„It’s Christmas time, there’s no need to be afraid…” – historia singla, który chciał zbawić świat. I uratować sumienia gwiazd lat 80.

band aid

Jest 1984 rok. BBC wyświetla głośny materiał na temat klęski głodu w Etiopii. Przed telewizorami miliony Brytyjczyków poruszone są zarejestrowanymi w Afryce obrazami – to pierwszy raz, gdy problem zostaje tak szeroko upubliczniony. Wśród nich jest lider irlandzkiej kapeli The Boomtown Rats 33-letni Bob Geldof oraz jego partnerka Paula Yates. Są wstrząśnięci, chcą działać. Jakiś czas później Yates, znana prezenterka telewizyjna, prowadzi swój cykliczny muzyczny program. Gościem są muzycy z zespołu Ultravox, świeżo po wydaniu swojego siódmego krążka „Lament” i po sukcesie singla „Dancing with Tears in My Eyes”. Znów są na topie. W garderobie Paula rozmawia z wokalistą kapeli Midge’m Ure’m, dzwoni Geldof. Podczas poniedziałkowego lunchu 5 listopada muzycy podejmują decyzję – czas działać. Chcą nagrać charytatywny singiel.

Dokładna data, co do dnia, jest tu niezmiernie ważna. Czas ich naglił, singiel miał wyjść przed świętami. Panowie postawili sobie o tyle trudne zadanie, że musiała to być ich autorska kompozycja – chcieli uniknąć konieczności płacenia tantiem za wykonanie coveru, tak, by jak największą kwotę przekazać na szczytny cel. Ure naprędce skomponował chwytliwą melodię na swoim przenośnym keyboardzie. Jak wspominał później, nieco krytycznie: „Jako nagranie to coś wyjątkowego, jako moment w czasie – absolutny fenomen… Ale jako piosenka? No cóż…To nie jest ‘White Christmas’.”

Nie przeszkadzało im to jednak wtedy, nie mogło, nie mieli bowiem zbyt dużo czasu. Geldof dołożył do całości akordy, które miały trafić na nową płytę The Boomtown Rats, wspólnie dopracowali nośny refren z pamiętnym motywem: „And there won’t be snow in Africa this Christmas time”, w ostatniej chwili usuwając z tekstu „Etiopię”, która miała zbyt dużo sylab. Teraz potrzebowali producenta. Wzięty fechmistrz Trevor Horn nie był dostępny, choć udostępnił muzykom swoje studio w Londynie. Bezpłatnie. Na 25 listopada. Mieli zaledwie 24 godziny na nagranie. Potrzebowali jeszcze wokalistów. W grę wchodziły wyłącznie największe nazwiska.

Tym już zajął się Geldof, nabierający wprawy przed wydarzeniem, które miało odbyć się za rok – Live Aid. Zgodzili się praktycznie wszyscy. Bono. Sting. George Michael. Paul Young. Duran Duran. Bananarama. Wszyscy okupywali wtedy listy przebojów, byli na pierwszych stronach gazet. Nie zabrakło też oczywiście muzyków The Boomtown Rats oraz Ultravox. Geldof zwerbował zespół Spandau Ballet po przypadkowym spotkaniu z gitarzystą zespołu, Garym Kempem, w sklepie z antykami w Londynie. Członkowie amerykańskiej grupy Kool & the Gang pojawili się tylko dlatego, że byli związani z tą samą wytwórnią płytową co kapela Geldofa i akurat odwiedzali londyńskie biura Phonogramu w zaplanowanym dniu nagrywek. Na perkusji zagrał Phil Collins. Geldof zaprosił także Francisa Rossiego i Ricka Parfitta z zespołu Status Quo. Oczywiście nie odmówili i wnieśli do młodej ekipy kultowy sznyt i dobrego ducha, choć sami byli wtedy na kacu.

„Nagle mnie olśniło. Pomyślałem: 'Chryste, mamy tu absolutną czołówkę’, wszystkie wielkie nazwiska popu są nagle gotowe i chętne, żeby to zrobić… Wiedziałem wtedy, że ruszamy z miejsca, i po prostu postanowiłem iść po resztę znanych twarzy i zacząłem do wszystkich dzwonić, prosząc ich o udział”.

Geldof był nieugięty, zależało mu jeszcze na jednym nazwisku – barwnej osobie Boy’a George’a z Culture Club, który wtedy był na ustach wszystkich. Ten nie odbierał jednak telefonu, a gdy już podniósł słuchawkę okazało się, że był tysiące kilometrów dalej, w Nowym Jorku. Kierownik tego muzycznego zamieszania był nieugięty – przekonał wokalistę, by ten wsiadł w ostatniego tego dnia Concorde’a i przyleciał do studia na ostatnią chwilę. Udało się. Być może dlatego w teledysku George wciąż jest w płaszczu, od razu bowiem z lotniska wpadł do kabiny nagraniowej, dogrywając się jako ostatni
z solistów.

