Najbardziej pogodny OFF od lat – relacja z OFF Festivalu 2026
- 12-08-2026
- Kuba Banaszewski
OFF Festival – Katowice, Dolina Trzech Stawów (7-9.08.2026r.)
W Dolinie Trzech Stawów po staremu i bez zmian, tu czas zdaje się skutecznie zatrzymywać od lat, jednak nie sposób było nie dostrzec paru, a jakże, pozytywnych zmian względem ubiegłorocznej edycji. Wieści o nowych toaletach zdążyły rozpalić wyobraźnię festiwalowiczów jeszcze przed przekroczeniem kultowej offowej bramy, a i z tym raczej nie było też w tym roku większych problemów – wymiana opasek i wejście na teren festiwalu szło raczej sprawnie, zwłaszcza, że widoczna była też znacznie skromniejsza, względem 2025 roku, frekwencja otwarcia imprezy.
Dzień 1 – piątek
Jeśli chodzi o muzyczne doznania, tutaj też emocje rozkręcały się raczej spokojnie i powoli. Na sam początek przywitały nas hipnotyzujące dźwięki sięgających po tradycję Tercet Imperial i delikatne, muskające niczym struny mongolskiej harfy, fantazje Céline Dessberg. I nie sposób było nie potraktować tych występów jako bardzo powolnej rozgrzewki.
Później też były momenty, ale dalej jeszcze tylko momenty. Indierockowcy Current Joys nie mogli zdecydować się czy grają koncert życia czy próbę, tak żonglowali nastrojami i jakością, że występ Amerykanów ocenić można jedynie jako bardzo nierówny. Ale z potencjałem na więcej, może kiedyś. Wielkie nadzieje rozpalili też zamrockowcy z W.I.T.C.H., którzy zaliczyli swój historyczny debiut na polskiej ziemi. Żywiołowe, gitarowe granie okazało się jednak bardzo classicowe i zachowawcze, ale w ramach wyjątkowego „spotkania z…”, koncert zambijskiej grupy już przeszedł do historii.
Nie porwał on jednak na tyle, by nie urwać z ciekawości kawałka ich koncertu dla Black Country, New Road na scenie głównej. Ach, jakże inny jest to teraz zespół – niby człowiek wiedział, ale chciał się sam przekonać. Bardzo szkolne i zachowawcze granie nie ma już nic wspólnego z dawnymi odlotami i wariacjami, którymi zaskarbili sobie serca fanów nieoczywistego, alternatywnego przyłożenia.
Przed headlinerskim wystąpieniem armii dmuchanych robotów, pozytywnie rozbujał jeszcze Earl Sweatshirt, jednak najciekawsze miało dopiero nadejść. A właściwie nadlecieć z bajkowej, kolorowej krainy, odległego, również jakościowo, muzycznego kosmosu, gdzie króluje szalony kaznodzieja Wayne Coyne i jego nietuzinkowa świta podobnych mu freaków i odklejeńców. Rozdmuchane (dosłownie!) show The Flaming Lips było o tyle wyjątkowe i symboliczne, że zespół powrócił do Katowic po długich 16 latach od ich scenicznego debiutu i w Polsce i na OFF-ie, co wielokrotnie podkreślał nakręcony lider (Keep going! Keep going!).
Kultowy zespół z Oklahomy przyfrunął też do nas z najsłynniejszym albumem w swoim dorobku – „Yoshimi Battles the Pink Robots” z 2002 roku – który pierwszego dnia festiwalu wybrzmiał w całości. I to jak wybrzmiał! Muzyczne wariacje i odloty, cała masa atrakcji – od tytułowych robotów po deszcz konfetti i skaczące balony – a przede wszystkim moc emocji zawartych w tym fantastycznym krążku.
I tak jak ich poprzednicy rozkręcali się tego dnia bardzo nienachalnie, tak The Flaming Lips z miejsca wjechali na pełnej, czerpiąc ze swojego wymyślnego show momentami o wiele więcej frajdy niż większość nieco zdystansowanej festiwalowej publiki (co przywołało wspomnienia z podobnego odbioru koncertu Suede sprzed lat). A gdyby atrakcji było mało, po pokonaniu różowych robotów, przyłoili jeszcze coverem „War Pigs” i pięknymi wersjami rozśpiewanych The Yeah Yeah Yeah Song (With All Your Power)” i 'Race for the Prize” na finał. Oni i w piątek długo długo nic.
