U2 wrócili z nową muzyką, no i co z tego?
- 19-02-2026
- Kuba Banaszewski
Przyznajcie, komu serce nie zabiło mocniej, bez względu na sympatię do zespołu i jakość poprzednich dokonań irlandzkiej grupy z ostatnich lat, na nagłą i niespodziewaną wieść o wydaniu premierowego zestawu piosenek.
Pierwszego, z małymi, przypadkowymi wyjątkami, od ostatniego studyjnego wydawnictwa „Songs of Experience” sprzed niemal dekady. Tym razem, powstający z popiołów zespół powrócił z sześcioutworową EP-ką, „Days of Ash”, wystawiając po raz kolejny na próbę swoich fanów i obserwatorów.
„Te utwory z EP-ki nie mogły czekać. Te piosenki były niecierpliwe, by wyjść do świata. To utwory sprzeciwu i przygnębienia, pieśni lamentu” – opisuje najnowsze dzieło U2 z właściwym sobie patosem Bono. A więc co, znów robi się politycznie, znów bawimy się w zaangażowany zespół? Irlandczycy, świętujący w tym roku półwiecze od swojego zawiązania, znów chcą być na czasie, znów chcą złapać „zeitgeist” chwili, z wyczuciem, jakie niegdyś wyniosło na szczyt ten natchniony kolektyw.
I trzeba przyznać, że zwracając się ku sprawom ważnym, U2 wykroili być może najciekawsze single od lat. To duże słowa, jednak w obrębie najnowszej dyskografii, umówmy się, poprzeczka nie była zawieszona wysoko. Bo, czy tego chcemy czy nie, to wciąż jest zespół-instytucja, choćby i był od lat swoją karykaturą, bandem, z którego w tak wspaniale ironiczny sposób wyśmiewali się przecież sami gromko na stadionach w ramach trasy ZooTV.
Ale to było już bardzo dawno temu, przez kolejne lata U2 zdążyli narobić sobie równie dużo dobrego, jak i złego PR-u, przewyższając jednak częściej szalę na tę drugą stronę, ku uciesze tych, którzy życzyli im jak najgorzej. Ale mimo tego, niezmiennie od lat, starzy wyjadacze z U2 wiedzą jak, bez względu na wszystko, umiejętnie zwrócić na siebie uwagę całego muzycznego świata.
Bo koncertowo dalej, jak zawsze, zachwycali, choćby i pioniersko, znów na czele peletonu, w nowoczesnych przestrzeniach The Sphere. Zdawali się mieć jednak od lat problem, gdy nie mogli schować się za wielką produkcją czy, tak jak teraz, ważną sprawą. Ich niedawne dokonania, sprzed dekady i nieco dalej wzwyż, pozostawały wiele do życzenia. Podobnie jak kolejne nietrafione decyzje i kierunki kariery.
Dziś jednak, bez szumu i iskier, a z misją na ustach, przypominają, w czym tkwiła niegdyś tajemnica ich globalnego sukcesu. Bo choć trudno przyrównywać najnowsze utwory do zaangażowanych klasyków w stylu „War”, trzeba oddać Irlandczykom, to co irlandzkie – na „Days of Ash” słychać to, czego najmocniej brakowało poprzednim ich kompozycjom z ostatnich lat. Skupiony i pewny siebie ZESPÓŁ.
Bono: „Każdy z nas wnosi to, co ma, a te pięć piosenek i jeden wiersz to wszystko, co mamy w tej chwili. To portrety ludzi, których my w U2 widzimy na pierwszych liniach frontu wolności”.
„Days of Ash”, jak słusznie zauważył lider i buńczuczny wokalista, to pięć nowych utworów oraz wiersz – pocztówka z „tu i teraz”, obecnego momentu historii świata. Muzyczny zryw i gorączkowa próba reakcji na bieżące wydarzenia, naznaczone tragicznymi historiami prawdziwych ludzi, współczesnych bohaterów.
Otwierający EP-kę rockowy utwór „American Obituary” został zainspirowany historią Renée Nicole Good, ofiarą głośnej afery z ICE, której w ostatnim czasie własną kompozycję poświęcił również Bruce Springsteen. „One Life At A Time” skupia się na sylwetce Awdah Hathaleen, palestyńskiego ojca trójki dzieci, działacza non-violence i nauczyciela, który zginął z rąk izraelskiego osadnika. Z kolei „Song of the Future” oddaje hołd życiu 16-letniej Sarinie Esmailzadeh, jednej z tysięcy irańskich uczennic, które w 2022 roku wyszły na ulice w ramach ruchu „Kobieta, Życie, Wolność”. W „Yours Eternally” do Bono i The Edge dołączają wokalnie ukraiński muzyk, a obecnie żołnierz, Taras Topolia, a także Ed Sheeran. W chórkach usłyszymy również Boba Geldofa i Pussy Riot.
Czyli co, U2 w wersji bingo znów na pełnej? Odhaczając kolejne elementy tej zaskakującej układanki, nie sposób jednak nie dostrzec esencji, która muzycznie wybija się na pierwszy plan. Bez dziwacznych produkcyjnych tricków, próbujących nieudolnie dogonić współczesne trendy oraz bez osobistych historii, które zdawały się poruszać jedynie swoich autorów, „Days of Ash” przypominają to, co w U2 było najlepsze. I choć momentami jest to jedynie cień tego wspomnienia, nie tylko najwierniejsi szalikowcy powinni być więcej niż zadowoleni.
Larry: „Kto potrzebuje usłyszeć od nas nową płytę? To po prostu zależy od tego, czy tworzymy muzykę, która – jak czujemy – zasługuje na to, by ją usłyszeć. Wierzę, że te nowe utwory dorównują naszym najlepszym pracom. Dużo rozmawiamy o tym, kiedy wypuścić nowe kawałki. Nigdy nie masz pewności – ale patrząc na to, jaki teraz jest świat, to wydaje się właściwy moment”.
Co więcej, niniejsza EP-ka ma być odrębnym bytem od powstającej równocześnie kolejnej płyty, którą poznać mamy jeszcze do końca 2026 roku. „Piosenki celebracji przyjdą później – pracujemy nad nimi teraz” – dodaje Bono – „bo przy całym okrucieństwie, które codziennie widzimy i które zostaje normalizowane na naszych małych ekranach, w tych szalonych i doprowadzających do obłędu czasach nie ma nic normalnego. Musimy się im przeciwstawić, zanim będziemy mogli znów uwierzyć w przyszłość. I w siebie nawzajem”. Uff, nie przedawkujmy tylko naraz tej dawki patosu.
Jednak jeśli ponownie, jak za dawnych lat, to walący się na naszych oczach świat, ma postawić U2 na nogi, jesteśmy za. Bo jeśli w tym legendarnym, niebawem 50-letnim zespole tli się jeszcze jakaś iskra, to jest ten moment, by ją wydobyć. Cytując i parafrazując filmowego klasyka: „Panowie, długo mieliście naszą uwagę, ale teraz macie naszą ciekawość”. Nie zepsujcie tego znowu, naród na Was liczy! A jeśli ta ambitna, samobójcza muzyczna misja się nie uda, miejmy nadzieję, że przyniesie nam chociaż parę koncertów w 2027. Pamiętajmy, że od 2009 roku, gdy Irlandczycy po raz ostatni stanęli na polskiej ziemi, minęło już straszliwie dużo zim.
Autor: Kuba Banaszewski