Exit Music (for a 2025), czyli Radiohead w Berlinie – relacja

radiohead berlin 2025

Radiohead – Berlin, Uber Arena (12.12.2025r.) 

Choć tytuł najgorętszego muzycznego powrotu 2025 roku należy się Oasis, nam zawsze bliżej było niezwykłym klimatom Radiogłowych. Ten niespodziewany reunion Brytyjczyków cieszył jeszcze bardziej, że – pomimo powracających plotek – Radiohead wrócili na scenę w pełnej krasie po siedmiu latach nieco z zaskoczenia, bez nowej muzyki, bez obietnic i bez oczekiwań. Ale jakże ich powrót był potrzebny.

Przekonaliśmy się o tym podczas ostatniego koncertu w Berlinie, na finał czterodniowej rezydencji, która miała być zwieńczeniem europejskiej trasy. Z innych, zdrowotnych względów w szeregach kapeli będzie to jednak Kopenhaga, choć nietrudno było odnieść wrażenie, że show z 12 grudnia wybrzmiało jak pewnego rodzaju podsumowanie. Klamra historii zespołu, której ciąg dalszy wciąż jest niepewny. W odróżnieniu od samych muzyków, którym pewności na scenie zdecydowanie nie brakowało.

Wymarzyłem sobie kiedyś koncert Radiohead. Bez towarzyszącej im od lat spiny, ciężkiego brzemienia najważniejszego zespołu swojego pokolenia. Bez blazy, która dopadłaby każdego, kto dla współczesnej muzyki zrobił tyle co oni. Z luzem i dystansem, które w pewnym momencie ich kariery wydawały się niemożliwe do osiągnięcia. Wydaje się jednak, że ten reunion był im potrzebny bardziej niż nam – fanom. To tylko domysły, ale takie trasy, takie koncerty, mogą ratować muzyczne kariery.

Trwająca od niemal dekady studyjna cisza ze strony Radiohead oraz naznaczone przez prywatne batalie ostatnie lata przerwy w ich działalności, muzycy przekuli w energetyczne show, istne guilty pleasure dla fanów, którzy na nowo przypomnieć sobie mogli, jak i dlaczego niegdyś zakochali się w muzyce tej kapeli. A sam zespół zdaje się ponownie odkrył, czym może być sceniczna frajda. Wszak Radiohead grają już razem, w niezmienionym składzie, 40 lat. To szmat czasu, a ten berliński koncert pokazał jak owocnie można razem przeżywać swoją drugą (trzecią?) muzyczną młodość.

radiohead berlin 2025
Radiohead na koncercie w Berlinie

Bo i zespół, mimo tylu lat doświadczenia na karku, nie wyzbył się błędów godnych debiutantów. Jeśli tegoroczne tournée mogłoby mieć motto byłby nim „falstart”. W Berlinie również nie brakowało uroczych potknięć, ale dodawały one tylko muzycznym perfekcjonistom…ludzkiego wymiaru. Show również rozkręcało się długo, mozolnie, ale za to w jakim stylu. Nie wszystko w tym równaniu zawsze idealnie się zgadzało, ale cóż to, skoro najciekawsze rzeczy dzieją się przecież wtedy, gdy „2+2=5”. A gdy muzycy już na samym początku sięgają po takie perły jak „All I Need”, czy „Nude”, wybaczyć można wiele. No i to szczeniackie, gitarowe brzmienie „The Bends”, wielu – nie tylko muzycy – z pewnością znów poczuło, jak to jest mieć siedemnaście lat.

