„Bare Bones” po raz pierwszy w Polsce. Intymny koncert Bryana Adamsa w katowickim NOSPR-ze – relacja
- 29-06-2026
- Kuba Banaszewski
Bryan Adams – Katowice, NOSPR (21.06.2026r.) org. DM Agency
Koncerty Bryana Adamsa w Polsce w ostatnich latach stały się już normą. Powtarzalnym świętem muzyki i pokazem najlepszej scenicznej klasy, które zawsze dostarcza fanom wiele emocji. To, że dziarski Kanadyjczyk chętnie i ochoczo powraca do naszego kraju zdążyło już przyzwyczaić wszystkich zainteresowanych, tym bardziej, że artysta promuje w niekończącej się trasie już któryś z kolei album, dostarczając nam wciąż i wciąż nowych muzycznych emocji. I tak jak koncerty Adamsa za każdym razem są niesamowicie energetyczną pigułą szczęścia, która w odpowiednich dawkach winna być reglamentowana dla utrzymania odpowiedniego poziomu radości i pogody ducha, tak każdy nowy element w jego bogatej, scenicznej ofercie, jest zawsze mile widziany. Tym bardziej, jeśli kolejna już z kolei okazja, okazać się może bardziej niż wyjątkową.
Tak bez wątpienia było w przypadku unikalnego, niemal w całości solowego projektu 66-letniego muzyka. „Bare Bones” to dobrze znana wśród fanów od wielu lat formuła, która w obdarty z rockowego blichtru sposób, przedstawia bogaty katalog kanadyjskiego artysty, na który składa się już niemal pół wieku na scenie. Bryan samotnie na czele tego w większości jednoosobowego projektu – na scenie towarzyszy mu jedynie jeszcze pianista i wieloletni sceniczny kompan Gary Breit, tak też i było w Polsce – jest tym samym charyzmatycznym frontmanem, który ma za sobą sprawdzoną w bojach muzyczną trupę. Tym razem jednak przed mikrofonem stoi sam, tak korzennie solowy jak to tylko możliwe, mając do dyspozycji jedynie siłę swego głosu, moc gitary i śmiałość i charyzmę, która zbudowała jego legendę. Akustycznie, wciąż z największymi przebojami, ale też i z dawno niesłyszanymi perełkami ze swojej bogatej dyskografii, Bryan po raz pierwszy w historii zjawił się w tej odsłonie w naszym kraju. I choć od jego ostatniego regularnego koncertu w Polsce minęło zaledwie pół roku, i mniej więcej tyle samo trzeba odliczyć do kolejnej sztuki (Adams zagra pod koniec roku w Gliwicach), to dwa intymne wieczory – najpierw w krakowskiej sali ICE, dzień później w przestrzeniach katowickiego NOSPR-u – stały się nie lada gratką, nawet dla najwierniejszych fanów wokalisty, którzy mierzyli się już z jego muzyką na żywo niejeden raz.
Każdy koncert w jednej z tych sal to za każdym razem niemałe święto muzyki, okazja tym bardziej była wyjątkowa, jeśli podziwiać w nich mogliśmy artystę pokroju Adamsa. Takie wieczory nie zdarzają się często. W katowickim NOSPR-ze Bryan zameldował się w niedzielę 21 czerwca, by oczarować magią swojego niezwykłego projektu i siebie i nas. Bo trzeba przyznać, że Kanadyjczyk od samego początku, od pierwszego wejścia na jedną z najwspanialszych – bez krzty przesady – sal koncertowych na świecie, nie krył wyjątkowości tej chwili, podkreślając tym samym, że nawet jemu nie zdarza się codziennie grać w tak urokliwych i przystosowanych do tego przestrzeniach. Gromkie brawa wypełnionej po brzegi sali, i przed i za mikrofonem muzyka („Nie zdarzyło mi się jeszcze grać dla publiczności, która widziałby tylko mój tyłek”), wywołało już samo wejście Adamsa – między fanami, po schodach i wśród sektorów. Mówi się, że najlepszych poznaje się po tym jak kończą. Bryan już na samym początku ustawił temperaturę swojego solowego show, pokazując wszystkim, po której stronie stoi. Po stronie fanów.
