Wszystko, co najlepsze – Foo Fighters kameralnie na stadionie w Warszawie – relacja

foo fighters warszawa 2026

Foo Fighters – Warszawa, PGE Narodowy (15.06.2026r.) org. Live Nation

Podobno najlepszych poznaje się nie po tym jak zaczynają, tylko jak kończą. W muzycznych realiach tę zasadę można by przełożyć na sprawną umiejętność przetrwania w niepewnych i zmieniających się realiach nowych trendów i mód. Albo na zdolność podnoszenia się z popiołów, utrzymują się wciąż na samym szczycie. W tej kategorii Foo Fighters, kapela naznaczona tak wieloma tragediami i zmiennymi, nie ma sobie równych.

Powstała na zgliszczach rockowej legendy, której wielkość przytłoczyłaby każdego. Mocna i charyzmatyczna osobowość lidera i mistrza całego tego muzycznego zamieszania Dave’a Grohla wzniosła jednak budową od podstaw grupę na wyżyny rockowej sławy. Powoli, konsekwentnie i bez drogi na skróty. Tak jak zaczyna każda niszowa kapela. Z tą tylko różnicą, że za jej sterami mieliśmy pałkera Nirvany, który twórczo rozwinął się chyba jak żaden z perkusyjnych pobratymców gitarowego Olimpu. A gdy już osiągnęli wszystko i wydawało się, że już zawsze będą cieszyć się jedynie spokojem i statusem współczesnych legend gatunku, znów musieli zaczynać od początku i gdzieś po drodze raz jeszcze wymyślić i wyśnić sobie swoją historię na nowo. Bo Foo Fighters to coś więcej niż banda rockowych huncwotów. To opowieść o relacjach, skomplikowanych związkach i wszystkim tym, co zaklęte między ścianą gitarowego przyłojenia i progresją akordów, a losami każdego – zarówno ich, muzyków, jak i nas, fanów.

Foos to prawdziwi mistrzowie powrotów, a Dave Grohl – jak już wielokrotnie przez lata udowadniał – potrafi znaleźć wyjście z każdej, najtrudniejszej nawet sytuacji. W swojej najnowszej iteracji skład, poza wymienionym naprędce Joshem Freese’m za perkusją, nie uległ zbytnio zmianie. Gorący stołek za perkusyjnym zestawem, który tak trudno zastąpić po nieodżałowanej i przedwczesnej stracie Taylora Hawkinsa, zajmuje obecnie Ilan Rubin, najmłodszy w składzie, bo jeszcze przed czterdziestką, ale doświadczony już muzyk, który z niejednego gatunkowego pieca chleb jadł. Jak się miało szybko okazać najnowszy nabytek w szeregach Foos sprawdził się doskonale i zdaje się też, że wprowadził cały zespół na właściwe tory. Zgodnie ze starą zasadą, że zespół jest tak dobry jak jego perkusista, a w przypadku Foo Fighters, nawet dwóch perkusistów, amerykańska kapela rozpoczęła europejskie tournée i trzecie na trasie warszawskie show na totalnym gazie. Jak gdyby nigdy nic innego w życiu nie robili, co też nie jest takie odległe od prawdy. Ale po kolei, bo pierwszy od dwóch lat polski koncert zawadiackiej zgrai Dave’a Grohla, od samego początku nie był wolny od kontrowersji.

