Popis muzycznych dinozaurów na Open’erze – relacja
- 08-07-2026
- Grzegorz Słoka
Open’er Festival – Gdynia, Lotnisko Gdynia-Kosakowo (1-4.07.2026r.) org. Alter Art
Ten Open’er zostanie ze mną głównie dzięki trzem nazwom – David Byrne, Nick Cave oraz The Cure. Trzech muszkieterów Open’era. Trzy koncerty legend, które pozamiatały konkurencję.
Tak jak sobota na tegorocznym Open’erze wyraźnie skierowana była do publiczności z generacji Z, tak pierwsze trzy dni, oczywiście wciąż gatunkowo różnorodne i rozpięte, były naznaczone występami muzycznych legend. Razem mają ponad 200 lat, nie licząc muzyków ich zespołów. A energii, poświęcenia i scenicznej fantazji pozazdrościć im mogą dwa pokolenia młodsi naśladowcy. Cave, Byrne i The Cure – nasi tegoroczni faworyci, nasze festiwalowe TOP 3. Z tego, co czytamy wielu z Was myśli podobnie. Może Open’er to jednak impreza dla staruchów? Jedno jest pewne, muzyczna jakość się zawsze i wszędzie obroni. Z tą tezą z pewnością godnie walczyły Halsey, Zara Larsson czy Jade, najlepiej reprezentujące tę popową falę, która czerpie łyżkami z lat 00s, co dało się wyczuć w wielu występach.
Jedno jest pewne – jeśli jedziesz na Open’era to szykuj się na mieszankę zasłużonych i przede wszystkim broniących się na scenie wyjadaczy, rosnących w siłe młodych gwiazd i paru perełek, o których nie miało się wcześniej pojęcia.
Nasz rozkład jazdy na Open’era przedstawiał się jasno – bieganina w środę, mocny czwartek, bardziej mroczny piątek oraz sobota bez jakichkolwiek oczekiwań, ale ze sporą dozą ciekawości. I nasz koncertowy nos nas nie mylił, chociaż parę niespodzianek się trafiło.
A weź tu biegaj od sceny do sceny… No dobra!
Ale to był intensywny i niezwykle udany dzień! Zgodnie z przewidywaniami było dużo biegania między scenami i żal było opuszczać fragment któregokolwiek z koncertów, chociaż czasem trzeba było, a przychodząc lekko spóźniony na kolejny wiedziało się, że odrobinę dobrego przeminęło. Tak czy inaczej praktycznie od 19 do 2 w nocy mogliśmy zobaczyć naprawdę sporo świetnych występów.
Frekwencyjnie chyba jest podobnie jak w zeszłym roku, może trochę więcej niż w dzień z Massive Attack. Na pewno nie ma kolejek ani do autobusów, ani do toalet, ani do napojów. Z perspektywy festiwalowicza dobrze jest nie tracić na te rzeczy czasu, bo wczoraj był on niezwykle ważny. Może potwierdzicie lub zaprzeczycie, ale czy jest mniej stoisk z piwem i trochę więcej toalet? Coś tu na pewno się pozmieniało.
Zaczęliśmy środę dopiero o 19 wraz z pojawieniem się Kneecap na Tent Stage i wydaje nam się, że było lepiej niż na zeszłorocznym OFFie, bo już bez wielkiego hype’u i oczekiwań, że będzie to coś nie wiadomo jak wielkiego. Więcej było tu luzu i zabawy, a Irlandczycy dawali się ponieść rozkręcając publiczność, która czekała na pierwszy taki mocniejszy zryw. Oczywiście nie zabrakło tu polityki, jak to u nich, więc nie można mówić o samej festiwalowej beztrosce, ale nie było to aż tak ciężkie gatunkowo jak w Katowicach.