Bo i przez cały wieczór nie brakowało momentów, które zbliżałyby nas do niego jeszcze mocniej niż zazwyczaj, a trzeba pamiętać, że Adams jest jednym z najbardziej czujnych i wyczulonych na interakcję z publiką liderów. Nie brakowało więc i dedykacji, pamiątkowych zdjęć, nawet licznych autografów – Kanadyjczyk dał jasno do zrozumienia, że jest tu dla nas, a intymny charakter jego show miał na celu zburzenie wszelkich murów, jakie mogą wyrosnąć między artystą a fanami. Oczywiście najważniejszym spoiwem tego wszystkiego była muzyka – nieśmiertelna, urokliwa, wzruszająca i nieraz zaskakująca.
Bo, gdy koncert zaczyna się już tak mocnym uderzeniem jak – nawet w akustycznej wersji – płomienne „Run to You”, nie może być mowy o błędach. Bardzo sprytnie przemyślana całość i akcenty, którymi kierownik tego muzycznego zamieszania operował z największą precyzją, doświadczeniem i przede wszystkim nieskrywaną uciechą, trafiały za każdym razem w samo sedno. Bryan zagrał chyba wszystko, co miał najlepszego w zanadrzu i wszystko, co najmocniej kocha, nie tylko polska, publiczność. Od najwspanialszych hitów („Here I Am” i „Please Forgive Me” już na samym początku wieczoru, „Heaven” w końcu, mimo iż akustycznie, w wersji najbardziej od lat zbliżonej do oryginału), po zaskakujące powroty („I Finally Found Someone”, niegdysiejszy duet z Barbrą Streisand) i utwory, które nawet w kameralnym wnętrzu katowickiej sali wybrzmiały z iście stadionową mocą (rozśpiewane „Cuts Like a Knife” czy „Back to You”). Każda z nich poprzedzona czy to osobistym wstępem czy wyjątkową historią. Adams nie oszczędzał nam wątków personalnych, wspominając m.in. polskie korzenie swojej rodziny.
„Jeśli chcesz zostać muzykiem, lepiej zrób to dobrze”, powiedziała kiedyś Adamsowi jego matka, co chętnie i z humorem przytoczył wśród jednej z niezliczonych anegdot, które pojawiały się w Katowicach między kolejnymi piosenkami, wprowadzając nastrój intymnego i przyjacielskiego spotkania. Kto jak kto, ale Bryan Adams z pewnością nie zawiódł swej rodzicielki. Nie zawiódł też, jak zwykle, polskiej publiki. W ostatnich latach naprawdę mało kto odwiedza nas równie często, co energiczny Kanadyjczyk. I nawet w wydaniu tak wyjątkowym, wydawałoby się wręcz ekskluzywnym, dalej dowodzi swej wielkiej klasy. Taka to jest bowiem trasa, „Bare Bones” pozwala Adamsowi grać w najlepszych salach i być jeszcze bliżej swojej wiernej publiczności. I nie sposób nie dostrzec tego, że on tego potrzebuje, karmi się tym i kocha scenę nad życie. Inaczej nie byłoby to tak szczere i oddane nam z pełną świadomością. A czujności, uważności i umiejętności oddania siebie – nie sprzedania – na scenie, mogliby się od niego uczyć najwięksi frontmani tego świata. Bo pomiędzy największymi, oklepanymi nieraz przebojami, są rzeczy nienazwane, w których Adams jest niekwestionowanym czempionem.
Dzięki artystom takim jak on, magia muzyki na żywo nie umiera. A on robi to wszystko dla nas. Z nieskrywaną i obopólną przyjemnością. Nasz dobry kumpel Bryan.
Autor: Kuba Banaszewski