Wydawało się nawet, że był taki moment, że nikogo ten warszawski koncert nie kręcił – a że miejsce nie to, wiadomo – trasa stadionowa, ale są lepsze obiekty w naszym kraju, zwłaszcza na głośne, gitarowe granie – a to, że czerwiec koncertowo intensywny, nowa płyta poniżej oczekiwań (najnowszy krążek z tego roku „Your Favourite Toy” doczekał się zaledwie minimalnej reprezentacji w warszawskiej setliście), a zupa za słona. Och, jakże niesłuszne to były wątpliwości i narzekania. Nikt tego nie mógł jeszcze podejrzewać nim sam koncert się zaczął wraz z riffowym kopniakiem „All My Life” na start, szybko jednak pierwsze płynące ze sceny dźwięki nie tylko rozbudziły nadzieję na dobre show, ale też pozwoliły zapomnieć o niemałej organizacyjnej farsie. W tym układzie to jednak zespół stanął na wysokości zadania, zagarniając od pierwszych chwil całą swoją uwagę. Wszelkie niedogodności czy frekwencyjnej braki z miejsca poszły na bok, Grohl, podobnie zresztą jak i cały zespół, zagrałby pewnie równie mocno dla garstki fanów, co i wielotysięcznego tłumu. Jasne, to byłby doskonały koncert halowy, ale produkcja, oprawa i rozmach – iście stadionowe. A po paru kolejnych taktach nikt już nie spoglądał na puste sektory czy mocno przerzedzoną płytę, Foo Fighters grali jak dla wypełnionego po brzegi Wembley – przez pierwsze pół godziny dosłownie swój „koncert życia”.

foo fighters pge narodowy 2026
Foo Fighters na scenie zawsze dają radę

Bo jak inaczej opisać tak genialnie ułożoną kolejność utworów zagraną z tak niesamowitą, porywającą od pierwszych sekund mocą. Wiedzieliśmy, że czeka nas długa przeprawa przez przepastne muzyczne losy i dyskografię Foos, tegoroczny zestaw udowodnił jednak jak istotną sprawą jest sprawnie ułożona i przemyślana setlista. A wyraźnie pierwsza część tego trzygodzinnego koncertu była istnym przelotem przez to, co Fightersi mają najlepszego do zaoferowania. Wielkie przeboje, podrywające do wspólnych śpiewów i zabawy każdego od sceny po dalekie trybuny („The Pretender”, „Learn to Fly”), celne i mocne rockowe strzały (konkretne „Rope”, wspaniale rozwijające się ku ekstatycznemu finałowi „Walk”) czy mniej oczywiste strzały, w rodzaju odkopanego „Stacked Actors” czy nie tak odległemu „Rescued”, które zagrało z mocą najlepszego klasyka. Niczego tu nie brakowało, nawet zaskakująco dobra jak na warszawski stadion akustyka, spisała się tu zadziwiająco dobrze. Zespół parł, niemal bez ustanku, do przodu, nie pozostawiając wątpliwości, że pod kątem najlepszej rockowej zabawy, nie mają sobie równych.

I mimo wszystkich przeciwności losu – wybitna w tym roku czerwcowa pogoda również dała się wszystkim we znaki, w pewnym momencie deszcz po prostu lunął na scenę – emocje tylko rosły i rosły. A nim muzycy podeszli nieco bliżej fanów, na zbudowaną naprędce mini-scenę, gdzie zespół odegrał akustyczny set, wyznaczający wyraźny środek koncertu, ze sceny popłynęły jeszcze kultowe dźwięki „This is A Call” z debitu i obowiązkowego „My Hero”. Nietrudno było w tym momencie nie zawiesić wzroku i uwagi na przodującym od pierwszych chwil liderze zespołu. Dave Grohl jest urodzonym frontmanem, jednym skinięciem potrafi okiełznać wielotysięczny tłum, robiąc to wszystko z nieudawaną frajdą i uśmiechem na ustach. Muzyk, z wielu różnych osobistych względów, nie miał ostatnimi czasy najlepszej prasy. Gdy zostawić jednak brukowce i skupić się na tym, co najważniejsze, na jego naturalnym środowisku, którym od prawie czterech dekad jest scena, wybaczyć mu można wiele, a nawet wszystko. Po takim koncercie Grohl znów stał się ulubieńcem wszystkich. Rockowym everymanem, w każdym pojęciu tego słowa. „There goes my hero, he’s ordinary…”.

