„Za tych, co już wystąpić nie mogą” – gwiazdorskie show Hollywood Vampires w Łodzi – relacja

hollywood vampires łódź atlas arena 2026

Hollywood Vampires – Łódź, Atlas Arena (10.09.2026r.) org. DM Agency

Wyobraźcie sobie koncert, na którym duchy przeszłości „dosłownie” zstępują na scenę, a rzeczywiste wspomnienia odżywają. I to nie tylko nasze – fanów – związane z osobistymi historiami, gdy konkretne utwory pisały do nich swe muzyczne tło, ale i wykonujących je muzyków, którzy na estradach całego świata widzieli już wszystko. Takim projektem, niewątpliwą supergrupą w pełnym znaczeniu tego słowa, jest Hollywood Vampires – najbardziej gwiazdorska trupa najbardziej przebojowego rockandrollowego objazdowego cyrku na świecie. Bo jeśli w jednym składzie mamy takie legendy rockowego świata, jak Alice’a Coopera oraz Joe Perry’ego, do tego w towarzystwie znakomitych muzyków i samego Johnny’ego Deppa, nie ma mowy o przypadku. Tu legendy wspominają legendy. Hollywood Vampires składają najlepszy hołd echom najsłynniejszej rockowej przeszłości, niepowetowanym przedwczesnym stratom i całemu zgiełkowi, który z czasem zamienił się w muzyczny mit. Słowem, wszystko to, za co od lat kochamy ten napędzony gitarowym riffem i mocnym podbiciem perkusji gatunek. Nie tylko ze względu na zaawansowany wiek swoich najznamienitszych przedstawicieli, znajdujący się obecnie na wymarciu.

Hollyood Vampires po raz trzeci odwiedzili Polskę – poprzednio muzycy zagrali w 2018 roku w warszawskim Torwarze i cztery lata później w Dolinie Charlotty – tym razem zahaczając o łódzką Atlas Arenę. I to na sam koniec swojej tegorocznej trasy. Z tego względu, ale i paru innych okazji, był to wieczór zaiste wyjątkowy. Może i razem mają już ponad 300 lat, ale jak nikt drwią, dosłownie, z uroków upływającego czasu. To mogła być impreza z cyklu „powspominajmy starych druhów” – i trochę tak też było, wycieczek w odległą przeszłość tu nie brakowało – gdyby nie fakt, że legendarny trzon tej rockowej supergrupy dalej, mimo upływu lat, wciąż dziarsko pokazuje, czym jest „stara szkoła”.

hollywood vampires łódź atlas arena 2026
Alice Cooper jest świetnym frontmanem

Dla 78-letniego (!) Alice’a Coopera czas już dawno się zatrzymał i możemy tylko żałować, że Amerykanin w ostatnich latach solowo omija nasz kraj – mistrz szok rocka jest w znakomitej formie, co pokazał zasięgiem swojego niesłabnącego głosu i wybitną żonglerką scenicznymi emocjami. Czy to w niekończącym się maratonie coverów czy w kilku solowych przebojach, w tym ekstatycznym finale w rytm nieśmiertelnego wakacyjnego hymnu „School’s Out” z cytatem z Pink Floyd. Cooper przez lwią część show szalał na scenie i przeczył wszelkim prawom fizyki, biologii i medycyny. W odróżnieniu od dawnych kompanów, którym poświęcone było rockowe misterium Hollywood Vampires, on wiedział kiedy powiedzieć „stop”. I zawarł z upływającym czasem szokujący deal, bo tak śpiewać w tym wieku to prawdziwy cud. Mało wspomnieć tu mocny, solowy strzał w „I’m Eighteen”, który ustawił początek koncertu na właściwych torach – od szalejącego Alice’a, niezmiennie w swoim wymyślnym scenicznym wcieleniu, nie wychodzącego z roli nawet na sekundę – czy słowną karuzelę w „Walk This Way” z repertuaru Aerosmith, gdzie wokalista godnie i z werwą zastąpił rzadko już widywanego na estradzie Stevena Tylera.

hollywood vampires łódź atlas arena 2026
dobrze było zobaczyć na scenie Joe Perry'ego

No właśnie, obok dziarskiego Coopera swoją obecność podczas łódzkiego koncertu najmocniej zaznaczył właśnie gitarzysta amerykańskiej legendy rocka z Detroit – obchodzący w dniu polskiego show swoje 76. urodziny Joe Perry – który momentami może i wyglądał jakby próbował tańczyć na własnym grobie – z drugiej strony zza siwej grzywy dalej spoglądały łobuzerskie oczka młodzieniaszka – ale w czasach, gdy na powrót Aerosmith raczej już nie ma co liczyć, on niesie tę tradycję dalej. Nie lada gratką było usłyszeć znów na żywo „Livin’ On the Edge” czy „Walk This Way” właśnie. Tym bardziej, że od ostatniego koncertu Aerosmith w Polsce minie niedługo dekada. Kto wie czy jeszcze kiedyś usłyszymy te nieśmiertelne przeboje na żywo w tym wykonaniu.