Cisi faworyci nieco zawiedli (transowe Los Thuthanaka na sam koniec nie porwało tak jak zwiastowały to głośne zapowiedzi), a pewniacy dowieźli to, co trzeba. A przede wszystkim, co jest najmilszą niespodzianką, dopisała pogoda i niezmienny festiwalowy klimat, który jest jednocześnie największą zaletą i wadą OFF-a.
Dzień 2 – sobota
Na papierze, w odróżnieniu choćby od wielce zarobionej niedzieli, drugi dzień festiwalu nie zwiastował fajerwerków i po mozolnie rozpędzającym się piątku również sobota miała być jeszcze takim dniem „z doskoku”. Dobrze było jednak z miejsca wskoczyć w zdecydowanie lepszy festiwalowy nastrój.
„Sobota na OFF-ie” to zazwyczaj było dla nas małe święto i kulminacja koncertowych wrażeń, w tym roku jednak wszystko, w tym sold out tego dnia, zapowiadało, że czas będzie ustąpić miejsca pod sceną fanbazie zupełnie innych rytmów. Headlinerzy tego dnia, czyli Yung Lean & Bladee, przyciągnęli do Doliny Trzech Stawów nową falę festiwalowiczów i okupujących główną scenę drainowców, i spoko – frekwencja drugiego dnia była zdecydowanie większa niż pierwszego, nie wpłynęło to jednak na odbiór pozostałych koncertów, bo dobroci nie brakowało też na innych scenach, ukierunkowanych na inne muzyczne wektory i szerokości geograficzne.
Bo jeśli poza szczytowym, headlinerskim festiwalem autotune’a w ogniu płomieni i dobrze nakręconej publiki – swoją drogą zdecydowanie bardziej świadomej tego występu niz podczas koncertu głównej gwiazdy dnia wcześniejszego – pojawił się jakiś wspólny mianownik dla offowej soboty, to była to muzyka irlandzka. Igrająca z konwencją, zalotnie puszczająca oko do tradycji i zdecydowanie najbardziej porywająca jak do tej pory. I czy to obiecujący i nieoczywiści szanciarze z Madra Salach czy dołączający na swój autorski sposób do kolejki za Fontaines D.C. The Mary Wallopers – w końcu w naszym stęsknionym za OFF-em serduszku coś się ruszyło i pozwoliło poczuć, że jesteśmy w Dolinie Trzech Stawów. Podobnie jak mocni i porywający Frankie and The Witch Fingers (jak przyłożyli sabbathowym stonerem to aż miło!).
Wrażenie to podbiło też pojawienie się w końcu jednego z najbardziej dotkliwych clashy tej edycji, gdzie jedynego dobrego wyboru nie było. Na głównej scenie, w towarzystwie 30-osobowej Orkiestry Kameralnej Miasta Tychy, wystąpił bowiem legendarny Arthur Verocai, 81-letni pionier brazylijskiej muzyki i mistrz wysmakowanych aranżacji. Czy powtórzył on sukces historycznego koncertu Zbigniewa Wodeckiego z Mitch&Mitch sprzed lat? Aż tak to nie, ale było to wspaniale odświeżające doświadczenie i obcowanie z historią muzyki świata. I o to też chodzi nam zawsze w OFF-ie. Swoją historię na nowo pisali też dziarscy Amerykanie z Chat Pile, którzy zawładnęli przeciwległą sceną festiwalu i zaimponowali nie tylko ciężkością, ale i znajomością tajników polskiego kina. Obowiązkowo do powtórzenia w warunkach klubowych w pełnym wymiarze, był to bowiem najlepszy gitarowy strzał festiwalu do tej pory.
Podobny case, i co do gatunkowego ciężaru i bardziej kameralnej miejscówki, ma się też doskonale do Einstürzende Neubauten, najbardziej wykręconej, nie tylko językowo, nazwy tej edycji. Ekipa Blixy Bargelda łoiła z pomysłem i wyczuciem, jednak „rozpiętość” Leśnej Sceny w odniesieniu do ich skompresowanego, miarowego rytmu, pozwoliła traktować ich występ jedynie jako ciekawostkę. Dobrze jednak, że ta kultowa niemiecka formacja dotarła w końcu na OFF-a. But I won’t be weeping long za ich powrotem.