A tej nie brakowało chwilę później na Mainie, gdzie Zara Larsson rozpromieniła Open’era swoim kolorowym popem. To jest jej czas i wdać, że wokalistka korzysta z tej fali i robi wszystko, żeby popłynąć na niej jak najdalej. Dopracowane show, pełne tańca, radości i pozytywnej energii. Choreografie czasem zabierały za dużo uwagi Zary, ale jak przychodziło już do śpiewania, szczególnie w dalszej części poświęconej jej początkowej twórczości, to nie było wątpliwości, że głos to ona ma. O brzmienie nie trzeba było się martwić, bo „żywy band” dodał tu dużo dobrego od siebie i dobrze, że nie było tu samego podkładu.
Zupełnie nie nasz vibe i ta kolorowa stylistyka nie trafia w nasze muzyczne serca, ale trzeba przyznać, że wszystko było tu dopracowane na najwyższym poziomie.
Viagra Boys to kompletne przeciwieństwo tego, co działo się na koncercie Zary Larsson.
Chaotyczni i nieprzewidywalni Szwedzi w swoim unikalnym stylu zamienili Alter Stage w brudny i surowy świat post punku. Saksofon wgryzał się w głowę, bas pulsował, Sebastian nonszalancko przejmował naszą uwagę, a zespół bujał i rozkręcał publikę. Ci goście mają tak pięknie wywalone, że aż miło. Chaos w którym chce się zatracić i dać ponieść nieprzewidywalnemu, bo tylko tego można się po nich spodziewać.
Matt Berninger solowo, bez The National, bez mikrofonu na długim kablu, ale wciąż z pierwotną, jak jego nieidealny i szczekający głos i postrzępiona wrażliwość, energią, która rosła i spadała, falując w tej dalekiej od perfekcji, ale tak bliskiej nam, fanom, bliskości muzycznego kontaktu.
Dosłownie na wyciągnięcie ręki. Solowe wariacje i nie zawsze trafione eksperymenty, wspaniałe „Gospel” i „Terrible Love”, oczywiście spędzone gdzieś daleko w tłumie, wśród nas fanów. Najwspanialsza lekcja jak wyciągnąć pod wyżyny można najbardziej mozolnie rozkręcający się koncert.
Pierwszy headlinerski występ
Dźwiękowy minimalizm, nastrojowość ich muzyki i ten taneczny wkład od Jamiego – to od zawsze były ich znaki rozpoznawcze i właśnie to dostaliśmy dzisiaj na Opku. Tu najważniejszy jest klimat, a do całości muzycy podchodzą na spokojnie. I da się w tym zatracić i odpłynąć, a czasem i rozruszać nogi do tańca. Jednak nigdy ich muzyka nie przytłacza dając przestrzeń i miejsce, żeby mogła wybrzmieć.
Końcówka, kiedy The xx trochę zaczęli skakać po solowych dokonaniach i odpalili swoje najmocniejsze działa, pokazała, że Anglicy potrafią też rozkręcił fajną zabawę. „Loud places”, „On hold” czy „Intro” wybrzmiały tu wybornie.
Zrozumiałbym jeśli ktoś by napisał, że jak na headlinera to było to za mało, tak samo zrozumiałbym odbiór tego jako coś totalnie magicznego. Dla mnie był to dobry występ, z mocnymi momentami, ale chyba bez tego czegoś, przez co rozwaliłoby mi moją koncertową głowę.
Rytm, ruch, energia, przesłanie i polski akcent – David Byrne odpalił wrotki na Open’erze.
Pisaliśmy to już po jego tegorocznym solowym koncercie w Berlinie – koło tej wizji lidera Talking Heads nie można przejść obojętnie. To trzeba doświadczyć na własnej skórze, przeżyć i wytańczyć razem z Byrne’m i jego piekielnie zgranym zespołem, których pomysł, wizja i choreografie biją na głowę nie tylko muzyczne, ale i teatralne, wręcz broadway’owskie sztuki.
Do tego autorski sznyt i niezmiennie aktualne przesłanie – w dzisiejszych czasach to miłość, życzliwość i muzyka właśnie, są najlepszymi aktami oporu i iście punkowymi postawami.
