„Po latach produkowania klasycznych rockowych zespołów chciałem zrobić coś zupełnie innego.” – opowiada Butch Vig (Garbage)
- 19-05-2026
- Michał Koch
Przez ponad trzy dekady był jednym z architektów alternatywnego rocka. Produkował albumy, które zmieniły historię muzyki — od „Nevermind” Nirvany po „Siamese Dream” Smashing Pumpkins — ale sam nigdy nie chciał zostać więźniem nostalgii. Dziś Butch Vig tworzy z zespołem Garbage z przekonaniem, że muzyka wciąż może być formą oporu wobec chaosu współczesnego świata.
Rozmawiamy o albumie „Let All That We Imagine Be the Light”, zmieniającej się branży muzycznej i o nadchodzącym koncercie w Polsce – 30 maja na Letniej Scenie Progresji w Warszawie.
KwP: Garbage zawsze reagowali na rzeczywistość: politykę, media, społeczne napięcia. Mam wrażenie, że nowy album bardzo mocno wyrasta właśnie z tego niepokoju.
Butch Vig: Absolutnie tak. Nigdy nie byliśmy zespołem, który tworzy muzykę w oderwaniu od świata. Nawet jeśli nie piszemy protest songów w klasycznym znaczeniu, wszystko, co dzieje się wokół nas, przenika do muzyki. Ostatnie lata były naprawdę trudne: pandemia, wojny, podziały społeczne, wszechobecny lęk. Czuliśmy, że jeśli wracamy z nową płytą, to musi ona coś znaczyć.
Tytuł „Let All That We Imagine Be the Light” może brzmieć optymistycznie, ale dla mnie to bardziej manifest przetrwania niż naiwnej nadziei. Chodzi o próbę znalezienia światła w czasie, kiedy bardzo łatwo popaść w cynizm.
KwP: Od początku balansowaliście między rockiem, elektroniką i popem. W latach 90. to było wręcz rewolucyjne. Czujesz, że świat w końcu dogonił waszą estetykę?
Butch Vig: To zabawne, bo kiedy zaczynaliśmy, wielu ludzi kompletnie nie rozumiało, co próbujemy zrobić. W rocku panowało wtedy bardzo ortodoksyjne myślenie: gitara, bas, perkusja i tyle. A mnie fascynowali Public Enemy, sampling, industrial, hip-hop, glitch, komputerowa produkcja.
Właśnie dlatego powstało Garbage. Po latach produkowania klasycznych rockowych zespołów chciałem zrobić coś zupełnie innego. Dzisiaj granice między gatunkami praktycznie nie istnieją i bardzo mi się to podoba.
KwP: Chociaż obiecałem sobie, że nie zapytam pierwszy o Nirvanę to… jako producent współtworzyłeś jedne z najważniejszych płyt lat 90. Czy współczesna muzyka nadal potrafi cię zaskoczyć?
Butch Vig: Oczywiście. Ludzie często zakładają, że starsi muzycy siedzą i powtarzają, że „kiedyś było lepiej”. Ja kompletnie tak nie mam. Technologia dała dziś młodym artystom ogromną wolność. Możesz nagrać płytę w sypialni i wrzucić ją do internetu tego samego dnia. To niesamowite.
Ale jednocześnie mam wrażenie, że czegoś brakuje: lokalnych scen, społeczności, miejsc spotkań. Smart Studios powstało właśnie dlatego, że potrzebowaliśmy przestrzeni dla kreatywnych ludzi. Takie miejsca budują kulturę.
KwP: W twojej muzyce zawsze było słychać fascynację czymś więcej niż tylko klasycznym rockiem. Skąd właściwie brały się twoje inspiracje?
Butch Vig: Dorastałem na rock’n’rollu, ale bardzo szybko zacząłem szukać czegoś dalej. Ogromny wpływ mieli na mnie David Bowie i Iggy Pop. Szczególnie sposób, w jaki łamali schematy i traktowali muzykę jak formę eksperymentu. Bowie potrafił połączyć sztukę, teatr i rockową energię w coś kompletnie nowego, a Iggy miał w sobie totalną dzikość i nieprzewidywalność.
KwP: Masz poczucie, że współczesna produkcja bywa zbyt sterylna?
Butch Vig: Czasami tak. Perfekcja potrafi zabić emocje. W latach 90. popełnialiśmy mnóstwo błędów, ale właśnie one nadawały muzyce charakter. Dzisiaj możesz wyedytować absolutnie wszystko. Problem w tym, że muzyka nie powinna być idealna, powinna być ludzka.
KwP: Wielu fanów nadal postrzega Garbage jako symbol lat 90., ale mam wrażenie, że wy bardzo uciekacie od nostalgii.
Butch Vig: Bo nostalgia może być pułapką. Jasne, jesteśmy dumni z tego, co stworzyliśmy, ale nie interesuje mnie granie własnego muzeum. Jeśli nadal wydajemy nowe płyty, to dlatego, że wciąż mamy coś do powiedzenia.
Nie chciałbym być w zespole, który żyje wyłącznie wspomnieniami.
KwP: A jednak publiczność nadal reaguje niezwykle emocjonalnie na „Only Happy When It Rains” czy „Stupid Girl”.
Butch Vig: I to jest piękne. Te piosenki stały się częścią życia ludzi. Kiedy grasz je na koncertach, widzisz, że dla wielu osób są związane z konkretnym okresem życia, emocjami, relacjami. To ogromny przywilej jako muzyka.
KwP: Skoro mówimy o koncertach. Przed wami występ w Polsce. Czego mogą spodziewać się fani? Bardziej podróży przez dyskografię czy raczej mocnego akcentu na nowy materiał?
Butch Vig: Myślę, że zawsze próbujemy znaleźć balans. Wiemy, że ludzie chcą usłyszeć utwory, z którymi dorastali, i szanujemy to. Ale jednocześnie bardzo zależy nam na graniu nowych rzeczy, bo właśnie one pokazują, kim jesteśmy dzisiaj jako zespół.
Najnowsze utwory świetnie działają na żywo. Mają energię, napięcie i emocje, które idealnie pasują do koncertów Garbage. Więc tak, klasyki na pewno się pojawią, ale chcemy też pokazać publiczności, że nadal idziemy do przodu.
KwP: Czy Garbage nadal czują się zespołem outsiderów?
Butch Vig: Myślę, że tak. Nigdy nie pasowaliśmy do jednej sceny. Nie byliśmy do końca grunge’em, nie byliśmy typowym popem, nie byliśmy industrialem. Funkcjonowaliśmy gdzieś pomiędzy tym wszystkim i chyba nadal tam jesteśmy.
KwP: W paru wywiadach Shirley Manson sporo mówiła o zdrowiu, rekonwalescencji i izolacji podczas pracy nad płytą. To był trudny czas dla zespołu?
Butch Vig: Bardzo trudny. Pracowaliśmy zdalnie, wysyłaliśmy sobie szkice utworów, a Shirley dochodziła do siebie po problemach zdrowotnych. To zmieniło dynamikę pracy. Ale paradoksalnie sprawiło też, że bardziej skupiliśmy się na emocjach i atmosferze muzyki.
KwP: Masz jeszcze jakieś muzyczne marzenia?
Butch Vig: Po prostu chcę dalej tworzyć. Nadal ekscytuje mnie wejście do studia. Nadal ekscytuje mnie moment, kiedy nagle z chaosu rodzi się coś magicznego. Jeśli przestajesz odczuwać tę ekscytację, to chyba znak, że powinieneś przestać grać.
Na szczęście ja nadal ją czuję.
Warszawa, 30.05.2026r.