10 lat bez Davida Bowiego. Ostatnie muzyczne chwile Człowieka, który opuścił Ziemię.
- 10-01-2026
- Kuba Banaszewski
Czym było, a może czym mogło być, dziesięć lat dla Davida Bowiego u szczytu jego kariery? Wszystkim. „The Man Who Sold the World”. „Hunky Dory”. „The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars”. „Alladin Sane”. „Diamond Dogs”. „Young Americans”. „Station to Station”. „Low”. „Heroes”. „Lodger”. „Scary Monsters (and Super Creeps)”. Od muzycznych zaszłości poprzedniej dekady i hipisowskich reminiscencji po brokatowy i gitarowy glam początku lat 70. Od ciętych gitar po soulowe uniesienia. Od migoczącej na horyzoncie nowej fali w rytmie funk po nową falę właśnie. Do tego art pop, awangarda, elektronika, ambient, krautrock i industrial.
Wszystko to pomiędzy 1970 a 1980 rokiem. Wszystko to nim ledwo co David przekroczył trzydziestkę. Jeden z najwspanialszych przelotów w muzycznym świecie zajął Bowiemu dziesięć lat. A przecież później też oczywiście błyszczał, miał hity, uznane projekty i albumy. Wszystko zdawało się pięknie układać, aż do 2003 roku, gdy David wydał swój ostatni na długie lata album „Reality”. Po latach nieco niedoceniony i przesadnie odrzucony przez wielu w czasie swojej premiery. Zaowocował on jednak wspaniałą trasą koncertową, ostatnią w karierze mistrza gatunkowej transformacji. Rzeczywistość okazała się niestety bardziej okrutna i zaskakująca niż najbarwniejsza muzyka.
W Polsce Bowie nigdy nie wystąpił. Wiemy o tym dobrze, historia niedoszłego koncertu w Trójmieście z 1997 roku obrosła niemniejszą liczbą legend, co słynne wyjście artysty po płytę zespołu Śląsk na jednym z warszawskich dworców w latach 70. Trzykrotnie wystąpił za to u naszych południowych sąsiadów,
a ostatni koncert muzyka w Pradze – 23 czerwca 2004 – był początkiem jego scenicznego końca. Do połowy koncertu wszystko zdawało się iść zgodnie z planem. Ten posypał się niestety wraz z wykonaniem tytułowego utworu z promowanego wtedy krążka, wspomnianego „Reality”. „Spojrzał na mnie przez ramię, był blady, niemal przeźroczysty” – wspominała basistka Gail Ann Dorsey w wywiadzie dla Rolling Stone’a w 2016 roku. „Jego koszula była kompletnie przemoczona. I po prostu stał tam, nie śpiewając”. David zszedł ze sceny, zespół próbował ratować sytuację, improwizował, jednak nie dało się tego ciągnąć w nieskończoność. Artysta wrócił jeszcze na cztery piosenki, przerwał jednak całość chwilę po rozpoczęciu „Changes”. Zespół zszedł już razem z nim. Bowie nie wiedział jeszcze, że właśnie otarł się o dosłowną śmierć na scenie i przeżył właśnie swój pierwszy zawał serca.
„Time may change me, but I can’t trace time…”.
To było jego najdłuższe tournée w karierze. Dziś to może wydawać się niezwykłe, ale wtedy Bowie był oczywiście czynną legendą, ale gwiazdą jak każda inna, oczywiście tego pokroju. Przed sobą miał więc zaplanowanych wiele festiwalowych dat w Europie, m.in. na Roskilde czy Rock Werchter. Nigdy ich jednak nie dokończył, tak jak i piętnastu ostatnich koncertów na koncertowym rozkładzie jazdy trasy „Reality”. Znalazł za to siłę, by po feralnie przerwanym koncercie w Pradze, wrócić raz jeszcze na scenę. I to właśnie występ na niemieckim Hurricane Festival jest jego ostatnim pełnym koncertem w karierze.
