieć jak ta muzyka na nich wpłynęła. Tak jak wpłynęła na nas, gdy byliśmy młodsi, jak wpłynęła na zupełnie inne pokolenie, kiedy dopiero zaczynaliśmy. Czuć, że ta muzyka przetrwała — i myślę, że ponieważ jest prawdziwa i emocjonalna, ludzie mogą się z nią identyfikować. Naprawdę fajne, że to się wciąż dzieje — z młodszymi ludźmi, ze starszymi ludźmi, po prostu z każdym. Uwielbiam widzieć tych młodszych ludzi, którzy przychodzą na koncert.
KwP: W czerwcu gracie w Polsce na zupełnie nowym festiwalu. Czego możemy się spodziewać w porównaniu z waszym zwykłym koncertem headlinerskim?
Gontier: Zawsze staramy się mieszać różne piosenki w secie. Nasz set w Ameryce Północnej był dość zbliżony do tego samego — wrzuciliśmy kilka różnych piosenek tu i tam. Ale myślę, że gdy przyjedziemy do Europy, spróbujemy włączyć kilka coverów, jak również kilka bardzo starych piosenek. Set będzie sporo inny. A poziom energii na scenie, energii z Mattem, jest dość intensywny — zostawiamy wszystko na scenie. To będzie intensywny wieczór, dużo zabawy.
KwP: Czyli potwierdzasz, że każdy, kto był w Łodzi w zeszłym roku, żeby was zobaczyć, powinien przyjść znowu?
Gontier: O zdecydowanie tak. To będzie inny koncert, to na pewno.
KwP: A czy czujesz różnicę między amerykańską a europejską publicznością?
Gontier: Dobre pytanie, stary. Czuję, że fani rocka są w sumie tacy sami, czy są tutaj w Ameryce Północnej, czy w Europie. Ale jednocześnie nie docieramy do Europy tak często, jak byśmy chcieli, więc intensywność jest trochę większa, a fani są o sporo bardziej zagorzali. Co jest świetne, uwielbiamy to. Zawsze uwielbiamy grać w Europie, nie mogę się doczekać powrotu.
KwP: Ostatnich kilka pytań. Co myślisz o dynamicznym ustalaniu cen biletów na koncerty? Jakie masz na to spojrzenie?
Gontier: Dobre pytanie — muszę uważać, jak na to odpowiem, prawda? Cóż, myślę, że ceny biletów ogólnie są zawyżone, przynajmniej w Ameryce, gdzie masz Ticketmastera i Live Nation rządzących wszystkim. To jest kompletny chlew. Są prawdziwi fani, których nie stać na bilety — myślę, że to wszystko jest bullshitem, szczerze mówiąc. Bilety muszą być dostępne dla każdego. Niekoniecznie zgadzam się z dynamicznym ustalaniem cen — kiedyś tak nie było, nie musi tak być. Ludzie po prostu chcą więcej i więcej pieniędzy, firmy też. Chciałbym, żeby to wróciło do tego, jak było, kiedy chodziłem na koncerty i bilety kosztowały jakieś 15 dolarów. Oczywiście już nigdy nie będą tak tanie, 10 do 15 dolarów za bilet na koncert — to się skończyło. Naprawdę mi się to nie podoba, szczerze mówiąc, ale chyba zobaczymy, co się stanie.
KwP: A czy wierzysz, że coś się w tej sprawie zmieni? Bo widzimy, że koncerty stają się ekskluzywnym, luksusowym produktem w dzisiejszych czasach, szczególnie kiedy chodzi o największe gwiazdy, gdy musisz zapłacić jakieś dwieście, trzysta, czterysta dolarów. To dziwny cyrk, że musisz zapłacić jakieś trzysta albo czterysta dolarów za jeden koncert.
Gontier: Absolutnie, zgadzam się, stary, w stu procentach. Więc kiedy mówisz o wielkich gwiazdach, masz na myśli powiedzmy Taylor Swift tego świata i takie rzeczy?
KwP: Tak, tak.
Gontier: A czy to samo działo się z cenami biletów u was, czy bilety były dynamiczne?
KwP: Nie, nie widziałem dynamicznego cennika na wasz koncert, więc to bardzo dobrze.
Gontier: Myślę, że jedyne, co naprawdę to zmieni, to jeśli ci wielcy artyści będą w stanie wstać, i powiedzieć: to za dużo. Ci wielcy popowi artyści, ci wielcy raperzy, nawet najwięksi rockowi artyści — jeśli oni nie wstaną i nie staną w obronie swoich fanów i nie zaangażują się w jakiś sposób, nie sądzę, żeby to się zmieniło. To jedyne, co to zmieni.
KwP: Też myślę, że artyści mogą coś zmienić, bo ludzie i tak będziemy chodzić na koncerty — chcą zobaczyć swoich idoli i zapłacą, ile to będzie kosztować. Tylko wy możecie to zatrzymać. Dobrze słyszeć, że masz taką opinię na ten temat. A jakie masz plany na przyszłość z Three Days Grace i może jakieś solowe albumy?
Gontier: W tym roku będziemy w trasie z przerwami do końca 2027. Myślę, że w 2028 będziemy pewnie robić trochę Saint Asonia — kto wie, tyle się teraz dzieje. Na resztę tego roku i w 2027 raczej będziemy w trasie, do 2027 pewnie zagramy jakieś koncerty, a potem prawdopodobnie zrobimy sobie przerwę. Może popracuję nad jakąś muzyką Saint Asonia, żeby coś wypuścić, takie rzeczy. A może w 2028 wrócimy do robienia czegoś z Three Days Grace. Trudno powiedzieć dokładnie, ale dużo grania, dopóki będziemy mogli grać.
KwP: Możesz grać tyle, ile chcesz — zaprosimy cię do Polski z otwartymi ramionami.
Gontier: Dzięki, stary. Do zobaczenia w czerwcu, bo chcę cię zobaczyć — jeszcze cię nie widziałem, więc to będzie ciekawa podróż: porozmawiać z tobą, a potem zobaczyć cię na scenie. To będzie dobry wieczór, stary. Na pewno będzie to świetna trasa, nie możemy się doczekać.
KwP: Dzięki, Adam, za rozmowę. Świetnie się z tobą rozmawiało i mam nadzieję na rychłe zobaczenie.
Gontier: Dzięki ziom, ty też, trzymaj się.
Warszawa, 18-19.06.2026r.