Na tej samej scenie świetnie sprawdziła się za to Oklou, nowa nadzieja autorskiego popu, która do Katowic przyleciała z koncertowo u nas przyjętym, debiutanckim krążkiem „Choke Enough”. Intymny klimat, pomysłowe rozwiązania, żywe instrumenty i przemyślana struktura mini show, tchnęły sporo świeżości pośród utarte festiwalowe schematy. I tak jak cała sobota na OFF-ie pozwoliła odlecieć i, tylko nieco bardziej niż dzień wcześniej, odpiąć wrotki. Niedosyt jednak wciąż najmocniej dominuje spośród popróbowanych, muzycznych smaków, miejmy nadzieję, że niedziela dowiezie dziś o wiele więcej, zgodnie ze złożoną przecież „na papierze” obietnicą.
Dzień 3 – niedziela
Tak jak motywem przewodnim pierwszych dwóch dni tegorocznego OFF-a był powolny rozbieg, poczucie niedosytu i tęsknoty za mocnym uderzeniem emocji, za którymi pędzimy co roku do Doliny Trzech Stawów, tak ostatni dzień wynagrodził z nawiązką wielkie oczekiwanie na wysyp tak wyczekiwanych muzycznych doświadczeń. Chciałoby się rzec – niedziela bez pudła. I tak właśnie było. Trzeci dzień katowickiej imprezy miał w sobie wszystko, za co kochamy ten fest. Nie zawsze jest to miłość łatwa, ale po takiej dawce emocji, wybaczyć można wiele. A nawet wszystko.
Począwszy od pogody – tego roku na głowy festiwalowiczów nie spadła nawet kropla deszczu, nad głowami królowały jedynie pikujące nisko samoloty – po skład, który na papierze prezentował się najzacniej spośród trzech muzycznych dni – a wiemy też jak to bywa ze spełnieniem tych obietnic – wszystko w niedzielę się udało doskonale. I nie trudno dostrzec tu symbolicznej interwencji losu, bo od samego początku ryzyko wisiało w powietrzu. Przeniesieni z soboty na godzinę debiutantów Amerykanie z Wednesday stali się idealnym prognostykiem tego dnia. Bo jeśli oni mogli wygrać
z przeciwnościami losu, erupcją sycylijskiego wulkanu i zagubieniem sprzętu – klątwa Lendermana?, który przecież grał z nimi i tworzył i któremu rok temu przydarzyło się to samo – to wszystko musiało się już udać. A Środa w niedzielę wybrzmiała fantastycznie, mieszając przyjemne, niczym muskające twarz słoneczko wpływy alt-country, z punkową i brudną, niczym unoszący się pod sceną kurz, gitarową energią. Konkretny strzał na początek, który narobił tylko apetytu na więcej.
A tempa nie zwalniali kolejni na festiwalu, po amerykańskich ziomkach z Chat Pile, przedstawiciele ruchu „peak male performance” – bezbłędny brytyjski duet Getdown Services, którzy wykręcili wixę,
na którą warto było czekać te dwa dni. Masa humoru, dystansu i chorobliwie zaraźliwej pozytywnej energii, której nie sposób było się oprzeć. Anglicy złowili nas skutecznie na swoją niewidzialną wędkę
i dołożyli do pokaźnego zestawu coverów tej edycji ogniste „Sabotage”, zaraz po wyskakaniu „One More Time” Daft Punk: bez koszulek, bez wstydu, bez napinki. Czysta, beztroska, festiwalowa zabawa, której szukaliśmy. A ona sama nas znalazła.
Niespodziewanym coverem kończył też swój koncert Johnny Marr, jakby nieświadomie oddając hołd Iggy’emu Popowi, który wyśpiewał przecież pięknie swojego „Passangera” cztery lata temu na tej samej scenie. Ale nim odśpiewaliśmy niespodziewanie kultowe „lalala”, jeden z najbardziej wpływowych gitarzystów alternatywy dał pewny, prosty – w najlepszym tego słowa znaczeniu – trafiający w sam środek tarczy koncert. Marr trafił też celnie w serca wszystkich zgromadzonych pod sceną wrażliwców, bo móc usłyszeć i wyśpiewać razem wszystkie te nieśmiertelne hymny The Smiths w miejscu, które gościło już przez lata rzesze ich wiernych uczniów i mniej lub bardziej udanych naśladowców, było prawdziwą ucztą. A w odróżnieniu od swojego dawnego kolegi z zespołu Morrissey’a, Johnny to solidna firma – nie tylko nie odwołuje swoich koncertów bez powodu, co ze swadą i lekkością wraca do swoich muzycznych korzeni, które przecież tak bardzo kochamy.
