Co o kondycji współczesnego rocka mówi nam tegoroczny powrót Oasis?
- 31-12-2025
- Kuba Banaszewski
Piekło zamarzało w tym roku 41 razy. Dokładnie tyle razy Liam i Noel Gallagher wychodzili razem na scenę, najczęściej trzymając się za ręce, jakby wysyłali wszystkim niedowiarkom jasny komunikat – tak, wróciliśmy, to się naprawdę dzieje. Zjechali razem pół świata, od Wielkiej Brytanii po Stany Zjednoczone, Amerykę Południową, Australię i Japonię. „Od Gallagher Hill do River Plate, od Croke Park po City of Angels – miłość, radość, łzy i euforia nigdy nie zostaną zapomniane”.
I co dalej? Ostatnie „Live Forever” i „Wonderwall” wybrzmiało w tym roku pod koniec listopada w Brazylii, korki od „Champagne Supernova” wystrzeliły i Oasis znów zniknęli. Plotki o kontynuacji reaktywacyjnego tournée, podsycane najmocniej przez samego Liama, zostały również przez niego prędko rozwiane. Przekaz jest jasny: w 2026 roku Oasis nie zagra. Choć apetyty wśród fanów wciąż są ogromne, a kontynentalna Europa dalej nie podbita. Czy jest szansa na post scriptum tej opowieści?
Nikt tak naprawdę do samego końca nie wierzył w pewny sukces ich powrotu, a gdy już rozkręcili się w najlepsze, trudno było wyobrazić sobie, że nie było ich na scenie długich szesnaście lat. I choć 2025 zapisze się w muzycznej historii za sprawą jeszcze kilku mocnych powrotów, to tylko Oasis rozbili bank i znów zawładnęli masową wyobraźnią tłumów. Dlaczego właśnie oni? Bo przypomnieli nam za co kochamy ten cały rock and roll.
Każdy chciał tam być, każdy chciał ogrzać się w blasku najgłośniejszej i długo też najbardziej nieprawdopodobnej z reaktywacji ostatnich lat. Każdy chciał też „zrobić Poznań”, śpiewać hymny britpopu na całe gardło i założyć słynne trzy paski Adidasa. Dlaczego akurat Oasis? Zespół równie kultowy, co memiczny. Częsty obiekt drwin fanów „ambitnej muzyki”. Z czego wynikał ten gigantyczny sukces reaktywacji braci Gallagher, znanych z głośnych, niewybrednych komentarzy, nie tylko na swój temat?
Ano, wygląda na to, że przede wszystkim z tęsknoty za prawdziwym rockandrollowym mitem. Mitem, którego juz nie ma. Mitem, który pogrzebaliśmy razem z wszechobecną poprawnością, przemierzając muzyczne meandry na niekończących się falach dostępnego na wyciągnięcie ręki streamingu. A oni, nieobecni wiele lat na scenie, są reliktem innego muzycznego świata. Nieokiełznanego, dzikiego, szalonego – jak i całe lata 90. Oczywistym jest też element nostalgii, tęsknoty za czasem, gdy muzyka była lepsza, a trawa bardziej zielona. Aspekt, na którym już wtedy, 30 lat temu, Oasis zbudowali swoją pozycję, bo i na tym polegał britpop. Weź to co najlepsze i zagraj po swojemu. Działało wtedy, działa i dziś. Teraz może jeszcze mocniej niż kiedykolwiek, bo jak nigdy cierpimy na brak charyzmatycznych osobowości. Brak gwiazd.
Oczywiście, obecnie w świecie gitarowej muzy, mamy całą masę znakomitych alternatywnych kapel, które są świetne. Robią swoje i tak jak ich poprzednicy i nauczyciele, chcą tę parę wściekłych akordów zagrać po swojemu. Plotki o tym, że rock and roll dawno umarł są mocno przesadzone. Co jednak z tego, jeśli wszystkie współczesne rockowe gwiazdy są tak ułożone, zaangażowane, bezpieczne. Jasne, to tylko i wyłącznie pozytywny trend, ucieczka od toksycznego wzorca uzależnionego od wszystkiego rockmana, wciągającego i pożądającego wszystko, co się rusza.
Świadomość współczesnych idoli jest być może największą lekcją wyciągniętą ze wszystkich grzechów tego zepsutego muzycznego świata, popełnianych od zarania dziejów, od narodzin gatunku. Większa od najbardziej epokowego albumu czy zmieniającej świat solówki i trasy. Co jednak z tego, skoro wszystko, co bezpieczne jest na dłuższą metę nudne. Możemy zachwycać się każdą nową kapelą, która na nowo kombinuje na gitarach po swojemu, ale – poza paroma wyjątkami – osobowościowo nie ma najmniejszego znaczenia, kto w tym zespole gra. Największego zawodowca rozpoznamy od razu po muzycznym stylu, ale czy postawimy go obok Jaggera, Slasha czy Gallaghera?
Nie na bezpiecznej, osobowościowo sterylnej podstawie budowane były dekady bezczelnego, bezkompromisowego, wysokooktanowego rock and rolla. I tego świadectwem jest właśnie powrót Oasis. Którzy też nie są święci. Każdy chyba zdaje sobie sprawę z tego jak wielkim finansowemym skokiem była ta wyczekiwana od lat reaktywacja. Jednak jest coś w tych riffach, w tych stadionowych hymnach, będących juz przecież w epoce reminiscencją dawnych lat i świadomą powtórką z rozrywki, coś, co nawet po trzech dekadach dalej porywa tłumy.
Oasis byli być może jedną z ostatnich gitarowych kapel o zasięgu masowym. Wędrującą w ogólnej wyobraźni muzycznego fana daleko poza świat koncertowych freaków. I chyba w tym tkwi sedno sprawy – nie chodzi o to, że tęskniliśmy tylko za Liamem i Noelem, ich obecnością na światowym rynku, ale za pewnym mitem, którego bracia są jednymi z ostatnich strażników. Szczerze czy nie, oni zdają się znać, podobnie jak najwięksi, sekret starej dobrej sztuczki zwanej rock and rollem. A jest to wiedza tajemna, która dla wielu współczesnych wykonawców gatunku, choćby i najbardziej zdolnych i pomysłowych, zawsze będzie niedostępna i niezgłębiona.
Autor: Kuba Banaszewski