BitterSweet Festival zaprasza do kolorowego świata przyjemnych przeżyć – relacja

bittersweet festival 2025 relacja

BitterSweet Festival – Poznań, Park Cytadela (14-16.08.2025r.) org. Good Taste Production

Myślę, że śmiało można to napisać – BitterSweet Festival, zapowiadany od ponad roku, spełnił oczekiwania spragnionych dobrej zabawy festiwalowiczów. Trzy dni pełne pozytywnych emocji, imprezowej atmosfery, dobrze nam znanej muzyki oraz letniego i kolorowego klimatu wypełnionego popem, elektroniką i rapem pokazały, że sierpniowa luka festiwalowa powstała po zniknięciu Kraków Live Festival i upadku FEST Festivalu, w końcu została wypełniona.

Pierwsze ogłoszenia nowego festiwalu zwiastowały spójne podejście do budowania line-upu i komunikacji samej marki, nastawionej na nostalgie, Y2K i ogólną milenialsową tęsknotę za czasami dorastania, kiedy to słuchaliśmy muzyki z walkmana, czytając BRAVO i czekając aż znajomi zadzwonią do domofonu, by wyciągnąć nas z domu. Przemyślana i zaplanowana identyfikacja sprawiała, że rosło zaciekawienie, ale też przeświadczenie, że może na naszych oczach rosnąć coś większego. Jednak jak dobrze nie wyglądałoby to na Socialach, to wszystko koniec końców musiało obronić się line-upem, który też był zapowiadany jako bardziej słodka niż gorzka podróż te 15, 20 czy 25 lat wstecz.

bittersweet festival 2025
Plakat BitterSweet Festival 2025

I pierwszy rzut artystów podostrzył apetyt i pozwolił mocniej zaufać temu projektowi. Nelly Furtado, Melanie C (niestety z dj setem), Rag’n’Bone Man czy Hurts, to nazwy, które potrafiły rozpalić nadzieję, że na tym festiwalu rzeczywiście spełniona zostanie pierwotna obietnica. Niestety szybko zapał ostudziło ogłoszenie Taco Hemingwaya jako drugiego headlinera BitterSweet, co kłóciło się z naszymi wyobrażeniami o międzynarodowym line-upie, bo spodziewaliśmy się w pierwszych linijkach tylko artystów, których ciężko u nas złapać. Ale więcej o polskich headlinerach na festiwalach napisaliśmy w osobnych artykule, więc ten wątek już zostawmy. Na szczęście kolejna paczka z Post Malone, Empire of the Sun czy Natashą Bedingfield znów rozpaliły ten festiwalowy ogień.

I choć całościowo skład BitterSweet ciężko byłoby umieścić w końcówce pierwszej i początku drugiej dekady XXI wieku, bardziej określając line-up jako mieszankę popu i elektroniki nastawionej na zabawę, to jednak nazwy kojarzące się z Y2K zrobiły w Poznaniu najlepszą robotę.

natasha bedingfield bittersweet festival 2025
Natasha Bedingfield na BItterSweet Festival

Pierwszym momentem, w którym poczułem bittersweetowy klimat, to był występ Natashy Bedingfield. Ta uśmiechnięta i pełna pozytywnej energii wokalistka, potrafiła zarazić publiczność swoim entuzjazmem, chociaż wydaje się, że widzowie zgromadzeni w Parku Cytadela sami byli niesamowicie otwarci na takie przeżycia. I choć sama angielska artystka dość dużą część setlisty poświęciła na znane wszystkim covery, to chyba ciężko przebić euforię, która zapanowała przy “These Words” i w szczególności przy kończącym całość “Unwritten”, będącym, słusznie z resztą, hymnem pierwszej edycji festiwalu, odśpiewanym przez kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt tysięcy gardeł. 

