Fontaines D.C. ruszają na podbój hal – relacja z koncertu w Łodzi
- 01-11-2026
- Kuba Banaszewski
Fontaines D.C. – Łódź, Atlas Arena (31.10.2026r.) org. Alter Art
I choć widzieliśmy ich już zarówno w klubach, jak i na wielu festiwalowych scenach, tego dnia trzeba było pojawić się w Łodzi. By razem z Fontaines świętować triumf, którego drogę mogliśmy obserwować na własne oczy.
Tłumy zmierzające do łódzkiej Atlas Areny, zamiast na jakąś halloweenową imprezę, mówiły same za siebie. W kolejce do wejścia na koncert można było dostrzec zarówno fanów, którzy śledzą zespół od samych jego początków, jak i nową falę głodnej wrażeń publiczności, wychowanej na frazie „Maybe romance is a place” (czy koszulki z okładką czwartego krążka kapeli są dziś nowym wcieleniem spranego „Unknown Pleasures”?).
Nie da się ukryć, że – podobnie jak podczas tegorocznego koncertu Deftones w tym samym miejscu – dominowała bardzo młoda publiczność. I świetnie, bo kiedy ostatnio mieliśmy do czynienia z tak mocnym uderzeniem ze strony wciąż świeżej rockowej kapeli, która przyciągałaby zupełnie nowych odbiorców?
Zdaje się, że Fontaines D.C. są kolejnymi „zbawcami” gatunku, podobnie jak kiedyś The White Stripes czy Arctic Monkeys – zespoły, które wiele lat temu, w czasach ukształtowanego już i nieco wysłużonego gitarowego grania, próbowały z powodzeniem dołożyć do niego własną cegiełkę, przebijając się do mainstreamu. Dwie dekady temu robiły to właśnie one, dziś ich rolę przejmują Dublińczycy. Przede wszystkim przyciągają młodych ludzi, którzy – podobnie jak ich rodzice i dziadkowie – mają swój ulubiony rockowy zespół, bazujący na dobrej muzycznej tradycji, a jednocześnie idealnie wpisujący się we współczesne nastroje.
Fontaines D.C. mają jeszcze jedną tajną broń, tak niedostępną dla wielu podobnych im kapel współczesnej sceny, która umiejętnie przyciąga do nich zarówno młodych fanów, jak i tych, którzy słyszeli już wszystko. Świetne piosenki. Melodie i zabójczo chwytliwe hooki. Rockowe przeboje w świecie, w którym instytucja gitarowego singla zdawała się przepaść na zawsze. Udało im się opanować niełatwą sztukę zamykania stadionowych refrenów w dusznych, alternatywnych ramach. Ich nośność jest niepodważalna. Na nowej płycie część fanów mogłaby nawet stwierdzić, że w paru momentach poszli o krok za daleko, ale Fontaines świadomie, w czasach gdy muzyka różnej maści zalewa nas zewsząd w ilościach nie do przetworzenia, wiedzą, jak zatrzymać nas przy sobie na dłużej.
Po raz pierwszy wydaje się, że można było to odczuć również na żywo, w zestawie przygotowanym na tegoroczną trasę. Fontaines mają już tyle rozpoznawalnych i uwielbianych przez fanów utworów, że setlista każdego wieczoru mogłaby wyglądać inaczej, a i tak każdy mógłby wymienić jeszcze kilka swoich ulubionych numerów, których w tej układance zabrakło. To również przywilej największych. Oczywiście muzycy skupiają się teraz przede wszystkim na promowaniu nowego albumu, co znalazło odzwierciedlenie w setliście łódzkiego koncertu (zabrakło tylko dwóch kompozycji, byśmy usłyszeli całe „Dopamine Chamber”).
