„Ostatnie święta George’a Michaela”

george michael

W pierwszy dzień świąt już od niemal dekady kultowe „Last Christmas” Wham! wybrzmiewa wyjątkowo gorzko. Rzadko się zdarza, by jeden z największych świątecznych szlagierów znalazłby w prawdziwym życiu tak fatalne spełnienie swoich słów. I choć trudno uwierzyć, że mija już 9 lat od nagłej śmierci jej autora George’a Michaela, tak przedwczesne odejście brytyjskiego wokalisty rymuje się nieco z jego nieoczywistą karierą. Historią jednego z najpiękniejszych głosów współczesnego popu.

Gdy „Last Christmas” podbijało listy przebojów na całym świecie George Michael, połowa brytyjskiego duetu Wham!, miał zaledwie 21 lat. W tym samym roku, parę miesięcy wcześniej, latem 1984 roku, ukazał się inny, niemniej przebojowy singiel „Careless Whisper”, który dużo bardziej niż świąteczny hymn, ukazywał twórcze możliwości Michaela, sięgające zdecydowanie wyżej, ponad ramy podbijającego rozgłośnie ery MTV duetu.

Wham! to była zabawa, barwna muzyka pop na wysokim poziomie, ale wciąż zabawa. Kiedy jednak George wybrał karierę solo, rozpoczęła się jego muzyczna dojrzałość. Jego solowa twórczość to kręta i wyboista droga, jednak praktycznie bez studyjnego pudła. Kolejne płyty zręcznie wycyzelowane, niemal z aptekarską precyzją dawkowały sztukę dzielenia zawartych w nich emocji. A trzy pierwsze albumy Michaela to nie tylko klasyka ambitnego popu, ale i znak swoich czasów, dojrzałe świadectwo artystycznej drogi świadomego, nabierającego obycia, wokalisty. Seria, której pozazdrościć mogą George’owi najlepsi.

1987: Funkowe, pulsujące jeszcze mocno „ejtisami” pierwsze autorskie dzieło „Faith”. Popowa inicjacja na wysokim poziomie i wejście w muzyczny świat „full solo”. Kościelne organy i kultowa kurtka, które z gwiazdki uczyniły bożyszcze tłumów. Rasowy klasyk.

1990: Uduchowione i wyzwalające „Listen Without Prejudice Vol. 1”. „Freedom” i artystyczna wolność. Ambitny start.

1996: „Older”. Tytuł mówiący sam za siebie. Nowy rozdział w życiu i karierze Michaela. Arcydzieło klimatu, płyta jak dobre wino – po prawie 30 latach nie traci nic ze swojej klasy, nie pokrywa się patyną. Wręcz przeciwnie – dojrzewa, nabiera nowych smaków, za każdym razem pozwala odkrywać się na nowo.

Swój ostatni krążek, o wiele mówiącym tytule „Patience”, artysta wydał w 2004 roku. Nie był już takim sukcesem, co jego poprzednie dokonania – w 1999 roku ukazał się jeszcze album z coverami „Songs from the Last Century” – zarówno komercyjnym, jak i artystycznym. Wokalista czuł się jednak
z materiałem pewniej niż zwykle: „Jest coś w wokalach na tym albumie, co sprawia, że są o wiele bardziej pewne siebie, bardziej stanowcze. Pojawiają się deklaracje miłości, jakich nigdy wcześniej nie składałem – z pewnością nie od czasów Wham!”.

Jednak już wtedy Michael ogłosił, że będzie to jego ostatnie studyjne wydawnictwo, wydane
w klasycznej formie. „Przez lata byłem bardzo dobrze wynagradzany, nie potrzebuję więcej pieniędzy od publiczności” – dodawał. „ Chciałbym mieć w internecie coś w rodzaju charytatywnej strony do pobierania muzyki, gdzie każdy mógłby ściągać moją muzykę za darmo. Umieszczę tam moje ulubione organizacje charytatywne i ludzie – mam nadzieję – będą na nie wpłacać darowizny”. Tym samym zrzucił z siebie presję tworzenia nowych utworów, chcąc skupić się na życiu prywatnym.

Nie skończył jednak z koncertami – rok później wyruszył w tournée, hucznie świętując 25 lat na scenie. Była to jego pierwsza trasa od ponad 15 lat, wielce wyczekiwana przez fanów. Nie ominęła też Polski, wtedy to George Michael po raz pierwszy wystąpił nad Wisłą i zagrał na warszawskim Służewcu 11 lipca 2007 roku. Organizatorzy zapowiadali gigantyczne widowisko – ogromna dwupiętrowa scena, wizualizacje, telebimy, a także miejsce dla chóru i orkiestry, które miały oddać hołd bogatej karierze artysty. Jak czytamy w relacjach sprzed osiemnastu lat, polscy fani „usłyszeli największe przeboje, z przepięknym „Praying For Time”, dynamicznymi „Fastlove” i „Too Funky” oraz subtelnym „Jesus To A Child” na czele. Na bis zabrzmiały obowiązkowe „Careless Whisper” (jeszcze z czasów Wham!) i „Freedom”. Koncert bez wątpienia był jednym z najgłośniejszych muzycznych wydarzeń tamtego lata.

Do Polski George Michael powrócił jeszcze raz – w 2011 roku, gdy zagrał w ramach symfonicznej trasy na Stadionie Miejskim we Wrocławiu. Był to jednak zgoła odmienny występ niż przebojowa wizyta w Warszawie, co podkreśla relacja Martyny Wilk w „Polityce”: „Tournée ‘Symphonica’ jest skrajnie odmienne od ‘25 Live’ – trasy, jaką po 15 latach nieobecności na estradzie George Michael powrócił w 2006 r. Teraz piosenkarz wybrał projekt, którym subtelnie, ale stanowczo odcina się od roli złotego chłopca Wham! – swoim tanecznym szlagierom nadał odważną, elegancką barwę, bez wysiłku prowadząc wokalem filharmonijnych, tym razem wrocławskich, muzyków”. Wokalista chętniej niż po swoje hity sięgał po nieoczywiste szlagiery, od klasyków w rodzaju „Feeling Good” i „Wild Is the Wind” po utwory Rihanny czy Amy Winehouse. Na koniec wrocławskiego show Michael sięgnął po małą znaną kompozycję „Free”, zamykającą kultowy album „Older”.

To była ostatnia trasa George’a, po jej zakończeniu w 2012 roku nie stanął już nigdy na scenie. Wycofał się z życia publicznego. Muzycznie również zamilkł, do mediów przedostawały się zaledwie skrawki
z jego życia. Ten najsmutniejszy nadszedł 25 grudnia 2016 roku. Niespodziewanie jak śnieg na święta. Michael zmarł nagle w swoim domu, w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia, w czasie, gdy cały świat znów zasłuchiwał się w kultowej piosence Wham! Przyczyną: choroba serca. „Last Christmas, I gave you my heart…” – tego dnia George Michael oddał fanom swe serce po raz ostatni.

Autor: Kuba Banaszewski

Zobacz także:

Szukasz czegoś konkretnego?
Skorzystaj z naszej wyszukiwarki!