Koncert ten tylko jeszcze bardziej nakręcił mnie na występ Nelly Furtado, mającą zdecydowanie więcej hitów niż Bedingfield i która miała być tu główną reprezentantką nostalgii za latami zerowymi. “Promiscuous”, “Say it right” czy “Give it to me” – żaden z tych przebojów nie wybrzmiał jednak z taką siłą jak należy. Od początku Nelly miała problemy z odsłuchem, i to ponoć próby naprawienia tego wpłynęły na opóźnienie koncertu, a w trakcie koncertu artystka nieśmiało przyznała, że jest przeziębiona. I było to czuć dość mocno nie tylko kiedy mówiła, ale niestety kiedy wokalistka odpuszczała trudniejsze fragmenty, zbyt często wspierała się chórkami i rezygnowała z popisów wokalnych, co jest stałą częścią jej występów. “Broken strings” czy “All good things” zaśpiewane zostały ze sporym ograniczeniem, a sama Kanadyjka nie wyglądała na szczerze zadowoloną ze swojego występu, mimo, że dobrych chęci i starań nie można jej odmówić. I choć druga część koncertu wybrzmiała już nieco lepiej, to dalej ja nie będę w stanie uznać tego spotkania za udane i nie uratowała tego nawet imprezowa wersja “Maneater” kończąca cały występ z przytupem. Myślę, że Nelly Furtado stać na więcej, a my niestety dostaliśmy w Poznaniu ograniczoną przez problemy zdrowotne wersję wokalistki.

empire of the sun bittersweet festival 2025
Empire of the Sun zagrali najlepszy koncert pierwszej edycji BitterSweet

O żadnych problemach nie możemy mówić w przypadku Empire of the Sun, którzy zagrali najlepszy koncert tej edycji, dostarczając nam perfekcyjnie przygotowane show, gdzie scenografia, oprawa i kostiumy świetnie uzupełniały treść dostarczaną nam za pomocą kosmicznych i kolorowych dźwięków. Sam zespół brzmiał wyśmienicie, a dobrze dopasowana setlista, łącząca najnowszy materiał z największymi przebojami, sprawnie przeprowadzała nas między tanecznymi fragmentami, gitarowymi solówkami i elektropopowymi odlotami, tak charakterystycznymi dla tej grupy. W tym przypadku ich najważniejsze utwory, czyli “We are the People”, “Walking on a Dream” czy “Alive”, wybrzmiały już z należytym polotem i mocą, pokazując siłę marzycielskiej elektroniki niosącej ze sobą tak dobrze nam znane popowe melodie, które najlepiej sprawdzają się zaśpiewane z całą publicznością. Podczas tego koncertu mogliśmy poczuć kwintesencję tego festiwalu.

Pozytywnie wypadł również Post Malone, czyli główna gwiazda BitterSweet, który w Poznaniu zafundował nam podróż w kapeluszu, kraciastej koszuli i kowbojkach, gdzie wszystkie utwory Amerykanina dostarczone zostały w wersji country, chociaż dalej czuć było w jego utworach wyraźne wpływy popu, rocka i rapu. Sam artysta jest chyba w swojej najszczęśliwszej i najbardziej wdzięcznej erze, bo czuć było podczas tego koncertu dużo ciepła, nie tylko w muzyce napędzanej hawajską gitarą, ale również od rozgadanego Posta, dziękującego fanom za to, że dzięki nim może spełniać marzenia i robić to co kocha, co wyrażał również dając upust swoim emocjom w trakcie wykonywania kolejnych utworów. Taka wersja jego muzyki zdecydowanie zyskuje głębi, a sam wokalista może w niej swobodnie operować, płynnie przechodząc między gatunkami, jednak jednocześnie traci trochę na nośności i przebojowości. Jednak tym występem mógł przekonać niezdecydowanych, jeśli tylko akceptowali obecną formę aranżacji.

hurts bittersweet festival 2025
Hurts na BitterSweet Festival 2025

Dobrze zaprezentował się także Taco Hemingway, dla którego koncert w Poznaniu miał być jedynym występem w tym roku. Na szczęście Fifi mimo przerwy w koncertowaniu nie wyglądał na zardzewiałego i do stolicy Wielkopolski przyjechał w formie. Na szczęście też dla mnie, postanowił dość głęboko sięgnąć do początków swojej kariery odgrywając cały “Trójkąt warszawski” i kilka kawałków z “Umowy o dzieło”, jednocześnie odpuszczając wiele letniaczków, które uciekają od pozy tego ciekawskiego obserwatora, którego możemy znać z pierwszych płyt. Dodajmy do tego aktorów/tanczerzy odgrywających scenki zawarte w tekstach i całą oprawę, a dostaniemy koncert nie odbiegający wcale od standardów, do których przyzwyczaiły nas zagraniczne gwiazdy, a może część z nich nawet przebijające.

