Braterska siła nie do pokonania, czyli Kings of Leon w Łodzi – relacja

kings of leon łódź atlas arena

Kings of Leon – Łódź, Atlas Arena (17.06.2026r.) org. Prestige MJM

Kings of Leon byli przez lata nazywani przez wielu synonimem scenicznej powściągliwości. Nawet gdy odnosili swoje największe sukcesy, wchodzili na scenę, robili swoje, jechali dalej. Bez wzniosłych emocji, których przecież nie brakuje w ich pełnych żaru kompozycjach. Taki obraz kapela z Nashville zachowała również wśród polskich fanów, którzy wielokrotnie wspominali ich pierwsze wizyty w Polsce jako bardzo zachowawcze i bezpieczne, choć niepozbawione też muzycznej jakości. Jeśli było w tym niegdyś trochę prawdy, to jest to wersja już od jakiegoś czasu nieaktualna. Dziś bracia Followill są raczej gwarantem świetnej rockowej zabawy w najlepszym wydaniu, a wierny najwspanialszym tradycjom arenowy rock drzemie w ich krwi. Udowodnili to dwa lata temu na wspaniałym koncercie w Krakowie i potwierdzili też teraz podczas show w Łodzi, które z tamtym wieczorem stanowi podsumowanie tego, czym obecny od wielu lat na scenie zespół może stać się w chwili swojej drugiej młodości.

Bo choć koncert w łódzkiej Atlas Arenie był momentami wierną kalką i powtórzeniem tamtych patentów z ostatniej wizyty Kings of Leon w Polsce sprzed dwóch lat – od tego czasu rodzinna spółka braci Followill wydała jedynie krótką EP-kę, ostatni album „Can We Please Have Fun” z 2024 roku dalej przodował więc wśród nowości – wciąż był to wspaniały, orzeźwiający przelot przez bogatą dyskografię ekipy z Nashville. I najlepszy dowód na to, czym – przy pomocy prostych i wyrazistych środków – może być halowe rockowe show godne najlepszych aren.

Tym bardziej, że prędko, tuż po sympatycznej i wpisującej się w klimat wieczoru rozgrzewce z austriackim duetem Cari Cari, Amerykanie, meldując się na scenie bez słowa, ruszyli z kopyta przez sięgające dalekiej przeszłości szlagiery. Co prawda łódzki wieczór rozpoczął się od „Supersoaker” z przebojowej płyty „Mechanical Bull” z 2013 roku, ale chwilę później zespół niczym rozpędzająca się z każdą kolejną piosenką machina, sięgnął pod kultowy „The Bucket” czy mocno gitarowy i przestrzenny „On Call” sprzed niemal dwóch dekad. Szybko tez popularni Kingsi wyciągnęli z rękawa pokaźny zestaw mocno wyczekiwanych hitów – z pamiętnego i najbardziej masowego albumu „Only By The Night” z 2018 roku usłyszeliśmy w Łodzi najwięcej, bo aż pięć kompozycji i większość już w pierwszej części show. Sekwencja następujących po sobie przebojów „Revelry”-„Manhattan”-„Use Somebody” niejednego wiernego fana przeniosła do czasów beztroskich chwil na letnich festiwalach, których Kings of Leon byli niegdyś najgorętszymi gwiazdami. Dziś, ekipa pod przywództwem wokalisty i lidera Caleba Followilla, którego głos nie zmienił się nic a nic od czasu ich największych studyjnych sukcesów, jest już raczej dojrzałym zespołem, który zna swoją historię i wartość. Muzycy z wiekiem nie tylko zyskali też mocno na doskonałym instrumentalnym zgraniu, ale przede wszystkim nabrali do siebie i swej muzycznej opowieści dystansu, który pozwolił im z nieskrywaną frajdą sięgać po kolejne utwory.

„Gdy przyjechaliśmy do Polski, od razu wyszło słońce” – rzucił w pewnym momencie, wyjątkowo jak na siebie rozgadany wokalista, który może i tak nie za często, ale wciąż wystarczająco, by zachować balans między nieudawaną konferansjerką a muzycznym skupieniem, zagadywał łódzką publiczność. A gdy Kingsi sięgali po te najmocniej kochane utwory ze swojej dyskografii, wszelkie słowa były zbędne. Zaczarował szczególnie psychodeliczny „Closer”, świetnie swym nietypowym jak na zespół z Nashville brzmieniem, wyważający klimat pomiędzy skupionymi balladami i rockowymi odlotami. Dopełnieniem całości była oszczędna, acz skuteczna oprawa wizualna, udowadniająca, że sprawne operowanie światłem i kolorami, zręcznie zastąpić może sceniczne fajerwerki.

Z najnowszej EP-ki zespołu usłyszeliśmy jedynie jedną kompozycję – kosmiczne „To Space” na pierwszy z bisów – miejsce wrzuconych między perły z przeszłości muzycznych premier wypełniały więc utwory z udanego albumu „Can We Please Have Fun”, którego tytułowa mantra jak nic innego, najlepiej podsumowuje dzisiejsze podejście zespołu do wspólnego grania. Szkoda, że Kings of Leon szybko zapomnieli jak udanym albumem była jego poprzedniczka z 2021 roku – „When You See Yourself” – totalnie pominięta w łódzkiej setliście. Do tego oczywiście żelazna i obowiązkowa klasyka – świetnie odkopane „Black Thumbnail” jako zakończenie podstawowej części wieczoru – i na finał złote strzały wraz -z jak zwykle – wspaniale rozwijającym się „Knocked Up” oraz płomiennym „Sex on Fire”, które obudziło część nieosłuchanej publiki i przypieczętowało tym przebojowym akcentem kolejną wizytę braci Followill w Polsce. Wizytę jakże udaną, muzycznie nie zawsze tak oczywistą i spodziewaną, prezentującą spektrum ich największych scenicznych zdolności.

Trudno nie zgodzić się, że gdy Kings of Leon znajdują w naszym kraju przystanek swojej trasy – zawsze jest to małe święto przebojowej energii rocka, która wciąż ma pazur i moc. Sekretem jest tu chyba niedostępny wielu innym, podobnym im kapelom składnik. Najlepsze w muzycznym świecie braterstwo krwi. Wobec tej wyjątkowej scenicznej więzi trudno jest przejść obojętnie.

Autor: Kuba Banaszewski

Kings of Leon Setlist Atlas Arena, Łódź, Poland 2026

Zobacz także:

Szukasz czegoś konkretnego?
Skorzystaj z naszej wyszukiwarki!