Tony Iommi – prawdziwy „Iron Man” gitary i jego koncerty z Black Sabbath w Polsce
- 20-02-2026
- Kuba Banaszewski
Tony Iommi to prawdziwa legenda muzyki gitarowej. To pod jego przywództwem Black Sabbath po raz pierwszy odwiedzili Polskę, 32 lata temu.
„W ogóle nie trzymałem się żadnych zasad. Tworzyłem własne”.
„Żelazny” przydomek Iommiego nie wziął się znikąd. Dorastanie w powojennym Birmingham to nie była kaszka z mleczkiem. Wygrywał silniejszy – na ulicy, w szkole, w pubie. W końcu też na scenie, gdzie młody Tony błyszczał najmocniej, jako lokalna gwiazda ewoluującego wciąż rocka. Był twardy, musiał być. Jako nastolatek w wypadku przy pracy w fabryce obróbki blachy stracił czubki palców, serdecznego i środkowego prawej ręki. Coś co dla wielu, a zwłaszcza dla gitarzysty, byłoby przekreśleniem jakiejkolwiek kariery muzycznej, dla niego stało się wybawieniem. Nie miał wyjścia – musiał stworzyć swój własny, unikalny i nieosiągalny dla reszty styl.
Ozzy Osbourne: „Na początku wszystko kręciło się wokół Tony’ego Iommiego. Był ode mnie prawie rok starszy i chodził do wyższej klasy. Wszyscy znali Tony’ego, bo miał jaskrawoczerwoną gitarę elektryczną. Do tego był wysoki, przystojny i nie do ruszenia w bójce (…). Tony to wynalazca, więc po prostu wymyślił sobie nowe opuszki zrobione z roztopionej butelki po płynie do naczyń Fairy i nauczył się grać od nowa. Do dziś nie mam pojęcia, jak on w ogóle wyczuwa, gdzie trzeba docisnąć gryf”.
Iommi obniżył strój gitary i zaczął częściej używać innych akordów, wykorzystywał też w swojej grze tzw. „interwał diabła”, co zaowocowało cięższym i mroczniejszym brzmieniem, które stało się jednym
z fundamentów heavy metalu. Reszta jest historią. Tony Iommi jest jedynym ogniwem Black Sabbath, spajającym całą długą historię legendarnej grupy – od debiutanckiego „Black Sabbath” z 1970 po „13”, od początków z Ozzy’m, przez okres z Ronnie’m Jamesem Dio i Tony’m Martinem, niski strój jego gitary stał się znakiem rozpoznawczym każdego wcielenia zespołu z Birmingham. Jako niepisany lider przeprowadził Black Sabbath przez sztormy i burze wszelkich pokus i grzechów rock and rolla.
W 1994 roku nazwa Black Sabbath nie znaczyła tyle, co teraz, czy jeszcze parę lat później. Dla polskich fanów, wygłodniałych rockowych wrażeń i wychowanych na ciężkich brzmieniach gitarowej klasyki, znaczyła jednak więcej niż moglibyśmy to sobie wyobrazić. I nawet jeśli wydany wtedy krążek „Cross Purposes”, pierwszy po kolejnym powrocie do zespoły wokalisty Tony’ego Martina (o reaktywacji z Ozzy’m nikt wtedy jeszcze nie myślał), nie zawojował rockowej sceny, stał się okazją do pierwszej wizyty formacji w Polsce. 15 maja 1994 roku w zabrzańskiej Hali Makoszowy, dzisiejszej Hali Widowiskowo-Sportowej MOSiR, Black Sabbath z Iommim oraz Geezerem Butlerem jako jedynymi przedstawicielami najsłynniejszego składu, dali koncert wypełniony po brzegi przekrojową porcją klasyki, która z tym brzmieniem gitar musiała na polskich fanach zrobić niemałe wrażenie.