Nie wszyscy mogli pojawić się osobiście. David Bowie i Paul McCartney przesłali później nagrania swojego poparcia dla projektu, które zasiliły stronę B singla. Nagrania rozpoczęły się o 10:30 w niedzielę 25 listopada 1984 roku. Od strony muzycznej pieczę nad projektem do końca sprawował lider Ultravox. W domowym studiu stworzył podkład, zbudowany na partii klawiszy i automatu perkusyjnego. Do intra wykorzystał też samplowane bębny z utworu „The Hurting” zespołu Tears for Fears z 1983 roku. Ure nagrywał każdego wokalistę osobno i robił notatki, które fragmenty zostaną użyte. Na rozgrzewkę wszyscy artyści zostali ustawieni w grupie i śpiewali refren „Feed the world, let them know it’s Christmas time again”, do momentu aż partia została ukończona. Ure wybrał Tony’ego Hadleya ze Spandau Ballet jako pierwszego wokalistę nagrywającego solową partię. Hadley wspominał później, że było to niezwykle stresujące, był bowiem bacznie obserwowany przez kolegów z branży.

Na każdego przyszła kolej, a gdy wypadło na Bono, pojawił się zgrzyt. Chodziło o być może najsłynniejszą linijkę tekstu, która przypadła mu w udziale – „Well, tonight, thank God it’s them instead of you”. Lider U2 odciągnął na bok Geldofa i zapytał, czy na pewno chce, by umieścić tę prowokacyjną myśl w tekście świątecznego singla. Bob był nieugięty. Przekonał w końcu wokalistę, że to nie „ckliwy liberalizm, a zakodowany gniew”, który wyzwolił w nim głośny materiał BBC. Bono dał z siebie wszystko, jednak po latach wspominał, że „naprawę nienawidził” tego momentu.

Całość swą grą i duchem spiął Phil Collins, który przybył do studia z własnym zestawem perkusyjnym, aby nagrać żywą partię bębnów nałożoną później na automat perkusyjny. Rozstawił instrumenty i czekał do wieczora, aż wszystkie wokale zostaną nagrane. I choć producent zadowolony był już z pierwszego podejścia pałkera Genesis, ten cierpliwie dogrywał kolejne partie, aż sam był usatysfakcjonowany. Na stronie B singla znalazło się jeszcze nagranie Geldofa, który tak podsumował magiczną dobę w studiu:
„Ta płyta została nagrana 25 listopada 1984 roku. Jest teraz godzina 8:00 rano, 26 listopada. Jesteśmy tu od 24 godzin i myślę, że pora wracać do domu. Tak więc ode mnie, Boba Geldofa, i od Midge’a mówimy: „Dzień dobry wszystkim i milion podziękowań dla każdego, kto wziął udział w nagraniu. Wesołych Świąt”.

Dzień po nagraniu Geldof wystąpił w porannym programie BBC Radio, aby promować singiel, i obiecał, że każdy grosz trafi na cel charytatywny. Większość sprzedawców zgodziła się sprzedawać płytę po cenie kosztowej – 1,35 funta, jednak niektórzy odmówili, powołując się na presję kosztów. Rząd brytyjski przekazał na cele charytatywne kwotę równą sumie podatku pobranego ze sprzedaży singla. Brytyjska rozgłośnia od dnia premiery zaczęła emitować utwór cyklicznie, co godzinę, znacznie częściej niż dotychczas promowane utwory. „Do They Know It’s Christmas?” miało już 250 tysięcy zamówień w przedsprzedaży w ciągu tygodnia od nagrania, a do 8 grudnia zamówienia od sprzedawców płyt osiągnęły ponad milion egzemplarzy. Aby sprostać tym wymaganiom, wytwórnia Phonogram uruchomiła wszystkie pięć swoich europejskich fabryk tłoczących płyty.

Oficjalna premiera singla odbyła się 7 grudnia 1984 roku. W kolejnym tygodniu piosenka zadebiutowała na brytyjskiej liście przebojów na pierwszym miejscu, sprzedając się lepiej niż wszystkie pozostałe pozycje notowania łącznie. W pierwszym tygodniu sprzedano milion kopii, co uczyniło go najszybciej sprzedającym się singlem w historii brytyjskich list przebojów aż do wydania „Candle in the Wind 1997” Eltona Johna. Na koniec 1984 roku jego sprzedaż przekroczyła trzy miliony egzemplarzy, na drugim miejscu uplasował się wtedy inny świąteczny szlagier „Last Christmas” – obecny w obu nagraniach George Michael również przekazał swoje tantiemy z przeboju Wham na cele charytatywne.

W ciągu roku „Do They Know It’s Christmas?” zebrało 8 milionów funtów na pomoc dla Etiopii, znacznie przekraczając oczekiwania Geldofa. Sukces singla zainspirował go do organizacji znacznie większego przedsięwzięcia – Live Aid, rok później. Piosenka doczekała się swoich kolejnych wersji – w 1989, 2004 i 2014 roku. Wszystkie miały ten sam szczytny cel. Żadna nie przebiła jednak artystycznego sukcesu oryginału z 1984 roku.

Autor: Kuba Banaszewski

Zobacz także:

Szukasz czegoś konkretnego?
Skorzystaj z naszej wyszukiwarki!