Dlaczego Rush nigdy nie zagrali w Polsce? W historii zespołu nie brakuje polskich wątków
- 01-03-2026
- Kuba Banaszewski
Rush nigdy nie zagrali nad Wisłą. Niemal pół wieku przyszło czekać polskim fanom aż w końcu, podczas powrotu niemal niemożliwego, a z racji śmierci Neila Pearta w 2020 roku również niepełnego, kanadyjskie trio, a właściwie już tylko oryginalny duet, zawitają do naszego kraju, by zaprezentować swe mistrzowskie możliwości. Dlaczego trwało to tak długo? No cóż, po pierwsze Rush – od dekad znani ze swojego koncertowego sznytu – bardzo rzadko i incydentalnie zapuszczali się na swoich trasach poza swoją ojczyznę, Amerykę Północną czy Europę Zachodnią.
Najbliżej nas grali w Pradze, i to ponad dwie dekady temu, gdy świętowali swoje 30-lecie. Muzycy zawsze chętnie odwiedzali naszych zachodnich sąsiadów, ale co ciekawe w takim Berlinie zagrali zaledwie dwukrotnie. A więc polscy fani grupy, których zdecydowanie nie brakuje – we wspomnieniach o czeskim koncercie z 2004 roku najczęściej przejawiają się wzmianki o bardzo mocnej reprezentacji naszego narodu w praskiej arenie O2 – nie mieli w tym konkretnym przypadku ułatwionego zadania. A przecież jeden z muzyków i założycieli zespołu Geddy Lee bardzo mocno związany jest z naszym krajem i jego skomplikowaną historią. Wydaje się, że fakt ten również nie pozostawał przez lata bez przyczyny, wszak Kanadyjczyk wielokrotnie bywał w Polsce prywatnie, jednak trudne wspomnienia i rodzinna trauma za każdym razem ważyły nad charakterem tych wizyt.
Nieprzeciętny basista i obdarzony charakterystycznym, wysokim głosem wokalista Rush urodził się parę lat po zakończeniu II wojny światowej. Przyszedł na świat jako Gershon Lee Weinrib, syn polskich emigrantów, którzy po wojnie osiedlili się w Kanadzie. Ich burzliwe losy, nie tylko na długie lata naznaczyły przeżycia rodziny Weinribów, ale i zbudowały pewien obraz o kraju swoich przodków w głowie dorastającego muzyka.
Jeszcze nigdy przy okazji naszych koncertowych wspomnień nie zapuszczaliśmy się tak daleko w przeszłość, ale ta tragiczna i iście filmowa opowieść o rodzinie słynnego dziś basisty wymaga zbudowania solidnego historycznego tła.
Fin Costello/Redferns / Getty Images
„Tak, moi rodzice pochodzili z Polski. Moja mama urodziła się w Warszawie, a później przeniosła się do małego miasteczka około godziny drogi na południe, zwanego Stachowice, a mój ojciec pochodził
z miejscowości – nie wiem, jak brzmiałaby jej angielska nazwa, ale on nazywał ją Ostrowce” – wspominał po latach w jednym z wywiadów Lee, który w swojej autobiografii „My Effin` Life” zdradził również wiele rodzinnych sekretów.
I ma tu oczywiście rację. Zgodnie bowiem ze źródłami portalu Projektu Pamięci Żydów Ostrowca dziadek Geddy’ego Aharon Weinryb urodził się w 1883 roku w Goździelinie, a jego babka – Chaja Sura Wajnryb we wspomnianym Ostrowcu. Tam również w 1920 roku na świat przyszedł ojciec muzyka Morris Weinrib. Matka Manya Rubinstein dorastała zaś w Wierzbniku, nieopodal Starachowic. Historia ich poznania i dalszych wojennych już losów porusza do dziś i zadziwia mimo upływu tylu lat.
„On był z innego miasta i oboje trafili do obozów pracy – tam się poznali. Spotkali się w obozach pracy w 1939 roku, mieli wtedy 12 i 13 lat. Byli więc właściwie jeszcze dziećmi, nastolatkami. Rozmawiali i flirtowali w drodze do obozów pracy, ponieważ kiedy wojska niemieckie wkroczyły na te tereny, potrzebowały ludzi do budowy obozów. Wykorzystywano więc młodych i zdrowych mieszkańców miasta – żydowską ludność – którzy musieli chodzić na miejsce budowy i pracować aż do jej ukończenia”.