Bez chwili wytchnienia, w nieustannym tańcu i ruchu, wszystko to ubrane w szaty najbardziej porywających dźwięków pod słońce, które nic a nic nie chcą się zestarzeć. Do tego 74-letni (!) David nawet z najbardziej rozkręconej potańcówki potrafi zrobić ważną sprawę. A legendarne przeboje Talking Heads nie tracą nic ze swojej mocy. Ba, z każdym kolejnym rokiem brzmią coraz lepiej i przypominają, gdzie leżą podwaliny najlepszej alternatywy.
Jeśli było gdzieś muzyczne miejsce we wszechświecie, gdzie trzeba było dziś być, to Gdynia must be the place. A przyjęcie Byrne miał zaiste headlinerskie. Bardzo zasłużenie.
Florence (+ The Machine) królową pierwszego dnia Open’era!
Po marcowym koncercie wiedzieliśmy już, że F+TM są w świetnej formie, a koncert na Openerze tylko to potwierdził. W porównaniu do Krakowa było tu trochę mniej sabatowej dramaturgii, a jakby więcej radości i uśmiechu, ale takie już są festiwalowe prawidła – trzeba show lekko przyciąć. Dzięki temu jednak mimo tylko kilku miesięcy przerwy świeżość dalej z nich nie uleciała, a przebojowość napędzała ten koncert.
Florence w dobrym humorze i w swoim charakterystycznym stylu sunęła po wybiegu i zabrała nas w podróż przez dyskografię Maszyn. „What kind of man”, „Shake it out”, „One of the greats” czy koncertowy klasyk „Dogs days are over” pokazały siłę ich twórczości i siłę samej Florence, która jak zwykle epatowała niezwykłą aurą. Takich występów chcemy i oczekujemy od headlinerów Open’era.
Mistrzowski Cave, niezniszczalni Idles i rockowa Halsey
To miał być ten najcieplejszy i słoneczny dzień, a skończyło się opadami i ulewą na początku koncertu Calvina Harrisa, chociaż już przed Cave’em trzeba było założyć pelerynę przeciwdeszczową.
Mistrzowski Cave, niezniszczalni Idles i rockowa Halsey
To miał być ten najcieplejszy i słoneczny dzień, a skończyło się opadami i ulewą na początku koncertu Calvina Harrisa, chociaż już przed Cave’em trzeba było założyć pelerynę przeciwdeszczową.
W deszczu, do utraty tchu, od pierwszych dźwięków „Get Ready for Love” po wyśpiewane chóralnie przez wszystkich „Into My Arms”, Nick Cave i jego przepotężny, rozsadzający scenę The Bad Seeds, czarowali, hipnotyzowali i skutecznie zatrzymywali rzeczywistość.
Niezmiennie – Cave to diabeł, czarnoksiężnik, największy wśród frontmanów i muzycznych kuglarzy. Jego charyzma i umiejętność trzymania w garści tłumów, nie ma sobie równych. Festiwalowa setlista trasy promującej wciąż wspaniały album „Wild God”, który znalazł i dziś wielu reprezentów, obfitowała w niespodzianki i eksplozje (ulotne „Rings of Saturn”, magiczny, odkopany z uwielbianej przez fanów przeszłości „Henry Lee”, ekstatyczne „Hiding All Way” z „White Elephant” czy mogące się nigdy nie kończyć genialne „Jubilee Street”). A bogater wieczoru odprawiał sceniczne czary, którym nie sposób było się oprzeć. Cave jest zespolony ze swoimi fanami, tak dosłownie i cieleśnie jak to tylko możliwe.
Kładł się na nas, śpiewał prosto w oczy, wywoływał szybsze bicie serca, odprawiał muzyczne egzorcyzmy. A jego wrażliwość i spojrzenie, w którym zaklęte są wszystkie przeżycia, traumy i radości, trafia prosto w serce każdego wrażliwca, który wierzy w to samo co on. Uzdrawiającą moc muzyki. Fuckin’ Poland! Fuckin’ hell! Nick jest królem!
