Lost Generation pokazało nam jak mogą wyglądać dobrze zorganizowane wydarzenia z pomysłem – relacja
- 29-06-2026
- Grzegorz Słoka
Lost Generation – Kraków, Tauron Arena (15.06.2026r.) org. Knock Out Productions
Tutaj od początku czuć było jakiś plan – przenosimy się te 20-30 lat w przeszłość, ściągamy gitarowe kapele, na których wychowywali się obecni 40-latkowie i budujemy wokół tego amerykańską otoczkę, która w tamtych czasach w Polsce nie była aż tak dostępna.
I już pierwsze ogłoszenie z The Offspring, Papa Roach i The Rasmus zwiastowało, że może tu się tworzyć coś fajnego. I choć późniejsze dołożenie Hollywood Undead i Lagwagon nas przynajmniej jakoś mocno nie uderzyło, to trzeba przyznać, że 389zł za taki zestaw, kiedy w zeszłym roku za Kalifornijczyków wspomaganych przez Simple Plan trzeba było zapłacić prawie trzysta złotych, nie wydało się aż tak dużym wydatkiem.
I nie wiem jak to było u was, ale my od samego przyjścia czuliśmy pod Tauron Areną bardzo pozytywną aurę. Dzięki wszystkim atrakcjom dostępnym już od 12:00 nie trzeba było martwić się o kolejki do wejścia, nikt nie kazał oddawać plecaka do depozytu, a już po przejściu barierek można było zobaczyć ludzi ochoczo korzystających z dodatkowych zajęć, czy to grających w kosza, jeżdżących na desce, podziwiających auta czy zmierzających do strefy retro gier.
A dzięki rozproszeniu uczestników, w holu hali nie było aż takich kolejek do gastro czy toalet, jak to zwykle bywa przy wyprzedanych wydarzeniach.
I chociaż wszędzie było więcej miejsca, to jednak trzeba przyznać, że płyta krakowskiej Tauron Areny była wypakowana pod sam korek i praktycznie cała jej długość była zajęta przez to zagubione pokolenie.
A jeśli ktoś zdecydował się na udział w Lost Generation, w tym tak napakowanym przecież czerwcu, to powinien wrócić do domu zadowolony.
Koncertów CF98 (zagrali przed halą), Lagwagon i Hollywood Undead niestety nie udało nam się zobaczyć, dziękujemy PKP za opóźniania, natomiast to, co działo się później, w pełni zaspokoiło nasze oczekiwania względem LGF.
Jeśli mielibyśmy znaleźć rozczarowane line-upem komentarze, to zazwyczaj były one skierowane w kierunku The Rasmus. Sam do fanów zespołu nie należę i spodziewałem się sporo popowego i gładkiego brzmienia, a okazało się, że Finowie mają dużo więcej do zaoferowania w kontekście gitarowego grania, dzięki czemu The Rasmus okazali się fajną rozgrzewką przed tym, co miało dopiero nadejść.
“Livin’ in a World Without You”, “First Day of My Life” czy w szczególności “In the Shadows” zaczęły powoli włączać u mnie tryb powrotu do czasów dorastania w pierwszej dekadzie XXI wieku. I choć te utwory dalej mają swoją moc przebicia, to tej zdecydowanie brakuje już Lauriemu, który przez cały występ mocno walczył, żeby jego wokal jakkolwiek wszedł na wyższe rejestry. Na szczęście z pomocą przychodzili pozostali członkowie zespołu, dośpiewując wspólnie część partii.
W przypadku Papa Roach już się wszystko zgadzało, a jestem w stanie pójść z tym stwierdzeniem nawet krok dalej – zgadzało się więcej niż tego po nich oczekiwałem. Papa Roach wjechali mocno już od pierwszego kawałka, a ja z uśmiechem na twarzy potwierdzałem sobie w głowie, że warto było tu przyjechać. Już od pierwszego “Even If It Kills Me” pokazali, że mamy tu do czynienia z zespołem, który nie zamierza się oszczędzać. I ta rozpędzona machina musiała na chwilę się zatrzymać, kiedy publiczność wskazywała na jakiś problem, a Jacoby czujnie to wyłapał i przerwał koncert.