Szczeniackie „This Charming Man”, mocne „How Soon Is Now?”, przeciwnie leciutkie „Please, Please, Please Let Me Get What I Want” w akustycznej wersji i pełnym słońcu, zagrały po prostu wspaniale. Tak dobrze, że nawet piloci przelatujących nad scenami samolotów chcieli je usłyszeć z bliska. A do tego porywająca i nie ustępująca klasykom mocna dawka solowych utworów Marra. Nic nie mogło się jednak równać z hymnem, który Johnny zostawił na koniec. „There Is a Light That Never Goes Out” na OFF-ie? Spełnienie marzenia i jedna z najpiękniejszych chwil na tym festiwalu. „And if a ten ton plane kills the both of us, to die by your side, Johnny, well, the pleasure, the privilege was ours”.
A emocje zdawały się tylko rosnąć. Zgodnie z przewidywaniami włoski kolektyw Nu Genea w wersji live z żywymi instrumentami i zespołem przeniósł nas w świat dzikich pląsów i letniej, beztroskiej zabawy. To kolejny z występów, który najlepiej świadczy o sile OFF-a – gdy wszystko jest na swoim miejscu jest miejsce i na wzruszenia i szaleństwa pod sceną. A ciągnący się bez końca w rytm disco wariacji weselny wąż już przeszedł do historii tej edycji.
Tak jak kolejny na leśnej scenie koncert, tym razem powracających po 12 latach do Katowic mocarzy z Deafheaven. Co tu dużo mówić, zmietli i roznieśli wszystko, co jeszcze w nas zostało. Po wydaniu w zeszłym roku świetnej i mocnej płyty „Lonely People With Power”, wymykający się spod gatunkowych ram czempioni gitarowego przyłożenia, wymierzyli cios prosto w podbrzusze. Hipnotyczny spektakl, jaki zaprezentowali prosił się o miano niedzielnego headlinera. Z całym szacunkiem do Amyl and the Sniffers, ich status gwiazd wieczoru był mocno pospieszony i nad wyrost. Deafheaven wciągnęli Australijczyków jedną dziurką, nie pozostawiając wątpliwości, że byliśmy świadkami koncertu zespołu w absolutnie szczytowej formie. Najlepszy koncert tej edycji? Byli tego miana bardzo, bardzo blisko – bo tak jak przez całą niedzielę, wszystko się tu zgadzało. Przemyślany, konsekwentny i powalający rozpierdol. Sztuka.
Wydaje się, że Artur Rojek nie tylko z Amyl and the Sniffers uczynił headlinerów niedzieli. Pretendentów do tej rangi trzeciego dnia festiwalu nie brakowało, a choć naprawdę zmyślnie i z pomysłem Australijczycy dawali radę – nie można odmówić im różnorodnego materiału źródłowego, odrobionych z klasyki lekcji i słusznych haseł na ustach – jednak na tle pozostałych wykonawców wieczoru bledli oni w swojej topornej powtarzalności. Nie można im było jednak odmówić zapału, podobnie jak grupie, która zaskakująco otrzymała najdłuższy, iście headlinerski slot.
Mowa oczywiście o Sunny Day Real Estate, największej niewiadomej gratce tej edycji. Ekipa z Seattle nigdy w Polsce nie grała, nigdy też nie była szczególnie kojarzona z muzyką tego miasta, a ich kultowy status nie dosięgnął raczej przypadkowych słuchaczy. Ich obecność na OFF-ie nie była jednak zdecydowanie przypadkowa, muzycy z kopyta weszli bowiem na właściwy bieg, z wewnętrzną nadzieja, że grają koncert wyjątkowy. Tak też było, bo choć ich imponująca, acz nieco jednostajna energia, sprawdziłaby się pewnie lepiej na krótszym dystansie, to panowie dowieźli koncert do samego końca na naprawdę wysokim poziomie i dali prześwietny, stricte gitarowy koncert bez udziwnień, bez fajerwerków. Godnie i z klasą.
Dla najbardziej wytrwałych festiwalowiczów na finał zostały jeszcze dzikie pląsy z Ninajirachi czy też shoegaze’owy odlot na LSD and the Search for God, które z najlepszymi tradycjami gatunku przegrywało z nagłośnieniem. Trudno było jednak opuszczać teren festiwalu z uczuciem niedosytu, niedziela była bez wątpienia jednym z najlepszych, najbardziej intensywnych i bogatych w muzyczne emocje, jakie kochamy najmocniej, dni w całej naszej historii z OFF Festivalem. I jak zwykle po cieniu wątpliwości i przytykach do dni wcześniejszych, Dolina Trzech Stawów zostawia nas z apetytem na więcej. Ale to dopiero za rok. Datę już znamy. Widzimy się!
Autor: Kuba Banaszewski