foo fighters warszawa nardowoy 2026
akustyczny set podczas koncertu

Wybrzmiało to zwłaszcza najdobitniej w tej wspomnianej „środkowej” części show, kiedy muzycy złapali za instrumenty akustyczne. Trudno nie było nie uśmiechnąć się razem z nimi do przebojowej wersji „Wheels” czy odkopanego po latach coveru „Marigold”. Wymiana energii między muzykami na tym poziomie popularności naprawdę jest bez precedensu i nie zawsze jest taka oczywista, a chemia na scenie i poza nią w przypadku Foos nigdy nie była udawana. Zwłaszcza, gdy muzycy stanęli obok siebie, niczym przy ognisku czy na próbie, pewne zachowania i radość ze wspólnej gry po prostu nie są udawane. I to się czuje. Polscy fani też mocno odwdzięczyli się za to zespołowi, odpalając z zaskoczenia oddolną akcję, która zaskoczyła muzyków podczas wykonania jednego z pierwszych przebojów Foo Fighters z 1995 roku – „Big Me”. Odwołujące się do zabawnego teledysku sprzed lat piłki powędrowały w górę i w stronę sceny, szczerze i spontanicznie wprawiając członków zespołu w urocze zakłopotanie. „Polsko, wygraliście już na tej trasie” – rzucił gdzieś między śpiewem a rozbawienie Grohl, wielokrotnie podkreślając i doceniając zaangażowanie fanów. Czy było one współmierne do wysiłku zespołu? To nie ma znaczenia, muzycy dawali jednak z siebie wszystko. Trzeba też oddać, że Dave był w świetnej kondycji wokalnej, a jego wrzaskom, krzykom i wysokim notom nie było końca. Złota zasada „trzeciego koncertu” sprawdziła się tu doskonale, po rozgrzewce w Skandynawii, w Warszawie Foo Fighters brzmieli już jak najsprawniej naoliwiona machina.

A i każdy z muzyków miał swój moment by zabłysnąć. Foos to zbiór muzycznych indywidualności, którzy razem tworzą jeden organizm. Dawcy tych organów pochodzą jednak od różnych muzycznych matek, co w naprawdę fajny sposób podkreślili, zmieniając nieco zasady zwykłego przedstawiania każdego z muzyków kapeli. Każdy miał tu bowiem swoją krótką „chwilę sławy”, usłyszeliśmy więc fragmenty utworów z tak różnych twórczych światów – od punkowych korzeni gitarzystów (kultowe Germs Pata Smear’a – swoją drogą nie da się nie kochać tego gościa, jego luzu i uśmiechu – oraz No Use for a Name Chris’a Shifletta, z którym kiedyś nawet wystąpił w Polsce, czego nie omieszkał przypomnieć warszawskiej publice) po alternatywne wpływy Sunny Day Real Estate Nate’a Mendela (koncert na OFF-ie już w sierpniu!) czy The Wallflowers, gdzie długie lata spędził klawiszowiec Rami Jaffee. I tak jak w dobrym stylu było ustąpienie kawałka sceny pozostałym członkom zespołu, tak ta część show, przez jedyny tylko moment rozjechała mocno klimat całości, również za sprawą szwankującym przy kolejnych wycieczkach w przeszłość nagłośnieniu. Wraz z kolejnymi utworami wykonanymi już „po bożemu” w układzie, na jaki wszyscy czekali, wszystko wróciło wkrótce na właściwe tory. Czy wspominałem już, że Foo Fighters są mistrzami powrotów? 

Nie było to co prawda trudne, bo końcówka podstawowej części, przekraczającego już bite dwie godziny koncertu, to same samograje, zaskakujące jednak nieraz swoim eklektycznym klimatem. Najpierw szybki powrót do jednego z najsłynniejszych albumów w historii grupy, a więc „The Colour and the Shape” z 1997 roku (jakże wyczekany przez nas „Hey, Johnny Park!” w fantastycznej wersji). Na dokładkę skok w niedaleką historię grupy (dwa utwory z najnowszej płyty, plus kolejny celny strzał z „But Here We Are” – podobnie jak my, zespół musi chyba myśleć, że jest to po prostu dużo lepszy krążek od swojej następczyni). Na sam koniec jeszcze dwa bardzo emocjonalne akcenty – najpierw zadedykowana zmarłemu Hawkinsowi „Aurora”, oniryczny hołd, który swym ulotnym i skupionym klimatem dosłownie zatrzymał czas, przełamany mocnym, wykrzyczanym do resztek trzewi „Best of You”. To jeden z tych przebojów, które w wersji live nigdy się nie znudzą. Zwłaszcza, jeśli wybrzmiewa wciąż z tak obezwładniającą mocą jak w skąpanej deszczem Warszawie. 