Obok nich, pozostający nieco w cieniu, jakby próbował ukryć blask swej gwiazdorskiej sławy, bijący się z Perry’m o miano najwierniejszej scenicznej kopii Keitha Richardsa, Johnny Depp. Gitarzysta miał tu co prawda niewątpliwą przewagę – dziarsko robi to już od pół wieku i wypracował w tym swój niepodrabialny, autorski sznyt, jednak grający na scenie rockmana aktor, spisywał się nadzwyczaj dobrze, przede wszystkim dzięki spontanicznym reakcjom i nieudawanej frajdzie z bycia na scenie. Depp, czy to w mrocznym wydaniu, gdy hollywoodzkie wampiry sięgnęły po sadomasochistyczny hymn The Velvet Underground „Venus in Furs” sprzed ponad pół wieku – tutaj trzeba przyznać, że jego mamroczący wokal bardzo zbliżył go zarówno do Lou Reeda, jak i kapitana Jacka Sparrowa – czy w ulotnej, niedoskonałej, ale na pewno poruszającej, wersji „Heroes” Davida Bowiego, udowadniał czym jest ujmująca niedoskonałość rock and rolla i mogąc stać na scenie ze swoim muzycznymi herosami i przyjaciółmi bawił się najlepiej jak dziecko w sklepie z cukierkami. Albo w fabryce czekolady.

hollywood vampires łódź atlas arena 2026
Alice Cooper i Joe Perry, czyli duet napędzający HV

A gdyby emocji i atrakcji było mało, muzycy wyciągali z rękawa kolejne asy. Perry zaczarował w gitarowym hołdzie dla Jeffa Becka w jego podniosłym „Beck’s Bolero” – jak sam przyznał ze sceny, był to ukłon dla „ulubionego gitarzysty wszech czasów” – Cooper dziarsko skręcił w bluesowe rejony, sięgając też po harmonijkę, w doorsowym „Roadhouse Blues” czy wieńczącym show „The Train Kept A-Rollin’” The Yardbirds, a Tommy Henriksen, gitarowy czempion, od lat obecny w zespole Alice’a, porwał wszystkich płomienną wersją wykrzyczanego i uwielbianego „Highway to Hell”. Te utwory się po prostu nie starzeją. Dojrzewają tylko niczym najlepsze wino i po latach brzmią tylko lepiej. Podobnie jak i wykonujący je muzycy, niektórzy dosłownie wchodzący w kolejny wiek swojego barwnego życia. Z okazji urodzin Joe Perry’ego, ale i zakończenia tegorocznego tournée, na scenie nie brakło życzeń, prezentów – gitarzysta Aerosmith zagrał tego wieczoru na nowym wieśle – a także tradycyjnego „Happy Birthday” i „Sto lat” wyśpiewanego przez fanów w nieagresywnie zapełnionej Atlas Arenie. Prawdziwe muzyczne święto! Masa wspomnień, świetna zabawa – czego chcieć więcej? Pełnokrwiste rockowe show dowodzone przez muzycznych wyrzutków, którzy cieszą się, że nie podzielili jeszcze losów kompanów, o których śpiewają. 

David Bowie. Bon Scott. Lou Reed. Jeff Beck. Jim Morrison. Keith Moon. Johnny Thunders. Podczas łódzkiego koncertu muzycy kłaniali się wielu, bili wręcz pokłony przed nieśmiertelnym rockandrollowym mitem. Sami pozostając w świetnej, godnej pozazdroszczenia formie. Bo dobrze wiemy, że to może i dla nas są ostatnie takie muzyczne chwile z nimi. Dobrze było się przekonać o tym na żywo. Takich bohaterów jak oni zostało nam już naprawdę niewielu. W takiej formie jak dziś zawstydziliby niejednego powstałego z martwych muzycznego wampira.

P.S. A historię tego, jak Smolik i Kev Fox zostali supportem Hollywood Vampires musicie przeczytać już sami – warto! Polsko-brytyjski kolektyw spisał się świetnie, w zdecydowanie podkręconym, mocniejszym wydaniu. Wiedzieli przed kim grają i naprawdę chciałoby się, by ich ledwo półgodzinny występ potrwał jeszcze chwilę. To chyba najlepsza recenzja przystawki przed tak gwiazdorskim daniem głównym.

Autor: Kuba Banaszewski

hollywood vampires łódź atlas arena 2026
gwiazdorski skład Hollywood Vampires
Hollywood Vampires Setlist Atlas Arena, Łódź, Poland 2026

Zobacz także:

Szukasz czegoś konkretnego?
Skorzystaj z naszej wyszukiwarki!