„Primus sucks!”, czyli Les Claypool i spółka na Letniej Scenie Progresji – relacja
- 11-08-2026
- Michał Koch
Primus – Warszawa, Letnia Scena Progresji (6.08.2026r.) org. Alter Art
Primus pojawił się na Letniej Scenie Progresji w Warszawie i już sam ten fakt był małym świętem dla fanów muzyki alternatywnej w Polsce. Grupa Lesa Claypoola nie rozpieszcza nas bowiem częstymi wizytami, a każda kolejna okazja, by zobaczyć ją na żywo nad Wisłą, urasta do rangi wydarzenia. Tym razem Amerykanie zawitali do stolicy w ramach europejskiej trasy, a przed sceną spotkali się zarówno wieloletni wyznawcy ich osobliwego muzycznego świata, jak i ci, którzy na spotkanie z Primusem czekali od lat.
Dacie wiarę, że był to dopiero drugi koncert zespołu w Polsce? Pierwszy odbył się w 2011 roku na Open’er Festival, ale tego dnia na głównej scenie miał wystąpić też Prince, co mimochodem odbiło się na koncercie ekipy Lesa Claypoola. Zaplanowany na 2022 rok koncert, podczas którego zespół z Kalifornii miał odegrać utwory w hołdzie Rush, został ostatecznie odwołany.
„Primus sucks!” – jeśli znacie zespół, wiecie, że trudno o większy komplement. Ten przewrotny okrzyk od dekad funkcjonuje wśród fanów jako znak rozpoznawczy Primusa i idealnie oddaje absurdalne poczucie humoru Lesa Claypoola oraz dystans, z jakim grupa zawsze podchodziła do rzeczywistości.
Paradoksalnie więc im głośniej ktoś mówi, że Primus „sucks”, tym większa szansa, że właśnie deklaruje swoją sympatię do zespołu.
Koncert podzielono na dwa sety. Było miejsce zarówno na bardziej zwarte, natychmiast rozpoznawalne kompozycje, jak i na fragmenty, w których trio mogło pozwolić sobie na więcej swobody, dziwactwa i instrumentalnego szaleństwa. Gitara basowa Claypoola raz prowadziła utwory jak instrument rytmiczny, chwilę później przejmowała rolę niemal solową. Całość balansowała gdzieś między funkiem, alternatywnym metalem, psychodelią i muzycznym absurdem.
Setlista była przekrojowa i pokazywała, jak szeroki jest muzyczny świat Primusa. Zamiast budować wieczór wyłącznie na najbardziej oczywistych numerach, zespół sięgał po utwory z różnych etapów swojej kariery, pozostawiając jednak miejsce na kilka żelaznych punktów programu. „Shake Hands With Beef”, „My Name Is Mud” czy „Jerry Was a Race Car Driver” zabrzmiały dokładnie tak, jak powinny: ciężko, pokrętnie i z charakterystycznym groove’em, którego właściwie nie da się pomylić z żadnym innym zespołem.
Jednym z ciekawszych momentów wieczoru był „Mr. Krinkle” z albumu Pork Soda z 1993 roku. Numer, który od lat pozostaje jednym z najbardziej osobliwych punktów w katalogu kapeli. Utwór opiera się na charakterystycznym, brudnym brzmieniu elektrycznego kontrabasu granego smyczkiem, a jego legendę dodatkowo zbudował surrealistyczny teledysk Marka Kohra (autora wideoklipów m.in. dla Green Day, Alanis Morissette czy No Doubt). Claypool występuje w nim w świńskiej masce i smokingu, podczas gdy za jego plecami przewija się groteskowa parada postaci. Klip nakręcono w opuszczonym magazynie w San Francisco jako niemal jedno ciągłe ujęcie.
Przed „Wynona’s Big Brown Beaver” pojawił się też bardzo primusowy ukłon w stronę polskiej publiczności. Les Claypool wdał się w krótką dygresję z gitarzystą Larrym „Lerem” LaLonde’em, tłumacząc mu, że odmienia się „pierogi”, a nie „pierogis”, po czym stwierdził, że chyba wyczuwa nadchodzącą „primusową piosenkę o pierogach”. Ten wywód idealnie wpisał się w sposób, w jaki Claypool prowadzi koncerty: trochę stand-upu, trochę surrealizmu i sporo humoru zrozumiałego przede wszystkim dla ludzi, którzy wiedzą, na jaki zespół przyszli. Chwilę później zabrzmiało „Wynona’s Big Brown Beaver”, jeden z najbardziej rozpoznawalnych numerów Primusa.
Początek koncertu miał jednak jeden wyraźny problem – było po prostu zbyt cicho. Przy muzyce Primusa, której siła w dużej mierze opiera się na potężnym brzmieniu sekcji rytmicznej, przez pierwsze utwory trudno było w pełni wejść w ten charakterystyczny, pokręcony świat zespołu. Z czasem sytuacja nieco się poprawiła, ale pozostawało wrażenie, że całość mogłaby zabrzmieć zdecydowanie mocniej. Trudno przy tym nie pomyśleć o coraz częściej pojawiających się wokół Letniej Sceny Progresji głosach mieszkańców okolicy, którym przeszkadza hałas związany z koncertami. Czy miało to bezpośredni wpływ na poziom nagłośnienia tego wieczoru? Ponoć nie, zresztą za ten element odpowiedzialny jest akustyk po stronie zespołu, jednak przy takim graniu jakie serwuje Primus kilka dodatkowych decybeli zdecydowanie by nie zaszkodziło.
Autor: Michał Koch