Zrodzony z emocji, skąpany w purpurze – ponadczasowy fenomen „Purple Rain” Prince’a.

prince

Jak to się stało, że nieświętujący żadnej rocznicy, nieobecny na tym świecie od niemal dekady i tak naprawdę niedoceniony nigdy za czasów swojej muzycznej świetności w Polsce, Prince, a nawet bliżej jego nieśmiertelny krążek „Purple Rain”, jest od wczoraj na ustach wszystkich. Za sprawą finałowego odcinka hitowego serialu oraz deklasacji dwóch pierwszych miejsc na podium tradycyjnego topu wszech czasów, niespodziewanie na sam początek nowego roku purpurowy deszcz ponownie zalał muzyczną świadomość, zalewając serca fanów dawką gitarowej nostalgii w najlepszym wydaniu.

Szósty studyjny krążek Księcia Popu ukazał się 25 czerwca 1984 roku. W tym samym roku ukazał się również kultowy film, którego ścieżka dźwiękowa podbiła tylko moc drzemiącą w tych niezwykłych kompozycjach. I wyniosła Prince’a na szczyt, stratosferę popularności, pożądania i zabawy masową wyobraźnią. Dwa lata wcześniej to Michael Jackson ze swoim „Thrillerem” zredefiniował rynek muzyczny, początek 1984 roku również należał do niego – album okupował listy aż do kwietnia, na początku roku ukazał się tez tytułowy singiel z legendarnym teledyskiem. Król Popu musiał jednak pokłonić się w końcu Księciu.

prince purple rain
"Purple Rain" to ponadczasowy album Prince'a

W czasie swojego wydania „Purple Rain” rozszedł się w ponad dziewięciu milionach kopii. Dziś ten wynik oscyluje już w okolicach 25 milionów, czyniąc z płyty jeden z najlepiej sprzedających się krążków w historii. Szczyty listy okupował od sierpnia ’84 aż do końca roku. Swoją mieszanką porywającego rock and rolla w świecie syntezatorowego szału, 26-letni wtedy Prince obezwładnił wszelką konkurencję. Jackson mógł mieć większy, bardziej masowy zasięg swojego sukcesu, ale za autorem „When Doves Cry” przemawiała jego dzikość, aura kiczu, nieposkromionej żądzy i pewnej tajemnicy. I zdecydowanie inny gatunkowy ciężar niż wygładzony i dopracowany „Thriller”. I nie tyczy się to tylko tytułowej kompozycji.

„W 1984 roku w Ameryce był tylko jeden człowiek popularniejszy niż prezydent Ronald Reagan. Nazywał się Prince i był funky. Gdyby Prince kandydował w tamtym roku na prezydenta, z pewnością wygrałby w swojej rodzinnej Minnesocie – jedynym stanie, który przegrał Ronnie – i prawdopodobnie zmiótłby konkurencję w większości pozostałych miejsc. Powód? „Purple Rain”, jego przełomowy, gatunkowo niejednoznaczny, absolutnie genialny szósty album. Sprzedawał się masowo wszędzie tam, gdzie były radia i ludzie z bijącym sercem” – rozpisywał się w epoce Billboard. Jasne, Jackson wraz z Quincy’m Jonesem stworzyli popowe arcydzieło, jednak Prince zapewniał zabawę, pewien rodzaj kuszącego niebezpieczeństwa w zalotnym uśmiechu i energię, z którą nikt nie mógł się wtedy zmierzyć. No i Michael nie grał niczym opętany solówek na gitarze jak nieokrzesany Prince.

A konkurencja była przecież spora. To było niezwykły, orwellowski rok. W tych dwunastu miesiącach na listach rządzili jeszcze m.in. Madonna z „Like a Virgin” czy Springsteen z „Born in the USA”. Zresztą największe gwiazdy 1984 roku wystąpiły później razem na scenie. Jedyny raz w historii, w lutym 1985 roku doszło do połączenia muzycznych światów, które dziś wydaje się nieprawdopodobne. W Los Angeles Madonna oraz Boss dołączyli do Prince’a, by wspomóc go w wykonaniu „Baby I’m A Star” oraz „Purple Rain”. Dziś możemy wyłącznie śnić o podobnych koncertowych emocjach.