Pamiętajcie – uniesione i skrzyżowane ręce to uniwersalny znak mówiący, że dzieje się coś złego i ktoś potrzebuje pomocy!
Okazało się, że ta pomoc była wręcz niezbędna, bo jeden z uczestników dostał zawału serca i potrzebna była reanimacja. Ktoś z publiczności zaczął RKO, a pozostałe osoby tworzyły przejście dla medyków. Wszystko skończyło się dobrze, a my po 15 minutach przerwy mogliśmy wrócić do koncertowej rzeczywistości.
I na szczęście Papa Roach potrafili bardzo szybko wrócić do tego, z czym nas zostawili. Przebojowe “Getting Away With Murder”, “Braindead” zaśpiewane wraz z synem Jacoby’ego no i oczywiście ta końcówka z “Between Angels and Insects”, numetalową składanką riffów oraz końcowym “Last Resort” odśpiewanym przez całą halę. Zespół dawał z siebie naprawdę dużo, a ja taki rodzaj energii wezmę za każdym razem.
I choć to inny zespół dostał więcej miejsca i status najważniejszej gwiazdy, to myślę, że Papa Roach mocno zapracowali sobie na to, żeby określić ich występ mianem najlepszego na tym festiwalu.
The Offspring dość szybko wrócili do Polski, zaledwie po 8 miesiącach, dając nam koncert bardzo zbliżony do tego, co przedstawili w Łodzi. Dla mnie nie było to problemem, bo dopiero teraz zobaczyłem ich pierwszy raz, ale część osób mocno na to zwracała uwagę.
Zamieniliśmy nawalankę od Papa Roach, na dobrą zabawę z The Offspring, którą próbowali nam dostarczyć Amerykanie. I przez większość występu zdecydowaniem się to udało. „Come out and play”, „Hit that/ Original Prankster” oraz ta ostatnia część z „Pretty Fly”, „Why don’t you get a job” czy „The Kids Aren’t Alright” to była kwintesencja The Offspring, na którą krakowska publiczność po prostu czekała.
Wszystkie wspólnie odśpiewane hity i klimat wydarzenia zabrały nas w te nostalgiczną podróż obiecaną przez Lost Generation Festival, a czuć tu było, że mamy do czynienia z kultowym zespołem i kultowymi utworami.
A do tego tribute dla Ozzy’ego, cover Taylor Swift, drum solo, masa żartów i najbogatsza tego dnia oprawa. Chociaż trzeba przyznać, że ta środkowa część z wszelkimi „udziwnieniami” trochę zaburzyła tempo całości i było tego po prostu za dużo. Może trzeba było z czegoś zrezygnować, odpuścić jeden cover, ale dzięki temu utrzymać lepszą uwagę widzów i odpowiednią atmosferę. Ale z drugiej strony mówimy o The Offspring, którzy zawsze gdzieś ten humor i luźne podejście propagowali.
Koncert zdecydowanie UDANY, chociaż czuć tu było już parę słabszych fragmentów plus nieco schowany wokal Dextera. The Offspring sprawili po prostu, że to Papa Roach wyrośli na prawdziwych bohaterów tego wieczora pokazując, że czasem może warto postawić na więcej konkretów, ale zachowując lepsza dynamikę.
Jeszcze nie wiemy czy Lost Generation powróci w 2027 roku, ale patrząc po tym, jak publiczność najpierw zagłosowała portfelem wyprzedając prawie całą Tauron Arenę, a potem zalewając nasze posty pozytywnymi komentarzami, byłoby grzechem odpuścić ten zbudowany już pozytywny klimat wokół tej nazwy i nie wrócić w kolejnym roku. Knock Out znaleźli coś, co może stać się pewnym punktem każdego koncertowego lata – pytanie tylko czy starczy zespołów, aby wszyscy gracze mogli wypełnić to lato nostalgią.
No i chyba nie ma lepszego potencjalnego headlinera na to wydarzenie niż Blink-182, którzy przecież będą wtedy w Europie. Trzymamy kciuki!
Autor: Grzegorz Słoka