Pamiętaj, że śmierć to nie jest kres. 30 lat „Murder Ballads” Nicka Cave’a i The Bad Seeds.

nick cave and the bad seeds murder ballads 30 lat

Gdzie byłby dziś Nick Cave, gdyby nie te parę upiornych pieśni sprzed trzech dekad? Odpowiedź wydaje się prosta – na pewno w zupełnie innym miejscu. Dziewiąty studyjny album The Bad Seeds był przełomem i z wielu względów momentem granicznym zespołu.

Komercyjnie nigdy nie przeskoczyli już tego sukcesu, ale dzięki niemu też na dobre zadomowili się w głównym muzycznym nurcie, i nikt tego miejsca, ani pozycji Australijczyków, nie śmiał już nigdy kwestionować. A przecież „ballady morderców” są wszystkim tym, czym nie nazwalibyśmy receptą na pewny sukces.

Utwory pełne mroku, brudu, wulgaryzmów i typów spod ciemnej gwiazdy. Co więcej, kompozycje przedstawiają punkt widzenia najbardziej godnych pożałowania plugawców, a ich niecnym pobudkom nigdy nie oddano tyle czasu antenowego. Do tego, nie ma co owijać w bawełnę, trup ściele się tu gęsto. Ktoś doliczył się ponoć 37 nędznie odebranych żyć.

Mroczna sfera życia zawsze była obecna w muzyce Cave’a. Ba, sam artysta, jak i jego sceniczni kompani, sami długo wiedli podobny, autodestrukcyjny i zagrający nie tylko sobie żywot. To, że wyszli cało z szalonych, pełnych ekscesów lat 80., już zakrawa na cud. W kolejnej dekadzie kontynuawali tę ścieżkę, częściej jednak przelewając już swoje ciemne fantazje na papier. Oddajmy głos Nickowi:

Nie jestem mizoginem. Nie mam takich skłonności, ale lubiłem pisać piosenki, które były brutalne w tamtych dniach.”

I na poprzedzających „Murder Ballads” albumach, zwłaszcza „Henry’s Dream” i największym dotychczasowym sukcesie grupy „Let Love In”, te inspiracje słychać. Nigdy wcześniej i zdaje się, że też nigdy później, nie osiągnęły one jednak takiej intensywności jak na płycie z 1996 roku. Choć złowieszcze głosy już dużo wcześniej dręczyły artystyczne sumienia australijskiej trupy wykolejeńców.

nick cave and the bad seeds murder ballads
Okładka płyty "Murder Ballads"

Jedna z pierwszych kompozycji powstawała jeszcze w oderwaniu od przyjętego później konceptu płyty. Próby nad najdłuższym, blisko 15-minutowym „O’Malley’s Bar”, sięgają jeszcze 1992 roku i prac przy „Henry’s Dream”. Epicko rozpasana przyśpiewka nie pasowała jednak do żadnego krążka. Zainspirowała za to powstanie nowego dzieła, poświęconego w całości brutalnym historiom zbrodni i występku, przesiąkniętych rdzennym bluesem i tradycyjną muzyką ludową, z której języka The Bad Seeds czerpali garściami.

Po prostu lubiłem ten dreszczyk języka – móc pisać o gwałtownych rzeczach w podobny sposób, jak pisarz thrillera lubi pisać o samej przemocy” – wspominał Cave, który, gdy już muzycy znaleźli wspólny grunt, nie hamował się w swoich morderczych wizjach. Dusznej, niepokojącej atmosfery dodają płycie nietuzinkowe muzyczne rozwiązania na granicy jawy i snu oraz gościnne występy, które nie wyśniłyby się w największym koszmarze.

No właśnie, przy wspomnieniu tej płyty nie sposób nie przywołać najbardziej niezwykłego z duetów, który sam w sobie, otworzył Cave’owi drogę do popularności do tej pory zwyczajnie niedostępnej. Nie było tu jednak mowy o przypadkach – „Where The Wild Roses Grow” od samego początku pisany był z myślą o syrenie baśniowego popu Kylie Minogue. „Chciałem napisać dla niej piosenkę od wielu lat”, wspominał później, a cel swój spełnił wysyłając do gwiazdy demo, na którym partię wokalną, swym osobliwym głosem, wykonał gitarzysta The Bad Seeds Blixa Bargeld.

Agenci wokalistki z ojczyzny muzyków musieli być wstrząśnięci, sama Kylie wręcz przeciwnie – zachwycona miała odpowiedzieć już na drugi dzień. Cel został osiągnięty. Przed wydaniem całego albumu ukazał się singiel, który z miejsca stał się hitem, również za sprawą niezapomnianego teledysku. I tak namiętny dialog między mordercą, a swoją ofiarą i obiektem pożądania, stał się hitem ery MTV.

Miałem pewną świadomość, że ludzie pójdą i dla niej kupią album 'Murder Ballads’, posłuchają go i będą się zastanawiać: 'Po cholerę ja to w ogóle kupiłem?’ – bo piosenka z Kylie w żaden sposób nie oddawała tego, jaki ten album był naprawdę”. Cave miał tu rację, słowo stało się jednak ciałem, a album wypełniony o wiele bardziej odrażającymi obrazkami niż ten w duecie z Minogue, podbił listy przebojów i otworzył drogę The Bad Seeds na zupełnie nowe, niezbadane dotąd wody.

„Murder Ballads” przewrotnie, jak to u Cave’a, zakończył cover Boba Dylana i jego mniej znanego utworu „Death Is Not the End”, którego lista płac jest uosobieniem współczesnego powiedzonka „ale ekipę żeście zmontowali”. Otóż, po blisko godzinie dziarskiego zawodzenia o najbardziej wymyślnych rodzajach zbrodni, popełnianych najczęściej dla własnej, chorej uciechy, wspomniana już Kylie, PJ Harvey – którą słyszymy też w przejmującej reinterpretacji ludowej ballady „Henry Lee” – a także Shane MacGowan, Anita Lane oraz muzycy The Bad Seeds, natchnionym głosem śpiewają pełną nadziei pieśń o życiu po śmierci. Kończąc swe dzieło jedynym utworem na płycie, z którego wszyscy wychodzą cało, Nick puszcza nam oczko i jak dodaje: stawia „taki żartobliwy, mały znak interpunkcyjny dla całości. W tej piosence jest przymrużenie oka, choć uważam, że to całkiem piękna interpretacja”.

Nie sposób się nie zgodzić z mistrzem mrocznego klimatu, jakim ukoronowano go po tej płycie, i tylko dodać, że po „Murder Ballads”, kolejne 30 lat na scenie Cave’a i The Bad Seeds to całkiem piękna i udana kariera.

Zobacz także:

Szukasz czegoś konkretnego?
Skorzystaj z naszej wyszukiwarki!