Zanim jednak Irlandczycy przejęli scenę w rytm rozedrganego, singlowego „Tongue”, należała ona do kolegów po fachu z Belfastu – postpunkowego tria Chalk (nie zapominajmy o świetnym perkusiście!), którego występ umknął mi podczas tegorocznej edycji OFF Festivalu. Ich podkręcona, momentami przyjemnie elektroniczna mieszanka gitar i tanecznych rytmów w stylu Nine Inch Nails, mimo początkowego falstartu, stopniowo nabierała rozpędu i zmierzała w całkiem przyjemnym kierunku. Koncert otwieraczy był tym przyjemniejszy dla ucha, im częściej lider i wokalista porzucał stylówkę Kurta Cobaina na rzecz pozy Trenta Reznora. Irlandczycy ostatecznie dobrze wywiązali się ze swojej roli, nie pozostawiając jednak zbyt wielkiego apetytu na więcej. Wszyscy czekali bowiem przede wszystkim na danie główne.
„I stepped into an avalanche, it covered up my soul…” – faktycznie, od tych dźwięków przeszywającego utworu Leonarda Cohena, przy którym muzycy pojawili się na scenie, rozpoczęło się autorskie show Fontaines D.C. Całość zgrabnie i nienachalnie dopełniały wizualne efekty godne zespołu tej rangi. A przecież jeszcze niedawno wystarczała im zaledwie płachta z logo zespołu za plecami. Tak szybko dorastają. Równie szybko przeszli do rzeczy, bo po premierowym wstępie od razu przycięli gitarowym „Here’s the Thing”.
Utworów z „Romance” oczywiście nie brakowało. Zaraz potem zaserwowali pierwszy z gęstych strzałów w postaci „Nabokov”, czym wywołali zarówno uśmiech, jak i przyjemny skręt wnętrzności szalikowców albumu „Skinty Fia”, po latach chyba mojego ulubionego spośród wszystkich płyt Fontaines D.C.
Zazwyczaj wycofani i wyalienowani w swoich scenicznych pozach muzycy w Łodzi wydawali się bardziej otwarci – zarówno na siebie nawzajem, jak i na fanów. Raz po raz wymieniali uśmiechy i wchodzili w zespołowe interakcje. Wysunięty najbardziej do przodu wokalista i lider Grian Chatten obowiązkowo podsycał publiczność do wspólnych śpiewów i gromkich reakcji, często pojawiając się na iście gwiazdorskim wybiegu, będącym przedłużeniem sceny. Nie obyło się wprawdzie bez lekkich zgrzytów i drobnych problemów z jego wokalem w kilku miejscach (nieco zagubione, a przecież tak wyczekiwane „Marianne”). Nic to jednak, bo to, czego Grian nie dośpiewał, przejęła za niego wyraźnie pozytywnie nastawiona i wciąż wygłodniała wrażeń publiczność. Fani wyśpiewywali razem z nim każdy wers każdej piosenki, choćby przebojowego „Jackie Down the Line”.
Cała reszta koncertu przebiegła już bez szwanku. Najlepsze momenty? Wspaniale rozwijające się i gromko wyśpiewane „In the Modern World”, powrót do nie tak przecież odległej przeszłości, a jednak do zupełnie innego świata i miejsca zespołu za sprawą buzującego „A Hero’s Death”, przygniatające swoim ciężarem „Big Shot” czy premierowe „Mimesis” z tak przyjemnym klawiszowym podbiciem, że śmiało przykryło ono na żywo studyjną wersję tego numeru. W końcu także osobisty faworyt z nowej płyty i cichy kandydat do miana przyszłego koncertowego pewniaka, czyli przebojowe „Demolition”, którego rozkręcający się refren wywindował wirujące w hali emocje do zenitu. Na tym końcowym etapie koncertu Fontaines, genialnie żonglując między sobą rolami i instrumentami, pokazali, dlaczego zasłużenie znaleźli się w tym miejscu i czasie. Z każdą kolejną nutą tylko podbijali stawkę, czego kulminacją było przepotężne wykonanie „Starburster”, wykrzyczanego z fanami do utraty tchu. Po tym nie było już co zbierać.