W 1942 roku rodzice Geddy’ego przeżyli już wspólnie likwidację starachowickiego getta, trafili również do miejscowego obozu pracy, by w kolejnych latach rozdzielić się w tragicznych okolicznościach. Najpierw trafili do Auschwitz, gdzie jakimś cudem udało im się przeżyć, a gdy wojna zaczęła przybierać dla Niemców niekorzystny obrót, wybuchła panika i zaczęto przewozić ocalałych polskich więźniów poza teren Polski. Matka została wysłana do obozu Bergen-Belsen. Ojciec zaś znalazł się w obozie koncentracyjnym w Dachau.
Po zakończeniu wojny, w 1946 roku, Morris szukał Manyi i znalazł ją w obozie dla przesiedleńców w Bergen-Belsen. Tam pobrali się i ostatecznie wyemigrowali do Kanady. Siedem lat później na świat przyjdzie ich syn, który dziś znany jest wszystkim fanom progresywnego rocka.
„Moje najwcześniejsze wspomnienia to rozmowy mojej mamy o wojnie, o Hitlerze i o tym, co spotkało jej rodzinę” – wraca wspomnieniami do lat dzieciństwa Geddy, który został wychowany w duchu wojennej martyrologii. Ojciec Lee zmarł w 1965 roku, matka zaś dożyła sędziwego wieku i odeszła pięć lat temu. „Moja mama jest bardzo interesującą osobą – niezwykle silną – i wierzyła w dzielenie się wszystkim, czego doświadczyła” – dodaje basista. „Jako dziecko miałem przez to koszmary, i jestem pewien, że mój brat i siostra przeżywali to samo”.
Mimo rodzinnej traumy, z jakiej niewątpliwie wyrastał 72-letni dziś muzyk, nie sposób jednak zgodzić się z krążącą wśród polskich fanów od lat teorią, jakoby to bolesne wspomnienia Geddy’ego zaważyły nad omijaniem przez Rush Polski na swoich trasach. We wspomnianej autobiografii autor poświęca tym wątkom znaczną, niełatwą też część, ale wojenne losy jego rodziców nie stają się wymówką czy zarzutem, ale pełnym obrazem nieoczywistego życiorysu naznaczonego tragicznym czasem. Zresztą sam muzyk wraz z rodziną nie raz odwiedził Polskę i miejsca ważne dla swych przodków – po raz pierwszy w 1995 roku przy okazji 50. rocznicy wyzwolenia obozu Bergen-Belsen, kiedy zabrał matkę na sentymentalną podróż do Europy, ale przede wszystkim Polski.
Odwiedzili razem Warszawę, Kraków, Oświęcim oraz Starachowice – miejsce, gdzie dorastała.
„Kiedy tylko wylądowaliśmy w Polsce, to ona [matka] stała się szefem naszej wyprawy. To ona mówiła po polsku, oprowadzała nas, poczuła swoje korzenie. Powiedziała nam, że teraz jesteśmy w jej ojczyźnie i ja wam ją pokażę. Miło było widzieć w niej tę zmianę” – wspominał Lee w wywiadzie udzielonym Romanowi Rogowieckiemu dla TVP w 2012 roku.
„Niektórzy rodzice nie chcą wracać do przeszłości. Jestem wdzięczny, że moja mama się tego nie bała, bo dzięki temu dorastałem z lepszą perspektywą na życie”.
Do Polski Lee powracał jeszcze w kolejnych latach, m.in. w 2006 gdy ponownie odwiedził Starachowice, do tej muzycznej wizyty Rush w momencie, gdy Polska otwarta już była w pełni na odwiedziny zespołów z całego świata, jednak nigdy nie doszło. I nasza ojczyzna nie była w tym odosobniona, kanadyjskie trio bardzo rzadko zmieniało bowiem plan swoich tras poza stale odwiedzanymi i powtarzalnymi punktami na mapie. Kiedy byli na absolutnym szczycie, takie wizyty – poza oczywiście paroma pamiętnymi wyjątkami – były u nas w zasadzie niemożliwe, w kolejnych latach wydaje się, że na drodze stały przede wszystkim wysokie ryzyko finansowe oraz koszty ambitnej produkcji, od której zespół nigdy nie stronił. Świadczy o tym m.in. wypowiedź promotora grupy Neila Warnocka z 2011 roku, przy okazji ówczesnej wizyty Rush w Irlandii, do której po raz pierwszy dotarli dopiero właśnie wtedy: „Po raz pierwszy zagrali w Irlandii dopiero w 2011 roku, ponieważ Geddy nalegał, żebyśmy w końcu tam dotarli. Teraz chce pojechać do Polski, a ja muszę mu tłumaczyć, że (…) przy ich ogromnej produkcji wszystko jest zawsze niezwykle drogie”.
