Nie płacz, śpiewaj razem z Tomem Odellem – wyjątkowy krakowski koncert nowego mistrza klimatu
- 21-11-2025
- Kuba Banaszewski
Tom Odell – Kraków, Tauron Arena (17.11.2025r.) org. Live Nation
Są artyści, których sceniczną drogę możemy oglądać niczym film. W takim przypadku historia Toma Odella jest projekcją, gdzie napięcie i emocje z każdym kolejnym epizodem tylko rosną. A przecież znamy to na wylot, więc skąd jeszcze zaskoczenie? Brytyjski pieśniarz odwiedza nas bowiem regularnie od lat, ba, polscy fani jeszcze w tym roku mieli okazję zobaczyć go w akcji – wystąpił on w roli supportu i gościa specjalnego na dwóch koncertach Billie Eilish w Krakowie na początku czerwca. Od tych chwil nie minęło nawet pół roku, a jednak, to samo miejsce, teraz już tylko dla niego, znów wypełniło się szczelnie. Co skłoniło tak wielu fanów, by w ten paskudny, deszczowy wieczór wybrać się do krakowskiej Tauron Areny? Zachodziłem w głowę, skąd ten fenomen, jakim cudem gość, który tak często odwiedza nasz kraj i jeszcze niedawno grał u nas w dużo mniejszych obiektach, teraz niemal wyprzedaje areny? Wiem jednak wszystko i jestem mądrzejszy o kolejne koncertowe doświadczenie. Odpowiedź jest prostsza niż mogłoby się wydawać i dotyka samego sedna, jego muzyki i serc jego fanów. Odpowiedzią są emocje, które – dzięki niezwykłej sile nierozerwalnej więzi między sceną a publiką – buzowały w Tauron Arenie od pierwszych chwil tego solowego sukcesu Odella. I rosły, zabierając nas w prawdziwy rollercoaster wrażeń i przeżyć.
Jednak nim bohater wieczoru zameldował się przy fortepianie, scenę wpierw przejęli urokliwa, acz niewyróżniająca się, wokalistka Molly Payton oraz sięgający coraz wyżej gwiazd David Kushner, który swoją dawką naładowanej patosem opowieści młodego wrażliwca, zdaje się przywiódł do Krakowa niemniejszą publikę niż sam Odell. Jego natchniona muzyka świetnie rezonuje wśród tej samej, równie mocno uczuciowej fanowskiej braci, ujawniając tym samym spory potencjał samego Kushnera, bardzo dobrze radzącego sobie z rolą frontmana. Nie zdziwię się, jeśli kolejny jego przystanek w Polsce – a przecież również nie tak dawno wystąpił u nas na Open’erze i wyprzedanym show w Torwarze – będzie już jego solowym sukcesem na poziomie halowym. Zasłużenie, nie można chłopakowi odmówić bowiem wdzięku i scenicznej pewności, która jeszcze miesza się niekiedy z uroczą ogładą muzycznego świeżaka. Pewny sukces wisi już jednak w powietrzu i jest bliżej niż dalej.
Uraczeni młodzieńczymi rozterkami Kushnera polscy fani byli doskonale przygotowani pod grunt, który zatrząść się miał w posadach wraz z emocjonalnym wulkanem gwiazdy wieczoru. Nim jednak do tego doszło, Odell uderzył w subtelne tony, pojawiając się na scenie solo, jedynie przy fortepianie. I tak wykonał dwie niezwykle nastrojowe (jak i większość koncertu) kompozycje z najnowszej płyty „A Wonderful Life”. Najpierw samo odbicie, cień muzyka, skupiający swoją uwagę jedynie siłą głosu i mocą poruszających utworów. Wychylający się jakby zza kotary Odell odkrywał nam siebie powoli, dając smakować każdy dźwięk i wyśpiewane słowo. Sprytny i ciekawy zabieg, urzekający dosłownością, gdy w końcu scena odsłoniła swe pełne oblicze i niczym teatralna kurtyna ukazała cały zestaw muzyków i możliwości. Uśmiechający się zza mikrofonu Tom nienachalnie panował nad strukturą show i ostrożnie dawkował emocje, żonglując nieco nastrojami – bardziej radosne „Best Day of My Life” (z krakowskimi pocztówkami wyświetlanymi na ekranie) mieszał się z do bólu natchnionym „Can’t Pretend” czy romantycznym „Spinning”, z tańczącą na tyłach parą. Premierowe kompozycje mieszały się z nieco starszymi utworami, jednak krakowski wieczór lawirował najczęściej miedzy dwoma ostatnimi krążkami brytyjskiego artysty. I słusznie, bo sprawdzały się one najlepiej, a nawet wybrzmiewały momentami jak rasowe klasyki, tak jak rozśpiewane i zwiewne „Don’t Let Me Go” czy podnoszące na duchu „Don’t Cry, Put Your Head on My Shoulder”, wydane na najnowszej płycie we wrześniu.