Niestety, ale dla Cave’a trzeba było w jakimś stopniu poświęcić Idles. Kuba zrobił to w całkowicie, ja z wielkim bólem “oddałem” trzy kawałki, bo z Tent Stage po prostu nie chciało się wychodzić. Idles to niszczycielska maszyna, która od razu wchodzi na najwyższe obroty. Ich beztroska i surowa wersja post punku to idealna kombinacja na koncertową rozpierduchę. “Never Fight a Man With a Perm”, “Mother”. “I’m Scum” czy “Danny Nedelko” to już koncertowe klasyki, a Idles to jeden z najlepszych zespół na żywo.
Ciężko Halsey nazwać po prostu popową gwiazdą
Artystka sprawnie lawiruje między mainstreamem i radiowymi hitami, elektroniką i rockową zadziornością. Pomaga tu cały zespół i bardziej gitarowe aranżacje, kapitalne kompozycje stworzone z Trentem i Atticusem oraz sama Halsey, od której aż bije pewność siebie. To widać i czuć, że scena to jej naturalne środowisko, a magnetyzm i nieokiełznana energia napędzają szaloną Halsey, która wokalnie wypadła tu po prostu świetnie.
Najlepiej wypadły kompozycje z „IICHLIWP”, których mogłoby być więcej, a robotę robiła też kamera na scenie, którą mogliśmy zobaczyć też na koncertach NIN. Chciałbym napisać, że to było zaskakująco dobre, ale trochę się jednak spodziewałem, że tak może właśnie być.
Po koncercie Dona Westa można się poczuć jak po dobrym, kojącym masażu. Jego lekkie kompozycje zanurzone w soulu przyjemnie bujały, pozwalały potańczyć albo po prostu odpocząć przy kojących dźwiękach i pociągającym głosie Westa, który czarował na scenie ze swoim świetnym bandem.
Calvin Harris pokazał jak dużo znanych kawałków posiada w swoim katalogu, które większość kojarzy, nawet jeśli nie do końca śledzi poczynania Brytyjczyka. Chciałoby się powrotu do “I Created Disco”, ale te czasy już dawno minęły. Jeden z największych DJów na świecie dał openerowiczom dużo szans na zabawę przy tanecznej mieszance hitów. Ja do końca nie dotrwałem, zabrakło mi jakiejś większej oprawy, a czwartkowy deszcz też zrobił swoje.
Kiedy pogoda postanawia poprzeszkadzać
Tutaj nawet zestaw bluza+kurtka+peleryna to było momentami za mało, żeby nie było za zimno, a przez większość dnia wiatr nie pozwalał o sobie zapomnieć. Na zdjęciu jeszcze przed deszczem, który przez cały dzień przychodził i odchodził co jakiś czas.
Slowdive zagrali chyba tylko pół seta, bo coś stało się ze sceną. Gdzieś ktoś pisał, że jakieś elementy konstrukcji pospadały – jeśli tak, to dobrze, że nikomu się nic nie stało i że udało się wszystko ogarnąć do The Cure, którzy też zresztą ucierpieli setlistowo. Możliwe, że zalało im część instrumentów, a z listy utworów wykreślone ponoć zostały “Let’s Go to Bed”, „Close to Me”, and „Why Can’t I Be You?”, co skróciło występ do “tylko” 2h15m. Na szczęście w zupełności to wystarczyło, żeby zagrać genialny koncert.
Najgorszy przy Mainie był jednak wiatr. Przy Slowdive dźwięk rozchodził się strasznie nieprzyjemnie i naprawdę ciężko się tego słuchało. Na The Cure z początku też nie było idealnie, ale potem na pewno się poprawiło, a my mogliśmy cieszyć się w pełni muzyką.