Z większych nazw na wyróżnienie zasługują też Hurts, pokazując odpowiednią proporcję między melancholijnymi wyciskaczami łez, a przebojowym synthpopem, który w pełnym słońcu wybrzmiał z nieco mniejszym ciężarem emocjonalnym, a z większym luzem podkreślającym festiwalowy klimat. Hurts brzmieli tu jak koncertowi wyjadacze dobrze znający sztukę oczarowywania dużej publiczności, dzięki czemu ich występ można zaliczyć do bardzo udanych, chociaż chciałbym zobaczyć ich jeszcze w bardziej nastrojowym anturażu.

roszalie bittersweet festival 2025
Roszalie to moje odkycie BitterSweet Festival

Mocnym punktem line-upu BitterSweet, chociaż dla mnie mało porywającym, były popowe wokalistki. Julia Wieniawa postawiła na taneczne show, Loreen na swój mocny wokal łączący się z radiowym brzmieniem, Ella Eyre mimo wielu wpływów w swojej muzyce najlepiej wypadała w przebojowej wersji, Nxdia dała nadzieję, że połączenie popu z rockiem w stylu Olivii Rodrigo może przynieść nową falę gitarowych dziewczyn, a Sara James potwierdziła swój talent, jednak mi brakuje u niej wyraźnego postawienia na konkretne i wyróżniające się brzmienie.

Na BitterSweet dużo do powiedzenia miała też elektronika, gdzie pośród sporej grupy DJów, można było znaleźć perełkę, którą była grupa Roszalie, prezentująca najciekawsze brzmienie budowane na żywo przy pomocy perkusji i syntezatorów tworząc gęsty i taneczny, ale też przybrudzony klimat. Mel C postawiła na stworzenie dla nas bittersweetowej playlisty zawierającej największe hity ostatniego ćwierćwiecza, które rozpaliły publiczność do tańca, Peggy Gou starała się dostarczyć na Mainie klubowego i house’owego charakteru, Duke Dumont tylko fragmentami zahaczał o swoje piosenkowe przeboje, a zastępujący Rag’n’Bone Mana, ⅓ Rudimental brzmiał dla mnie trochę jak festiwalowe tło, ale i tak nie ma co się czepiać do zastępstwa znalezionego w jeden dzień. Tutaj trzeba wyróżnić dwóch szaleńców, którzy stawiali na wyjątkowość swoich koncertów. Salvatore Ganacci jako cel postawił sobie zabawienie publiczności, a Marc Rebillet na interakcje z fanami, które były podstawą budowania kolejnych utworów.

Two Feet to jeden z nielicznych występów, gdzie na pierwszym planie była gitara

Na koniec zostały nam jeszcze gitary, których nie było ich za dużo na tym festiwalu, a frekwencja podczas każdego z tych koncertów pokazuje, że BitterSweet raczej nie powinien iść w kierunku rockowego grania w tak małych ilościach i lepiej szarpidrutów tu nie wrzucać. Two Feet byli jeszcze łącznikiem między elektroniką, popem, a gitarą, która tu dwoiła się i troiła, aby urozmaicić brzmienie wypełnione mocnym basem i nastrojowym wokalem. Tempesst, otwierający fesitwal zaprezentowali bardziej klasyczne brzmienie alternatywnego rocka, ale grając dla garstki osób, nie potrafili się mocniej przebić. I na koniec pozostają Viagra Boys, co do których spełniły się moje wszystkie przewidywania. Szwedzi wjechali w nas swoim surową, nieprzewidywalną i nonszalancką wersją punku, która dawała paliwo dla śmiałków chcących dać się porwać gitarowemu szaleństwu. Bez zaskoczenia była ich dobra forma, jak i jedna z najsłabszych frekwencji na Enea Stage udowadniająca, że Viagra Boys byli tylko dziwnym eksperymentem na widzach, którzy zdecydowali się przyjechać do Poznania.

Najlepsze koncerty tej edycji?

  1. Empire of the Sun
  2. Viagra Boys
  3. Roszalie
bittersweet festival 2025
Widzowie oglądający koncerty na głównej scenie