Wszystko to w ramach muzycznego pamiętnika Odella, pisanego nieraz łzami, a nieraz krwią. Walczące w nim demony, kryjące się w kolejnych poruszających kompozycjach, skryte zostały za szerokim uśmiechem wokalisty i jego roześmianymi oczami, karmiącymi się żywą reakcją publiki. A sam Tom nie ustępował polskim fanom, podkręcając jeszcze emocje. Raz po raz wstawał znad fortepianu i ruszał w tłum na ustawionym wzdłuż barierek wybiegu, by niczym nasz muzyczny idol Nick Cave, nurkować w objęciach tłumu. Niezwykle ważną, zdaje się nie do przecenienia wręcz, wartością jego koncertów jest swoista wymiana emocji między sceną, a fanami. To swoisty rodzaj muzycznej terapii, która działa w obie strony. „You healed us” wybrzmiało w którymś momencie z ust polskich wrażliwców. I jak tu nie wierzyć, że muzyka może mieć wyjątkową moc, wykraczającą daleko poza ramy zwykłego koncertu?
Co wylana łza, to z pewnością niejedna niełatwa historia, którą każdy z polskich fanów przywiózł ze sobą do Krakowa. I nie ma co dziwić się wzniosłym emocjom i spontanicznym reakcjom, bo napięcie
w hali wręcz eksplodowało, gdy Tom zaintonował pierwsze takty wzruszającego „Black Friday”, jednego z niepisanych hymnów wieczoru, na które wszyscy czekali. Trudno tu mówić o niespodziance, bo akcja planowana i zapowiadana była już jakiś czas temu, jednak wielu, w tym piszący te słowa, nie mogło ukryć emocji, gdy na scenie pojawili się goście specjalni – Dawid Podsiadło i Daria Zawiałow. Czempioni rodzimego popu dołączyli do wzniosłego finału, rozsadzając energią przestrzenie Tauron Areny. Przez moment zdawało się, że można było już kończyć, bo jak tu pobić taki poziom ekscytacji? Tomowi się to jednak udało, a zmierzające do swojego finału show ujawniło, że jest on nie tylko mistrzem nastroju, ale i świetnie potrafi bawić się klimatem, trzymając napięcie w ryzach do samego końca.
Nie było tu bisów, bo i nie były one potrzebne – wszystko działo się tak naturalnie, w ustalonej, pasującej do siebie niczym części większej układanki, całości. Oczyszczające „Heal” oraz eteryczny „The End of Suffering” płynęły, zatrzymując koncertowe obrazki w czasie. Świetne zgranie muzyków, przemyślana gra światłem i zabawa oszczędną formą, wszystko to prowadziło do upragnionego przez wielu i mocno wyczekiwanego finału w deszczu konfetti. Wyśpiewane na całe gardło wraz z krakowską publicznością „Another Love” to coś więcej niż hymn wszystkich złamanych serc. To swoiste katharsis i coś, co trudno było już przebić. Po tak żarliwych i pełnych emocji wykonaniach pozostaje jedynie zejść ze sceny. Niepokonanym.
Nie spodziewałem się wiele po tym koncercie, jednak dostałem aż nadmiar. Wszystkich obaw, radości, pragnień i strachów. Zaklętych w kilkunastu kompozycjach, które dopiero w wydaniu „live” nabrały, również dla mnie, nowego wymiaru. A to za sprawą wielkiej charyzmy i scenicznej dojrzałości samego Odella, udowadniającego, że prawdziwe przeżycia również zasługują na los bycia viralem. Raz sentymentalny niczym Billy Joel, raz płomienny niczym Nick Cave, Brytyjczyk zachowuje i buduje wciąż jednak własną sceniczną osobowość, zdając sobie sprawę z brzemienia, jakie niesie siła jego piosenek. Tak ważnych dla tak wielu. I to jest chyba największa, nieopisana wartość, którą trudno zamknąć tak łatwo w ramach prostej relacji z koncertu. Bo jeśli muzyka dalej ma wywoływać tak silne emocje jak tutaj, to jesteśmy w dobrych rękach.
Autor: Kuba Banaszewski