„Na życie patrzysz bez emocji”. Czy Dawidowi P. chce się jeszcze w ogóle grać te stadiony?
- 08-06-2026
- Kuba Banaszewski
To był mój trzeci stadionowy koncert Dawida Podsiadły w Chorzowie. Pierwszy w 2022 roku był objawieniem, masowym wydarzeniem, które musnęło po twarzy kilkudziesięciu tysięcy fanów świeżym koncertowym powietrzem. Kolejny, z 2024 roku, był nie tylko rozszerzeniem zachwycającej formuły, ale i potwierdzeniem nienaruszalnej pozycji rodzimego wokalisty na polskim rynku. Każdy chciał się ogrzać w cieple jego ogniska. Każdy chciał na własne oczy przeżyć to razem z nim, bo emocji nie brakowało wtedy, podczas obu stadionowych okazji, po obu stronach sceny.
Tegoroczny „Obrotowy Tour” w momencie swojej zapowiedzi nikogo już nie zaskoczył. Kto już bowiem chciał zobaczyć Dawida w tej najbardziej spektakularnej odsłonie, z pewnością znalazł się wcześniej wśród rekordowej w naszym kraju publiczności. Kolejny powrót na stadiony, bo przecież zdobywać już tu nie było czego, miał być kolejnym mocnym stemplem, potwierdzającym jakość i prestiż autora „Małomiasteczkowego”.
Okazał się jednak kalką swojej poprzedniczki, poprzeczką, która w ostatniej chwili długiego lotu boleśnie spada na parkiet. Król polskiej piosenki jest nagi? A może w naszych warunkach wyżej podskoczyć już się nie da? Prawda zdaje się, jak zwykle, leżeć gdzieś po środku. Zderzając się bowiem ze ścianą wielkich szans, możliwości i ambicji, ekipa Dawida znalazła się w kropce. Nikogo już nie zaskakuje olbrzymia scena, będąca hybrydą estradowych pomysłów Metalliki i U2 (o jakiej lidze my tu w ogóle mówimy?), wszyscy zdaje się też więcej niż raz wyśpiewali gromko wraz z Arturem Rojkiem „Długość dźwięku samotności”. I wiecie, z nami jak z dziećmi, lubimy te melodie, które już dobrze znamy.
Problem pojawia się jednak wtedy, gdy to artysta i magnes przyciągający wciąż setki tysięcy fanów u swych stóp, okazuje się najbardziej ze wszystkich zmęczony i pogodzony ze swą wielkością. A popaść w rutynę na muzycznym szlaku to jeden z najpoważniejszych grzechów wymierzonych w kierunku wiernej bez mrugnięcia okiem publiczności. I tutaj, parafrazując klasyka, ta magiczna bańka pęka. Bo bez fanów nie ma artysty. Nigdy, przenigdy nie jest odwrotnie.
Nie zrozummy się jednak źle. Oni są. Ba, są ich miliony. Ta sprawnie funkcjonująca koncertowa machina dalej działa. Refreny dalej mają swą nośność, a kolejne, nawet najbardziej utarte atrakcje zawsze zaskoczą kogoś, kto zobaczy je po raz pierwszy. Ale drugi z chorzowskich występów, bo ten miałem okazję podziwiać, był dla mnie, fana i obserwatora, motywacją do pokazania popularnemu Dawci symbolicznej żółtej kartki. Fani pilnie stawili się na Stadionie Śląskim i wyczekiwali przede wszystkim dobrej zabawy. Ale gdy bohater wieczoru pojawił się na scenie, wydawała się ona pusta. Pozbawiona jakiegokolwiek ducha kolektywnej zabawy, jakby Dawidowi było wszystko jedno czy fani poskaczą do jego persony w wydaniu live czy puszczonego z taśmy pustego głosu.
Pamiętam jego początki, kiedy skromna z dzisiejszej perspektywy publika onieśmielała go do tego stopnia, że nie był w stanie wydukać złożonego zdania. W jego głosie i nawet najbardziej skromnej postawie była jednak charyzma, nigdy obojętność. Przez lata 33-letni dziś wokalista wyrósł na rasowego frontmana, potrafiącego utrzymać w garści wielotysięczny tłum. Wczoraj wysypywaliśmy się mu przez ręce. Jasne, każdy może mieć swój gorszy dzień, nie każdy jednak tak mocno zapracował sobie na ogromny kredyt zaufania, jakim obdarza Podsiadłę wierna fanbaza.
Bycie muzyczną atrakcją „od lat 2 do 102” zmęczyć może jednak każdego. I trudno nie było tego odczuć przynajmniej przez połowę wczorajszego koncertu. Później, jakby za sprawą magicznej sztuczki, zaraz po odpaleniu najnowszego i bardzo udanego urozmaicenia tegorocznych koncertów, czyli świecących niczym na koncercie Coldplay’a opasek, emocje zdawały się powrócić na właściwe tory. Zabawa już do końca była przednia, hitowe samograje zrobiły swoje. Nawet bez pomocy dmuchanego wieloryba. Chybionych strzałów było chyba jednak nieco więcej w ogólnym rozrachunku niż trafionych prosto w serduszko fanów dziesiątek. A były nimi zwłaszcza te najbardziej skupione i wyciszone momenty, tak odległe od stadionowego zgiełku (przepięknie odkopane z muzycznej przeszłości „4:30” czy „Let You Down” z dodatkiem chóru).
Były to jednak przerywniki. Leitmotivem przebojowego show są przecież jednak… – tu niespodzianka – przeboje. A ani powtarzalne zmiany aranżacji ani nawet udział tancerzy i gości nie pomógł tchnąć w nie nowego ducha, skoro zapału i tego nieopisanego „czegoś”, czego Dawid jeszcze niedawno był sztandarowym przodownikiem, zabrakło. „Nie chcę tańczyć do melodii, którą znam”, słowa, które wybrzmiały na sam koniec koncertu, zdawały się, z mocą tysięcy wyśpiewujących je gardeł, być cichym życzeniem zblazowanego, samotnego na scenie wokalisty. Pamiętaj jednak Dawid, że fani dalej są po twojej stronie.
Pytanie, czy on jeszcze jest z nami. Skoro, w odróżnieniu od obecnych „tu i teraz” słuchaczy, do czego sam tak mocno zachęcał przed startem show, wokalista zdawał się być wczoraj myślami w zupełnie innym miejscu. Daleko, gdzie mleko rozlewa się wśród gwiazd.
Autor: Kuba Banaszewski