„Jak w domu” – stary, dobry blues Jacka White’a znów wybrzmiał w Krakowie – relacja
- 05-06-2026
- Kuba Banaszewski
Jack White – Kraków, Klub Studio (2.06.2026r.) org. Alter Art
Fot. David James Swanson/Jack White
Osiem długich lat przyszło nam czekać na powrót naszego gitarowego krajana do swojego matecznika. W 2018 roku Jack White dał szokującą wówczas serię czterech solowych koncertów w Polsce, jakże dobrze stało się, że i tym razem odwiedził nas więcej niż raz. Najpierw na rozgrzewkę i celebrację wewnętrznego Dnia Dziecka warszawska Stodoła, dzień później krakowski klub Studio – White jak to on, mógłby zagarnąć wszystkich, tak licznych przecież polskich fanów, w jednym, większym miejscu, rozdzielił jednak emocje na pół, wpraszając się do o wiele mniejszych sal, gdzie jego muzyka może wybrzmieć w najlepszym, najmocniej satysfakcjonującym wydaniu. Zarówno dla niego, jak i dla nas.
Zobaczyć artystę takiej rangi w klubie? To się praktycznie nie zdarza. Jack dba jednak wciąż niezmiennie o jakość swoich muzycznych usług, jak nikt też nie zapomina dla kogo to robi. Polscy fani znów mogli mu się za to odwdzięczyć. Czym? Najlepszą zabawą pod sceną. Zabawą w starym stylu, tak archaiczną jak tylko może być muzyka White’a. Przeżyciami, które cofając nas tę parę lat wstecz, do ary analogowej, uruchamiają instynkty i emocje, które z pewnością wielu z nas dawno schowała we wspomnieniach przeszłości. On gotowy od pierwszej chwili, podarował nam do tego przestrzeń. Tak byśmy zapamiętali ten koncert na długie lata.
I od pierwszych dźwięków wciąż premierowego, a jakże drapieżnego – podobnie jak cała ostatnia płyta „No Name” – „Old Scratch Blues”, tak naprawdę do samego już końca, bez ustanku, bez chwili oddechu, bez jakiegokolwiek zawahania czy wątpliwości, White przejechał po nas jak najlepszym muzycznym walcem.
A kolejne kompozycje mieszały się między sobą, zacierając jakiekolwiek poczucie czasu czy przestrzeni – raz zazębiały się, raz, choć tak podobne, diametralnie od siebie różniły, jakby wyciągnięte były z innego twórczego kapelusza – co uczyniło krakowskie show, podobnie jak wcześniejszy koncert w Stodole i pewnie każdy każdy kolejny występ White’a na trasie, absolutnie unikalnym wydarzeniem nie do podrobienia. Charyzmatyczny, niezmordowany lider, świetnie zgrany, prący za swym przodownikiem w nieznane zespół i katalog, którym obdarzyć można by było obdarzyć tuzin innych wykonawców. Oczywiście, gdyby byli oni choćby w połowie tak twórczy i płodni, co muzyczny bohater wieczoru. Setlista? Pewnie każdy z fanów wypełnionego po brzegi, dusznego, ale – nie pierwszy raz – świetnie nagłośnionego i przygotowanego klubu Studio, przyniósł pod scenę swoją osobistą listę życzeń i wianuszek ulubionych kompozycji z przepastnej dyskografii Jacka i wszystkiego jego muzycznych dzieci.
Chyba też nikt nie mógł narzekać, bo jak to ma w zwyczaju, White niejednokrotnie zaskoczył i zadziwił niejednym muzycznym wyborem, zarówno z jego najnowszej solowej historii, jak i szerokiej rockowej klasyki. Weźmy sam początek show, wystrzelony jak z procy gitarzysta w mgnieniu oka zawładnął swoją energią sceną, klubem i umysłami wpatrzonych w niego – bo przecież na szczęście nie w ekrany telefonów – fanów. I to nowymi kawałkami. Ale gdy ma się w zanadrzu tak celne strzały jak bezbłędne „That’s How I’m Feeling” z ostatniej płyty, które zostało przyjęte przez polską publiczność jak największy przebój – słusznie, wszak to doskonały i rasowy banger w starym stylu – to niczym nie trzeba się martwić, taki katalog to istny koncertowy samograj.
Tym bardziej, gdy Jack po chwilowym droczeniu się z nami celowym, gitarowym skradaniem, odpalił jedno z najcięższych dział: kultowe, nieśmiertelne, potężne „Dead Leaves and the DIrty Ground”. 25-letni (!) otwieracz trzeciego, przełomowego krążka The White Stripes po latach nie utracił nic a nic ze swojej siły i nośności – na żywo, podobnie jak i inne kompozycje duetu z Detroit, wciąż sprawdza się wspaniale i udowadnia po latach, że mimo wszystko, to wciąż najważniejszy z projektów Jacka White’a. Równie trudno było uwierzyć, ileż to lat upłynęło od jego premiery, co nie dać się porwać tym dźwiękom i gitarowemu szaleństwu. A to był przecież dopiero początek krakowskiego koncertu.
