Pamiętaj, że śmierć to nie jest kres. 30 lat „Murder Ballads” Nicka Cave’a i The Bad Seeds.
- 08-02-2026
- Kuba Banaszewski
Gdzie byłby dziś Nick Cave, gdyby nie te parę upiornych pieśni sprzed trzech dekad? Odpowiedź wydaje się prosta – na pewno w zupełnie innym miejscu. Dziewiąty studyjny album The Bad Seeds był przełomem i z wielu względów momentem granicznym zespołu.
Komercyjnie nigdy nie przeskoczyli już tego sukcesu, ale dzięki niemu też na dobre zadomowili się w głównym muzycznym nurcie, i nikt tego miejsca, ani pozycji Australijczyków, nie śmiał już nigdy kwestionować. A przecież „ballady morderców” są wszystkim tym, czym nie nazwalibyśmy receptą na pewny sukces.
Utwory pełne mroku, brudu, wulgaryzmów i typów spod ciemnej gwiazdy. Co więcej, kompozycje przedstawiają punkt widzenia najbardziej godnych pożałowania plugawców, a ich niecnym pobudkom nigdy nie oddano tyle czasu antenowego. Do tego, nie ma co owijać w bawełnę, trup ściele się tu gęsto. Ktoś doliczył się ponoć 37 nędznie odebranych żyć.
Mroczna sfera życia zawsze była obecna w muzyce Cave’a. Ba, sam artysta, jak i jego sceniczni kompani, sami długo wiedli podobny, autodestrukcyjny i zagrający nie tylko sobie żywot. To, że wyszli cało z szalonych, pełnych ekscesów lat 80., już zakrawa na cud. W kolejnej dekadzie kontynuawali tę ścieżkę, częściej jednak przelewając już swoje ciemne fantazje na papier. Oddajmy głos Nickowi:
„Nie jestem mizoginem. Nie mam takich skłonności, ale lubiłem pisać piosenki, które były brutalne w tamtych dniach.”
I na poprzedzających „Murder Ballads” albumach, zwłaszcza „Henry’s Dream” i największym dotychczasowym sukcesie grupy „Let Love In”, te inspiracje słychać. Nigdy wcześniej i zdaje się, że też nigdy później, nie osiągnęły one jednak takiej intensywności jak na płycie z 1996 roku. Choć złowieszcze głosy już dużo wcześniej dręczyły artystyczne sumienia australijskiej trupy wykolejeńców.
Jedna z pierwszych kompozycji powstawała jeszcze w oderwaniu od przyjętego później konceptu płyty. Próby nad najdłuższym, blisko 15-minutowym „O’Malley’s Bar”, sięgają jeszcze 1992 roku i prac przy „Henry’s Dream”. Epicko rozpasana przyśpiewka nie pasowała jednak do żadnego krążka. Zainspirowała za to powstanie nowego dzieła, poświęconego w całości brutalnym historiom zbrodni i występku, przesiąkniętych rdzennym bluesem i tradycyjną muzyką ludową, z której języka The Bad Seeds czerpali garściami.
„Po prostu lubiłem ten dreszczyk języka – móc pisać o gwałtownych rzeczach w podobny sposób, jak pisarz thrillera lubi pisać o samej przemocy” – wspominał Cave, który, gdy już muzycy znaleźli wspólny grunt, nie hamował się w swoich morderczych wizjach. Dusznej, niepokojącej atmosfery dodają płycie nietuzinkowe muzyczne rozwiązania na granicy jawy i snu oraz gościnne występy, które nie wyśniłyby się w największym koszmarze.
No właśnie, przy wspomnieniu tej płyty nie sposób nie przywołać najbardziej niezwykłego z duetów, który sam w sobie, otworzył Cave’owi drogę do popularności do tej pory zwyczajnie niedostępnej. Nie było tu jednak mowy o przypadkach – „Where The Wild Roses Grow” od samego początku pisany był z myślą o syrenie baśniowego popu Kylie Minogue. „Chciałem napisać dla niej piosenkę od wielu lat”, wspominał później, a cel swój spełnił wysyłając do gwiazdy demo, na którym partię wokalną, swym osobliwym głosem, wykonał gitarzysta The Bad Seeds Blixa Bargeld.
Agenci wokalistki z ojczyzny muzyków musieli być wstrząśnięci, sama Kylie wręcz przeciwnie – zachwycona miała odpowiedzieć już na drugi dzień. Cel został osiągnięty. Przed wydaniem całego albumu ukazał się singiel, który z miejsca stał się hitem, również za sprawą niezapomnianego teledysku. I tak namiętny dialog między mordercą, a swoją ofiarą i obiektem pożądania, stał się hitem ery MTV.
„Miałem pewną świadomość, że ludzie pójdą i dla niej kupią album 'Murder Ballads’, posłuchają go i będą się zastanawiać: 'Po cholerę ja to w ogóle kupiłem?’ – bo piosenka z Kylie w żaden sposób nie oddawała tego, jaki ten album był naprawdę”. Cave miał tu rację, słowo stało się jednak ciałem, a album wypełniony o wiele bardziej odrażającymi obrazkami niż ten w duecie z Minogue, podbił listy przebojów i otworzył drogę The Bad Seeds na zupełnie nowe, niezbadane dotąd wody.
„Murder Ballads” przewrotnie, jak to u Cave’a, zakończył cover Boba Dylana i jego mniej znanego utworu „Death Is Not the End”, którego lista płac jest uosobieniem współczesnego powiedzonka „ale ekipę żeście zmontowali”. Otóż, po blisko godzinie dziarskiego zawodzenia o najbardziej wymyślnych rodzajach zbrodni, popełnianych najczęściej dla własnej, chorej uciechy, wspomniana już Kylie, PJ Harvey – którą słyszymy też w przejmującej reinterpretacji ludowej ballady „Henry Lee” – a także Shane MacGowan, Anita Lane oraz muzycy The Bad Seeds, natchnionym głosem śpiewają pełną nadziei pieśń o życiu po śmierci. Kończąc swe dzieło jedynym utworem na płycie, z którego wszyscy wychodzą cało, Nick puszcza nam oczko i jak dodaje: stawia „taki żartobliwy, mały znak interpunkcyjny dla całości. W tej piosence jest przymrużenie oka, choć uważam, że to całkiem piękna interpretacja”.
Nie sposób się nie zgodzić z mistrzem mrocznego klimatu, jakim ukoronowano go po tej płycie, i tylko dodać, że po „Murder Ballads”, kolejne 30 lat na scenie Cave’a i The Bad Seeds to całkiem piękna i udana kariera.