Nie mogło jednak zabraknąć bisów i dokładki. Jak na rasowy halowy zespół przystało, muzycy celowo dawkowali napięcie i powrócili na scenę z trzema nowymi kompozycjami oraz koncertowym klasykiem. Co prawda wybór akurat tych utworów na zamknięcie i podsumowanie koncertu nie był do końca trafiony. Otwierające album hipnotyczne „Six Shot Morning” wypadło świetnie, ale jeszcze lepiej sprawdziłoby się pewnie gdzieś na samym początku występu. Podobnie było z lekkim i zwiewnym „Japan” (to dalej świetny, popowy numer!), którego ulotny, może nieco zbyt miękki klimat wybił publiczność z rytmu po nokaucie, jakim zakończyła się podstawowa część koncertu. Wszystko to wynagrodziła jednak płomienna, wyczekiwana i miażdżąca wersja „I Love You”. To już koncertowy as w rękawie muzyków z Dublina, a wykrzyczane przez Chattena z mocą karabinu słowa dobitnie przypomniały nie tylko o gorzkim przesłaniu utworu, ale i o sile, jaką wciąż może mieć tekst piosenki. Tak grają najlepsi. I właśnie po tym poznaje się największych – nie jak zaczynają, a jak kończą.
Gdy rozedrgane emocje powoli opadały, zespół sięgnął jeszcze po ostatni akcent wieczoru – przepiękną balladę, która w tak poważnym i świadomym wydaniu nie zdarza się każdemu. Niejeden wielki zespół chciałby mieć w swoim repertuarze tak dojrzałą „pościelówę” jak „Where Is Gone?”, studyjny duet z Rosalią, który podniosłym tonem podsumował halowy debiut Fontaines D.C. na polskiej ziemi.
Grali w klubach i na festiwalach, których sceny z czasem stawały się coraz większe. A my dojrzewaliśmy razem z nimi, obserwując tę drogę na szczyt. Konsekwentnie, wbrew trendom, a zarazem w nurcie, który sami pomogli ukształtować, Dublińczycy wypracowali sobie – zarówno w studiu, jak i na scenach całego świata – zasłużoną dziś pozycję. Nie bójmy się tego powiedzieć: to najważniejszy rockowy zespół naszych czasów. Kto jeszcze sądził, że w gatunku, który umierał i był wymyślany na nowo dziesiątki razy, doczekamy się jeszcze tak świetnej kapeli?
Na koniec jeszcze trochę prywaty. Dawno nie było zespołu, który od samego początku zapowiadałby się tak dobrze i tak znakomicie spełnił pokładane w nim oczekiwania. Pamiętam dokładnie, na której domówce opowiadałem znajomym o nowej, świetnej kapeli, której koniecznie muszą posłuchać. Pamiętam dokładnie emocje, jakie towarzyszyły mi przy pierwszej okazji, gdy zobaczyłem ten zespół w akcji. I gdy po raz pierwszy muzycznie mnie znokautowali. Przez ostatnie lata Fontaines stali się częścią naszej muzycznej wyobraźni, zaznaczając swoją obecność równie mocno jak ich najznakomitsi poprzednicy i wyraźne wzorce.
Możliwość obserwowania ich drogi na szczyt niemal od samego początku to prawdziwy przywilej. Wydawało mi się, że takich kapel w moim ulubionym gatunku, na którym wyrosłem i który mnie ukształtował, już po prostu nie robią. Bez względu na to, jaki artystyczny ruch wykonają następnym razem, mają moje pełne zaufanie i uwagę. Stałem pod festiwalowymi scenami, na których grali za dnia, gdzieś na początku stawki. Dziś są głównymi gwiazdami tych samych imprez, ale jedno się nie zmieniło. Niesamowita moc zawarta w ich kompozycjach wciąż uderza we mnie z taką samą siłą.
Autor: Kuba Banaszewski