Pogadajmy jeszcze o samym wyglądzie festiwalu i jego organizacji, co jest tym bardziej ważne, że mówimy tu o debiutanckiej edycji, gdzie nie wiedzieliśmy jeszcze czego się spodziewać. Samo pierwsze przejście po terenie festiwalu mieszczącego się w poznańskim Parku Cytadela, od razu robiło wrażenie przygotowaniem i zadbaniem o szczegóły i jak najlepsze wypełnienie dostępnej przestrzeni, gdzie każda strefa była ozdobiona i miała czym zaciekawić łącząc się w jedną spójną całość. Skojarzenia z kolorową oprawą FESTa jak najbardziej trafione. Wszystko dookoła budowało klimat pozytywnych emocji i dawało możliwości na relaks, zabawę, ale też odkrywanie przygotowanych niespodzianek. Stref gastro i alkoholowych było wystarczająco i raczej nie brakowało miejsca na spokojne skonsumowanie jedzenia i picia. Przy takich temperaturach trzeba też dbać o nawodnienie i tutaj bardzo duży plus za możliwość wniesienia zamkniętej wody na teren festiwalu, co niestety u nas nie jest standardem, a powinno być. Dodatkowo dostępne były trzy punkty z wodą pitną, gdzie można było skorzystać z darmowej wody. Tutaj mała uwaga, tego nigdy za wiele, bo nawet przy takim obłożeniu praktycznie cały czas były kolejki i wydaje się, że można było to jeszcze lepiej rozplanować. Organizatorzy zadbali też o małe rzeczy, typu duża mapka festiwalu i rozpiska godzinowa koło Maina, Safe Spoty czy ekran koło Enea Stage, na którym mogliśmy podpatrzeć co się dzieje na głównej scenie. A jej umiejscowienie w dolnej części parku dawało wystarczająco miejsca, żeby wszystko dobrze widzieć, a ludzie chętnie korzystali z przestrzeni koło napisu “bittersweet”, która zamieniła się w mini trybuny.

Odległości między czterema scenami było dość małe, więc teoretycznie poruszanie się po festiwalu nie powinno stwarzać problemów, ale to co nadawało wszystkiemu klimat i pomagało poprawić wizualne doznania, czyli sam teren parku, stwarzało też największe jego problemy. Tutaj chyba wszyscy się zgodzą, że wąskie przejście z Maina do drugiej festiwalowej części generowało bardzo duże korki, w szczególności po zakończeniu każdego koncertu na scenie głównej. Szerokie na dwa, może trzy metry schody otoczone zielenią już od początku powinny zaświecić czerwoną lampkę. Dodajmy do tego ludzi stojących na stopniach i brak jakiejkolwiek kontroli nad ruchem i mamy przepis nachyba największą festiwalową irytację, w szczególności kiedy po wydostaniu się z jednej pułapki wchodziliśmy w wąską uliczkę z foodtrackami ustawionymi wzdłuż głównej ścieżki i kolejne korki. Tutaj zdecydowanie przydałaby się lepsza komunikacja i oznaczenie, bo można było ten tłum lepiej rozłożyć. Sam wolałem z Maina wycofać się na tył i przejść na górę mniej popularną ścieżką, na której nie było praktycznie w ogóle kolejek, a następnie obejść większość terenu dookoła, kierując się na Enea Stage. Myślę też, że festiwalowicze spokojnie by przeżyli bez tych 3 czy czterech budek, które powodowały tu kolejne problemy. Przeszkadzać mogły też strefy sponsorskie umiejscowione przy scenie głównej, które sprawiały, że można było dostać zawrotu głowy słysząc dźwięki z kilku różnych stron. Mam wrażenie, że zostało to nieco poprawione po pierwszym dniu, tak samo jak liczba rozstawionych śmietników, co wskazywałoby na sprawne reagowanie na opinie ludzi. Patrząc jeszcze na standard całej organizacji, aż dziwnie było bez WC Tron, czyli toalet o wyższym poziomie niż znane nam wszystkim ToiToie, szczególnie, że coraz więcej wydarzeń zaczyna z tego korzystać.

 

I biorąc pod uwagę całość, mam wrażenie, że są to raczej błędy pierwszej edycji, które powinny zostać naprawione przy kolejnej okazji, a już wiemy, że BitterSweet powróci również w przyszłym roku. Jeśli druga odsłona ponownie przyniesie duże zagraniczne nazwy, a całość zostanie utrzymana w klimacie popu i elektroniki, to BS ma bardzo duże szanse na zbudowanie sobie lojalnej publiki, która szuka letniego wydarzenia ze znanymi artystami, na którym będzie można się wyszaleć i poczuć ten upragniony kolorowy świat festiwali, gdzie można po prostu dobrze i przyjemnie spędzić czas, zabierając przy tym część publiki choćby Open’erowi czy OWF, które przyciągają jednak głównie line-upem, a nie całą otoczką dookoła, która tutaj mocniej zapada w pamięć. BitterSweet pokazał, że jest miejsce na taki festiwal, a organizatorzy, że wiedzą jak ten popyt wykorzystać.

Autor: Grzegorz Słoka

Zobacz także:

Szukasz czegoś konkretnego?
Skorzystaj z naszej wyszukiwarki!