W połowie lat 90. Black Sabbath, z zasłużonym statusem rockowych dinozaurów, robili co mogli, by nie dać zapomnieć publice o swojej dawnej wielkości. Przykurzona nieco pozycja dawnych gigantów sprzyjała częstszym wizytom zespołu w niegdyś pomijanych na trasach miejscach, takich jak otwierająca się na zachodnie koncerty Polska. Rok później po wydaniu równie chłodno przyjętego krążka „Forbidden” – na długie lata pozostawał ostatnim studyjnym albumem Sabbathów, aż do wydania „13” – kapela dowodzona przez Iommiego odbyła swoiste tour de Pologne i promując swoją osiemnastą płytę, zagrała w Polsce aż cztery koncerty – w Krakowie, Poznaniu, Warszawie (słynne Colosseum) oraz Wrocławiu. Przed Black Sabbath na całej trasie wystąpił szwedzki Tiamat.
„Black Sabbath w trakcie trasy 'Forbidden’ wykonywał repertuar przekrojowy, a w jego ramach w sporej dawce, klasykę z Osbourne’owych czasów (od Black Sabbath po Sabbath Bloody Sabbath). Brzmiała ona rzetelnie i stylowo na tyle, na ile – jak sądzę – mógł tego dokonać Sabbath w wersji Iommi-Martin-Rondinelli-Nichols-Murray. Tak jak wszyscy zgromadzeni na koncercie, mimo braku trzech czwartych klasycznego składu spodziewałem się porywającego misterium ciężkiego rocka. I dokładnie tak było” – pisał w relacji z epoki Wiesław Królikowski, dawny naczelny „Tylko Rocka”, na swoim blogu.
No cóż, to wcielenie zespołu nie zapisało się najlepiej w pamięci fanów – komiksowa, koszmarkowa okładka płyty, kuriozalny występ gościnny Ice’a-T z Body Count, co wielu złośliwców skwitowało prześmiewczym określeniem „Rap Sabbath” – dla polskich wielbicieli kapeli pozostało jednak na długo wspomnieniem wyjątkowej trasy, po której Sabbaci, już w innym składzie, o Polsce nie zapominali. W 1998 roku w katowickim Spodku – no bo gdzie – w ramach polskiej edycji Ozzfestu, Black Sabbath w swoim legendarnym, prawie najsłynniejszym składzie (Ward z powodu choroby został zastąpiony przez Vinny’ego Appice’a), wystąpili w naszym kraju, prezentując się w swoim najlepszym wydaniu, ponownie z Osbourne’m na wokalu.
Na kolejne wizyty przyszło nam czekać kolejno do 2014 i 2016 roku, gdy w składzie Iommi-Osbourne-Butler, muzycy najpierw promowali swój reaktywacyjny, pierwszy od osiemnastu lat krążek, a później gromko żegnali się ze sceną. Wcześniej jeszcze dwukrotnie w 2007 roku, w warszawskim Torwarze oraz ponownie w kultowym Spodku, pod szyldem Heaven & Hell oraz z Dio na wokalu, Iommi oraz Butler, wraz z niegdysiejszym pałkerem Sabbathów Vinny’m Appice’m, zaprezentowali materiał z nieco mniej klasycznego, ale niemniej ważnego okresu zespołu z lat 80.
„Zawsze musieliśmy się przepychać, ale to człowieka wzmacnia. Sprawia, że stajesz się silniejszy i zaczynasz wierzyć w to, co robisz”.
Bez względu na wszystko, Tony Iommi, przez niemal pół wieku obecny w każdej z iteracji Black Sabbath, niósł dumnie i z podniesionym czołem najlepsze, co rasowe ciężkie granie ma nam do zaoferowania. Nie zważając na burzliwe losy swojego najważniejszego zespołu, przekraczając granice uzależnień, wieku i choroby, stał się stałym elementem, bez którego nie wyobrażamy sobie dziś rockowej sceny. Cichy lider. Ojciec chrzestny heavy metalu. Gigant gitary. Nazywajcie go jak chcecie, ale jedno jest pewne – bez niego muzyka nigdy nie brzmiała by tak samo ciężko. Dlatego dumnie może zwać się „Iron Manem”.
Autor: Kuba Banaszewski