Na potrzeby tegorocznego tournée Radiohead odkurzyli około 60 utworów, którymi rotowali w każdym z odwiedzonych europejskich miast. Po paru wieczorach dojrzeć można było pewien plan, mniej lub bardziej powtarzalny scenariusz, który czujnym obserwatorom podpowiadał, czego można się było spodziewać. Ten element lekkiego niepokoju, błogiej niewiedzy, podkręcał nieco muzyczny apetyt, zwłaszcza dla takich jak my, fanów, którzy już z niejednego koncertowego pieca chleb jedli. Wszelkie domysły poszły jednak w odstawkę, gdy gdzieś w połowie wieczoru, Thom Yorke sięgnął po akustyczną gitarę i zaintonował z zaskoczenia „Fake Plastic Trees”, utwór najczęściej zarezerwowany na bis, jedną z tych kultowych ballad, które od lat rozkładają na łopatki największych twardzieli i wyjadaczy. I od tego momentu wiedzieliśmy, że żadne prawa ani schematy nie będą tu miały więcej zastosowania. Zadziała się magia.

Świetną robotę zrobiła też „obrotowa” formuła sceny, gdzie to sami muzycy, a nie jej konstrukcja, zmieniali co chwilę swoje położenie, co dodawało wyjątkowości każdemu z utworów. Miałem to szczęście, że – po długich bojach – dorwałem bilet na płytę (reszta reprezentacji KwP dzielnie podziwiała całość z trybun), podglądać więc mogłem z bliska zmieniających się co rusz muzyków. Zobaczyć jak Jonny Greenwood sięga po smyczek w „Pyramid Song” czy z dziecięcą aurą czaruje grą na cymbałkach na „No Surprises” – bezcenne. Reszta zespołu również dawała z siebie wszystko, dając upust scenicznym harcom. Tylko Thom zdawał się nieco wycofany, również wokalnie, często też spóźniony względem kolegów, jakby był osobną planetą na tej muzycznej orbicie. Z pewnością jego ostatnie zdrowotne dolegliwości, które namieszały w rozkładzie jazdy tournée, nie pozostały tu bez znaczenia, jednak w końcu i on odleciał w jednym ze swoich popisowych tańców – muzycznie bowiem Radiohead lewitowali od najbardziej skupionych momentów po kompletne, niemal industrialne czy klubowe odloty.

Ciężko stwierdzić, które oblicze zespołu robiło większe wrażenie, jednak gdy Yorke samotnie zaintonował „Exit Music (For a Film)”, hala zamarła. Żywiołowe reakcje berlińskiej publiki zastąpiło pełne skupienie i łzy wzruszenia. Po tym poznaje się największych, jak trafnie potrafią operować klimatem. I już do końca wszystko się zgadzało. Zagrany na koniec podstawowej części „Street Spirit (Fade Out)” tylko podbił stawkę. Te utwory budowały alternatywną scenę lat 90., przyjęte też zostały z powagą godną rockowych hymnów.

Bisy? Szalone „Idioteque”, odjechane na maxa „Jigsaw Falling Into Place”, skupione „Present Tense” (najbardziej dopracowane wykonanie wieczoru?), wyczekane „Weird Fishes/Arpeggi”. Moja muzyczne serce szalikowca „In Rainbows” uśmiechało się szeroko. I radowało się jeszcze mocniej, gdy Radiohead domknęli koncert połączeniem rzadko spotykanym obok siebie. Najpopularniejsze utwory z przełomowego „OK Computer”, najpierw „Paranoid Android”, a na finał rozśpiewana „Karma Police”, dopełniły całości fanowskiej satysfakcji. „For a minute, we lost ourselves”.

Radiohead wrócili, dacie wiarę? I dali koncert jak ze snu. Nieidealny, bo idealnych koncertów nie ma. Zaprezentowali jednak spektrum swoich twórczych możliwości, których nie można zlekceważyć. I przypomnieli światu – i nam – jak bardzo ich nieobecność była już odczuwalna. I choć dalej nie wiemy, czy po tym nagłym scenicznym zrywie znów nie znikną na długie lata, warto było dać się znowu zgubić w ich muzycznym labiryncie dźwięków.

Bo przecież nie zawsze liczy się cel sam w sobie – czasem największą frajdę daje to, co znajdziemy/zgubimy po drodze, prawda?

Autor: Kuba Banaszewski

Radiohead Setlist Uber Arena, Berlin, Germany, European Tour 2025

Zobacz także:

Szukasz czegoś konkretnego?
Skorzystaj z naszej wyszukiwarki!