Z katalogu The White Stripes usłyszeliśmy w Krakowie jeszcze równie przebojowe i wrzucone z zaskoczenia między sceniczne wariacje „Fell in Love With a Girl”, a także serię nieoczywistych wyborów (najbardziej znany i kultowy album grupy, czyli „Elephant” z 2003 roku, doczekał się tylko jednego, rzecz jasna obowiązkowego, przedstawiciela), na czele z miażdżącym, zeppelinowskim „Cannon” z debiutu czy odkurzonego „Catch Hell Blues” z drugiego bieguna działalności grupy. To co najciekawsze Jack ukrył jednak między najsłynniejszymi i najbardziej oczekiwanymi klasykami. Nie będę ukrywał, że spośród wszystkich, tak licznych, muzycznych projektów White’a, najbliżej jest mi do korzennej wrażliwości The Raconteurs, gdzie mierząc się na twórcze pomysły z Brendanem Bensonem, legendarny już dziś gitarzysta wykrzesał z siebie, moim zdanie, najciekawsze i najbardziej nieoczywiste pomysły. A więc gdy zespół zaintonował pierwsze dźwięki plemiennego rytmu tytułowego utworu z ich płytowego debiutu „Broken Boy Soldiers” z 2006 roku, moje wrażliwe serce gitarowego fana zadrżało mocniej. Podobnie jak wtedy, gdy muzycy sięgnęli raz jeszcze po ten album, ale już w swoim najbardziej przebojowym wydaniu, czyli „Steady, as She Goes, które w iście porywającym stylu, zakończył podstawową część krakowskiego show. Sorry, szalikowcy futbolowego hymnu, który sfinalizował z kolei drugi z polskich koncertów White’a, dla mnie nie ma lepszego koncertowego utworu w katalogu Jacka, który tak mocno zachęcałby do zostawienia na posadzce ostatnich kropel potu i resztek sił. Powiem więcej, sztandarowa pieśń The Raconteurs to jeden z najlepszych rockowych kawałków w historii, które zyskują nowe życie w wydaniu live. Zwłaszcza, gdy za bębnami, tak jak na tegorocznym, solowym tournée Jacka, zasiada oryginalny perkusista tej grupy, a więc sam Patrick Keeler. Nie ma tu miejsca na przypadki.
No dobra, ale zostawmy muzyczną przeszłość za nami, bo White ze swojego solowego rękawa również wykrzesał to co najlepsze. Ok, może wróćmy jeszcze tylko na moment do najbardziej zapomnianego (niesłusznie!) projektu The Dead Weather, wszak mocarne „I Cut Like a Buffalo” wybrzmiało być może najmocniej spośród wszystkich numerów wieczoru. Nośność tego kawałka niezmiennie porywa i przypomina o swojej nieśmiertelnej świeżości („zaledwie” 17 lat na liczniku). Zaś z najnowszego solowego dzieła Jacka, a więc wspomnianego już albumu „No Name” sprzed dwóch lat, usłyszeliśmy jeszcze zwalniające nieco tempo tego pędzącego na złamanie karku koncertu, bluesowe „Unerground” oraz kolejny z przyszłych pewniaków i mocny stempel mocy i jakości od chwili swej premiery, a więc „Archbishop Harold Holmes”, który gęsto wybrzmiał jako jeden z bisów.
Z pamiętnego „Lazaretto” ostał się jedynie porywający singiel tytułowy, którym Jack dołożył do pieca w ostatnim akcie show. Zacną reprezentację zyskał za to solowy debiut White’a „Blunderbuss”, z którego usłyszeliśmy wszystko to, co najlepsze. Kojące i śpiewne „Love Interruption”, doskonale wkręcające się „Freedom at 21” oraz ostateczny cios w postaci „Sixteen Saltines”. Praktycznie przez cały koncert bez chwili przerwy i zbędnego słowa – za artystę przemówiła jego muzyka.
Niemal pełne dwie godziny wypakowane po brzegi najróżniejszymi wariacjami nad tym, czym może być i jest muzyka gitarowa. Jej historia, przyszłość i teraźniejszość, obecność „tu i teraz”, co z pewnością pomógł osiągnąć słynny już na koncertach Jacka bezwzględny brak telefonów pod sceną. Jakże dobrze było się więc wyszaleć na finałowym akcencie, jakim mógł być tylko zaintonowany wcześniej gromko przez wygłodniałą jeszcze wrażeń publikę, „Seven Nation Army”. Najważniejszy rockowy numer XXI wieku? Wydaje się, że tak, żaden z innych gitarowych singli nowego tysiąclecia nie osiągnął podobnego, masowego poziomu, a jego siła jest tak oczywista i porywająca masy, że wciąż nie sposób mu się oprzeć. Jack dobrze o tym wie, krakowskie wykonanie było tak umiejętnie rozegrane i przeciągnięte, by bez przesady wydobyć
z tego klasyka jak najwięcej dobrego. Tak, by nikt nie mógł po nim już prosić o więcej.
Konkret. To słowo ciśnie się tu na usta najmocniej. Jack wie jak to się robi, zna swoją wartość, ceni swoją publiczność. Wychodzi punktualnie na scenę, nie każe na siebie czekać i oddaje na niej całego siebie. Daje z siebie wszystko. Nic więc dziwnego, że podobnego skupienia i uwagi oczekuje też od swoich fanów. Brak jakichkolwiek rozpraszaczy zadziałał tu doskonale i spokojnie takie rozwiązanie spełniłoby swoją rolę i na innych koncertach. Już bardziej oldschoolowo się nie da, a przecież White z tej utartej formułki ukuł przed laty przepis na cała swoją, trwającą już ćwierćwiecze, karierę. Dzięki bogu, że jeszcze mu się chce – bierzemy często muzykę na żywo za pewnik, w nadmiarze muzycznych wrażeń zapominamy bowiem o tym, co najważniejsze. Całe szczęście, mamy wśród nas takiego Jacka, który w rdzennie rockowy, energetyczny i porywający sposób, przypomina nam, dlaczego kiedyś zakochaliśmy się w tych i podobnych im dźwiękach. A wszystko to w atmosferze kolektywnej otwartości, dostępności i przejrzystości, tak rzadkiej i wciąż potrzebnej w dzisiejszych czasach.
Artyści, proszę, bądźcie częściej tacy jak Jack.
Autor: Kuba Banaszewski