Tamtejszy debiut podsumowano w prasie stosowną wzmianką: „Rush zafundował swoim cierpliwym fanom widowisko z ogromnymi ekranami, wysuwanymi konstrukcjami scenicznymi, wspaniałym oświetleniem, obrotowymi zestawami perkusyjnymi i fajerwerkami w hali. Aha, no i była jeszcze muzyka, która też nie była zła”.
Fot. Nicholas Hunt/Getty Images
Po 2011 roku okazji do zobaczenia Rush na trasie nie było już tak wiele. Do 2013 roku promowali jeszcze na żywo swój ostatni krążek „Clockwork Angels” (zagrali łącznie 72 koncerty). W 2015 roku, gdy muzycy świętowali 40-lecie na scenie w swoim najsłynniejszym składzie, tournée objęło swym zasięgiem wyłącznie Amerykę Północną i Kanadę. W 2018 roku gitarzysta grupy Alex Lifeson gorzko ucinał wszelkie spekulacje: „Nie mamy już planów, by koncertować ani nagrywać. W zasadzie zakończyliśmy działalność. Po 41 latach uznaliśmy, że to wystarczy”. W tym samym roku w wywiadzie dla Rolling Stone’a Geddy Lee dodawał: „Powiedziałbym, że nie ma szans, aby ponownie zobaczyć Rush w trasie jako Alex, Geddy i Neil. Ale czy można zobaczyć jednego z nas, dwóch albo trzech? To jest możliwe.”
Wszystko wyjaśniło się na początku 2020 roku, gdy w wieku 67 lat Neil Peart przegrał trwającą ponad trzy i pół roku walkę z bezlitosnym nowotworem mózgu. Przyszłość Rush zdawał się być przesądzona. W 2022 roku pozostali muzycy tria parokrotnie pojawili się jednak na scenie, by odkurzyć stary materiał. Odbiór tych gościnnych występów – podczas show z okazji 25-lecia serialu „South Park” oraz koncertów poświęconych pamięci Taylora Hawkinsa – okazał się jednak lepszy niż muzycy mogliby sądzić. Sami również znów poczuli głód wspólnego grania. Zaowocowało to najbardziej niespodziewanym i nieoczekiwanym powrotem na scenie wśród rockowych legend. Na tournée „Fifty Something” za perkusją zasiądzie Anika Nilles, twórczym zrębem zespołu pozostanie jednak stojący dziś ramię w ramię duet.
Ogromne zainteresowanie trasą Rush przerodziło się z wyjątkowej okazji w jedną z największych tras w historii zespołu. Tournée obejmie 84 daty w Ameryce Północnej, Południowej oraz Europie. Autorzy „Toma Sawyera” zawitają też w końcu do Polski, gdzie zagrają w 2027 roku w Krakowie, miejscu również ze względu na korzenie Geddy’ego i naszą historię niezwykle symbolicznym.
Panowie nie mówią również „nie” perspektywie stworzenia jeszcze razem czegoś nowego. „Kto wie, co się wydarzy, ale podejrzewam, że w końcu jakaś muzyka się pojawi” – mówił w wywiadzie dla „Music Radar” ze stycznia tego roku basista. „Fajnie byłoby zobaczyć, co Nilles potrafi zrobić w sytuacji twórczej. To byłoby ciekawe. Ale na razie to tylko spekulacje – oczywiście dopóki nie przestaną nimi być”.
No cóż, chyba już nic w tej muzycznej historii nie możemy obrać za pewnik. Spodziewajmy się więc od Rush wyłącznie niespodziewanego.
Autor: Kuba Banaszewski