Czy to mógłby być koniec? Absolutnie tak! Czy to był koniec? Oczywiście, że nie. Foos jako rasowi sceniczni wyjadacze nie mogliby przecież opuścić Polski bez zagrania obowiązkowych bisów. Pierwszy z nich mógł też wprawić niejednego wprawionego fana w niemałe osłupienie. Trzeba mieć bowiem jaja ze stali żeby w takim, szczytowym przecież, momencie koncertu wyciągnąć z rękawa takiego asa jak „The Teacher” – ponad 10-minutowy psychodeliczno-stonerowy odlot, w którym zamiast w stadionowych harcach muzycy odpłynęli w zwartym, instrumentalnym szyku. Gdyby jednak Foos nie mieli pewności, że w tym momencie wybrzmi to perfekcyjnie, nie zrobiliby tego. A tak właśnie było, rozbudowana kompozycja poświęcona pamięci matki lidera Foo Fighters, spełniła wspaniale swoją rolę i przy jej dźwiękach nawet deszcz zaczął wolniej spadać z nieba. Kolejna cegiełka na plus wyróżniająca nietypowe, autorskie podejście zespołu do konstrukcji stadionowego show. 

Na finał jeszcze szybki strzał z mocnym „Exhausted” z debiutu oraz obowiązkowy ukłon. „Nie mówimy „żegnajcie”, tylko gramy to”. Nic nie mogłoby lepiej zakończyć tak intensywnego, wypakowanego atrakcjami po brzegi (bardziej niż sam stadion) show niż ultraprzebój „Everlong”, działający dziś równie energetycznie i ekstatycznie, co 30 lat temu w dniu swojej premiery.If everything could ever be this real forever?”, znów zapytał retorycznie Grohl, nie pozostawiając na scenie żadnych wątpliwości. W tym niemal trzygodzinnym koncertowym odlocie nie było ani wygranych ani przegranych – liczyła się zabawa i przede wszystkim muzyka. O ten aspekt zespół zadbał z najwyższą starannością. Bo czy to klasyki czy nowości, utwory zagrane z takim zaangażowaniem i konsekwencją, nie mogą się nie sprawdzić. Foos we wspaniałym stylu udowodnili w Warszawie, że wbrew najróżniejszym przeciwnością losu, muzyczna jakość zawsze zwycięży. W tym slalomie z przeznaczeniem są przecież czempionami.

W dzisiejszej muzyce nie brakuje nam wspaniałej muzyki. Ba, jest jej często aż za dużo, więcej niż kiedykolwiek w historii. Brakuje nam za to prawdziwych ZESPOŁÓW z krwi i kości, gdzie ta symboliczna druga gitara czy kolejny gość za perkusją będzie kimś więcej niż tylko często świetnym, ale anonimowym muzykiem, którego nazwiska nie chcemy i nigdy nie zapamiętamy. Foo Fighters zdecydowanie są takim ZESPOŁEM i nikt nie jest tak przypadkowy – a ich kolektywna indywidualność i przede wszystkim osobowość i burzliwy rodowód, to coś, co pokolenie młodsze kapele mogą studiować z uwagą. Ten gatunek muzycznych wyjadaczy, przynajmniej w głównym nurcie, jest już bowiem na wymarciu.

Autor: Kuba Banaszewski

Foo Fighters Setlist PGE Narodowy, Warsaw, Poland, Take Cover 2026

Zobacz także:

Szukasz czegoś konkretnego?
Skorzystaj z naszej wyszukiwarki!