No właśnie, ikoniczna, w wersji studyjnej ponad 8-minutowa ballada, dziś jest nieśmiertelnym dowodem na geniusz Prince’a. Nie zawsze tak było. „Purple Rain” pierwotnie miało być…utworem country. Do tego duetem ze Stevie Nicks, która jak usłyszała wielominutowe demo poczuła się przytłoczona i nie zdecydowała się na napisanie doń tekstu. Kompozycja swoje dzisiejsze oblicze zyskała podczas próby z zespołem The Revolution, a zwłaszcza gdy Prince usłyszał zaimprowizowane przez gitarzystkę Wendy Melvoin akordy. „Był podekscytowany, słysząc ją w innym ujęciu. To wyrwało ją z tego country’owego klimatu. Potem wszyscy zaczęliśmy grać ją trochę ostrzej i traktować ją poważniej. Graliśmy ją bez przerwy przez sześć godzin i pod koniec dnia była w większości napisana i zaaranżowana” – wspominała po latach.

Z resztą poszło już gładko, Prince był w twórczym gazie. Pierwszy z singli, „When Doves Cry”, powstał na samym końcu, gdy album był już praktycznie gotowy. Oprócz partii wokalnych autor utworu zagrał tu na wszystkich instrumentach. Ze względu na brak linii basu produkcja piosenki jest uznawana za niekonwencjonalnie surową w porównaniu z hitami popowymi lat 80. Singiel, a zwłaszcza jego odważny teledysk, wzbudził też wiele kontrowersji. Dyrektorzy stacji telewizyjnych uznali, że seksualny charakter teledysku do głównego singla z płyty jest zbyt dosłowny jak na stała emisję. Z kolei pełen namiętnych tropów tekst do „Darling Nikki” sprawił, że dzięki reakcji organizacji Parents Music Resource Center album, jako pierwszy w historii, otrzymał na okładce naklejkę z obyczajowym ostrzeżeniem rodzicielskim „Parental Advisory”.

Prince pod nikim się nie ugiął, a kontrowersje podbijały tylko jego sprzedaż i popularność. Dwa single z „Purple Rain” znalazły się na pierwszym miejscu amerykańskiej listy przebojów. Kolejne dwa podbiły top 10. Również długaśna ballada tytułowa znalazła się na podium. To ona przetrwała najmocniej wszelkie zmiany, muzyczne trendy, w końcu też i śmierć muzyka w 2016 roku, pozostając na zawsze autorskim stemplem jego przebogatej kariery. Wykonał ją jako ostatnią na swoim ostatnim koncercie, tydzień przed swym nagłym i niespodziewanym odejściem.

„Kiedy w niebie jest krew – czerwony i niebieski dają razem fioletowy…’Purple Rain’ dotyczy końca świata i bycia z tym, kogo kochasz, pozwalając twojej wierze czy Bogu prowadzić cię przez purpurowy deszcz”.

Kompozycja, tak jak i cały już ponad 40-letni album, żyje jednak własnym życiem i przy kolejnych okazjach poraża nas swoim pięknem i mocą. Bo gdzie byśmy jej nie usłyszeli, na liście przebojów, czy w emocjonalnym finale serialu, zawsze zabiera nas razem z Prince’m w bezpieczne miejsce. Do czasów, gdy życie zdawało się płynąć beztrosko niczym zdająca się nie mieć końca solówka tej ponadczasowej kompozycji. „I only want to see you…only want to see you in the purple rain…”.

P.S. W 2011 roku Prince jeden jedyny raz wystąpił w Polsce i dał niezapomniany, historyczny koncert na wyjątkowej, jubileuszowej edycji Open’era. W Gdyni wybrzmiało wtedy aż siedem utworów z „Purple Rain” z nieśmiertelną balladą na czele. Ale to już zupełnie inna historia.

Autor: Kuba Banaszewski

Zobacz także:

Szukasz czegoś konkretnego?
Skorzystaj z naszej wyszukiwarki!