Ludzie uciekali przed deszczem na Anne Calvi i czuć było, że publiczność na Alterze jest tam raczej tylko na przeczekanie, chociaż sama artystka starała się kupić ich zainteresowanie kolejnymi gitarowymi zagrywkami, ale chyba niestety nie do końca skutecznie – a przynajmniej tak to wyglądało z końcówki namiotu.
Magia. To jest po prostu czysta magia.
Jakże inny jest to koncert od tego co normalnie oglądamy na festiwalach. Zamiast szybkich strzałów The Cure dali nam tu pięknie płynące kompozycje, które zdają się nie kończyć, bo nikt tu tak naprawdę nie chce, żeby się kończyły. Ależ wspaniałą pracę ma Simon Gallup grając te wszystkie basowe intra wprowadzające nas do tych rozbudowanych utworów. Tu się nikomu nie spieszy, a wszystko dostaje wystarczająco dużo czasu, aby mogło w pełni wybrzmieć.
Początkowe „Pictures of you”, świetnie przyjęte „Lovesong”, płynące „Fascination street”, mocniejsze „alt end”, niezwykle urocze „Just like heaven”, KAPITALNE „A forest”, kipiące od emocji „From the Edge of the Deep Green Sea” czy bisowe „Lullaby”, „Friday I’m in love” i „Boys don’t cry”. Wszystko to zagrało dzisiaj wybornie, a królowały tu utwory z „Disintegration”, których było tu aż 7. Trochę nawet szkoda, że nie wpadło nic z nowości.
Robert w pierwszej części koncertu jeszcze spokojny i niezwykle celnie dostarczający znane nam melodie, od połowy występu w okolicach „A Forest” postanowił pokazać nam swoją natchnioną wersję, w której każdy kolejny odśpiewany wers wprawiał w osłupienie i zachwyt. A widok tańczącego Smitha udowadniał, że frontman The Cure bawi się równie dobrze, co my. Pierwsze 60-70 minut było dobre, może i bardzo dobre, ale to co działo się potem to już jakiś KOSMOS i wyżyny, na które wspiąć się potrafią naprawdę nieliczni.
I nie przeszkodziła nawet pogoda. Temperatura kazała ubrać jak najwięcej warstw, deszcz wymusił peleryny, a wiatr początkowo przeszkadzający w dobrym odsłuchu, w końcu dał sobie spokój i pozwolił się cieszyć muzyką. The Cure i nic więcej tego dnia się nie liczy.
Jedynym plusem skróconego występu Brytyjczyków było to, że dało radę zdążyć na cały występ Ethel Cain, chociaż patrząc na chóralne śpiewy w Tent Stage, sporo osób czekało tam już wcześniej właśnie na nią. Oryginalna mieszanka gotyku, folku, slowcore’u i ambientu. Były songwriterskie i melodyjne momenty, ale też potężne, emocjonalne i wręcz wykrzyczane fragmenty z mocnym przesterem. Ethel kupiła mnie tym występem i chciałbym więcej i wiecej.
Ciężko nam pisać o takich występach jak Calvin Harris czy Martin Garrix, bo emocji tam nie ma, a liczy się tylko zabawa, więc potwierdzamy, że panowie byli na tej edycji, ale dużo lepiej można było się pobawić choćby na takich Sofi Tukker, gdzie czuć już jakiś groove, basy i przede wszystkim ludzki elementy w tym wszystkim.
To będzie najważniejsze miejsce dla fanów popu na świecie
Jakże inny to się zrobił festiwal tego ostatniego dnia, kiedy dostał trochę świeżości dzięki nowemu zastrzykowi festiwalowiczów, którzy przyjechali specjalnie na Jennie, Addison Rae czy PinkPantheress.
Słyszeliście o kolejkowaniu na Open’erze? Pierwsi fani ustawili się już ponoć o 6:00 rano, kolejni przybywali z godziny na godzinę, a organizatorzy musieli nadzorować wejście, żeby nad tym zapanować.
W sobotę zrobiło się trochę bardziej tłoczno, a zdecydowanie więcej mogliśmy zobaczyć ojców z córkami czy po prostu całych rodzin z dziećmi. Jednak dalej daleko było pod kątem frekwencji do zeszłorocznego najazdu fanów Linkin Park.
Muzycznie mieliśmy tu połączenie wykonawców stawiających głownie na swój wokal i piosenki, z roztańczonymi artystkami z misją dostarczenia rozrywki.
W tej pierwszej grupie przewodził Teddy Swims, który zagrał naprawdę solidny koncert przepełniony autentycznymi emocjami, silnym głosem i pięknie grającym wspomagającym go zespołem. Było piosenkowo, poruszająco i przede wszystkim mega pozytywnie. No i niespodzianka w postaci Van Halen, których kompozycji tu się nie spodziewałem usłyszeć.
LP wypadła dla mnie nawet lepiej niż kiedy widziałem ją na solowym koncercie we Wrocławiu. Tu chyba bardziej wyluzowana i w miejscu gdzie jej głos miał więcej przestrzeni i miejsca, aby się ponieść. Ponownie – występ gdzie to wokal jest pierwszoplanową gwiazdą.
Udało się też zobaczyć kawałek Luvcat, gdzie więcej było delikatności, kruchej wrażliwości i zmysłowości zapakowanych w zgrabne kompozycje.
No i była też druga strona tego line-upu, gdzie zdecydowanie bardziej liczyła się efektowność występu i jego wizualna strona.
Addison Rae i Jennie lecą na podkładzie wokalnym i podejrzewam, że dla entuzjastów ich talentu nie ma zbytnio znaczenia ile procent każda z nich dośpiewa.
Addison stawia mocno na stworzenie kompletnego show, który wygląda jak jeden wielki teledysk. Tu ciągle ma się coś dziać i przykuwać uwagę widza, a konsumpcja następuje tu oczami, a nie uszami. Widać, że jest to przemyślana koncepcja nastawiona na momenty i z pomysłem na siebie, który został profesjonalnie wdrożony w życie. Sama Addison świetnie odnajduje się w tej roli będąc w centrum uwagi. Jednak ja wolę „usłyszeć” niż „zobaczyć”.
Ten występ sprawił, że jeszcze więcej intensywności spodziewałem się po roztańczonej Jennie, przy której efektu „wow” nie było ani od wokalnej strony, bo tu też słyszeliśmy wcześniej przygotowane ścieżki do których południowokoreańska artystka dokładała tylko fragmenty, ani pod kątem oprawy, gdzie oprócz choreografii nie otrzymaliśmy zbyt wiele. A to wszystko zamknięte w godzinnym występie. Liczyłem na to, że wyjdę z tego koncertu choćby z przeczuciem, że mimo, że to nie dla mnie, to robi to wrażenie. A tak to z dużej chmury mały deszcz.
Zdecydowanie więcej energii było na PinkPantheress, która podczas swojego występu nie dawała ani chwili wytchnienia. To była pędząca imprezowa machina i w końcu ktoś z tej popowej stawki mocniej przyspieszył. Fanem wokalu PinkPantheress nie jestem i chyba nie zostanę, ale sam występ dobrze skrojony pod zabawę w Tent Stage.
Jednak z całej tej stawki najbardziej podobało mi się na Jade. Ile tu było pozytywnej energii bijącej od uśmiechniętej Brytyjki. Chyba najbardziej zbalansowane proporcje między show, tańcem i śpiewaniem. To jeden z tych koncertów, gdzie panuje tak radosny nastrój, że każdy kolejny utwór wchodzi jak najlepszy klasyk.
Na zakończenie jeszcze Tomora, czyli mieszanka Aurory z Chemicznym Bratem Tomem. Naprawdę gęsto zrobiło się w Tencie już od samego początku, a klimat ani na chwilę nie zelżał. Niestety po pół godzinie musiałem się już ewakuować, akurat kiedy było więcej Aurory przy mikrofonie. Zazdroszczę wszystkim końcówki.