Bowie nie zdawał sobie wtedy jeszcze sprawy z powagi zdrowotnego incydentu w Czechach. Nikt nie zdiagnozował u artysty jeszcze przebytego zawału serca, uznano, że to tylko chwilowa niedyspozycja i ucisk nerwu, a więc show musiało trwać. Dwa dni później zespół zameldował się Scheeßel w Niemczech, a David nawet dokończył koncert. Nietypowo jak na niego, nie w stylowym scenicznym uniformie, a wygodnej bluzie z kapturem, wciąż – bez względu na wszystko – starając się dotrwać do końca przedstawienia. Udało mu się, razem z zespołem zamknęli koncert porywającą wersją rockowego szlagieru „Ziggy Stardust”. Kiedy schodził ze sceny, upadł za kulisami, dosłownie parę chwil po zagraniu ostatniego utworu. „Pamiętam, jak po koncercie schodziłam za nim po schodach” – wspominała dalej Dorsey. „Kiedy dotarł na dół, po prostu się osunął. Był potwornie wyczerpany i bardzo chory. Natychmiast przewieziono go do szpitala”. Operacja serca była konieczna. Reszta koncertów została odwołana, dla Bowiego był to koniec scenicznej, ale i na długie lata również artystycznej drogi. Zamilkł na kolejną dekadę.
„He took it all too far, but boy, could he play guitar…”.
I choć wycofał się z życia publicznego i nigdy już później nie zagrał pełnego koncertu, w kolejnych latach nie odmówił paru gościnnych występów na scenie. Wychylał się jedynie z cienia swojego prywatnego życia, któremu poświęcił się bez reszty, dbając o zdrowie. Pasja do muzyki była jednak silniejsza. Zrobił niejeden wyjątek, czy to dla obiecujących młodych talentów (dołączył dwukrotnie do Arcade Fire w 2005 roku), czy starych kumpli po fachu (gościnny występ z Davidem Gilmourem na jego koncercie w Royal Albert Hall rok później). Ostatni raz wykonał na żywo swoje utwory w 2006 roku w nowojorskim Hammerstein Ballroom, na koncercie charytatywnym zorganizowany na rzecz Save a Child Foundation. Najpierw ze swoim wieloletnim pianistą Mike’em Garsonem wykonali delikatne wersje „Wild Is the Wind” oraz „Fantastic Voyage”, następnie David zaśpiewał „Changes” wraz z Alicią Keys. To ostatnia piosenka, jaką zaśpiewał publicznie.
Wielkim chichotem losu i dowodem iście brytyjskiego poczucia humoru artysty jest jednak fakt, że ostatnim wykonanym przez Bowiego na scenie utworem jest…prześmiewcza przyśpiewka „Little Fat Man”, stworzona razem z brytyjskim komikiem Ricky’m Gervaisem na potrzeby serialu „Extras” w 2007 roku. Krótki muzyczny skecz zapowiadający jego komediowe show w Nowym Jorku był ostatnią okazją dla zgromadzonej tam publiczności, by publicznie usłyszeć Bowiego przed mikrofonem. Po tym wydarzeniu, o którym na długo wiedzieli wyłącznie obecni tam widzowie, David znów zniknął. A fani niecierpliwie wyczekiwali kolejnego dnia, który nadszedł w 2013 roku.
„Five years, what a surprise…”.
8 stycznia 2013 roku, po dziesięciu latach przerwy od wydania ostatniej autorskiej płyty „Reality”, David Bowie zapowiedział premierę swojego dwudziestego czwartego albumu o znaczącym tytule „The Next Day”. Nic nie zapowiadało tego powrotu. Tak samo jak chyba nikt nie podejrzewał, że Bowie bez słowa zakończy muzyczną karierę na zawsze. Muzycy, z którymi pracował nad kolejną płytą podpisali umowę o poufności i musieli dostosować się do nowych, specyficznych warunków pracy z Bowiem, który bardzo uważał na swoje zdrowie. Powrócił z singlem o tytule, który mówił wszystko: „Where Are We Know?”. Dekada przerwy w muzyce to wieczność, ale Bowie nie postanowił gonić trendów, a zawieszony gdzieś między przeszłością, a tym co ma nadejść, nagrał album w pełni na swoich warunkach. Album najlepszy od wielu lat. Płyta była niezwykle nostalgiczna. Bowie patrzył wstecz na swoje życie, poniekąd zdając sobie doskonale sprawę ze swojego aktualnego położenia.
„The Next Day” było wielkim sukcesem, niezwykle udanym powrotem i zaskoczeniem, na które fani tak naprawdę, choćby nieświadomie, po cichu liczyli. I kiedy Bowie narobił wszystkim apetytu na więcej, jak zawsze w swoim stylu – znowu zniknął. Jednak tym razem nie do końca, bo ciągle w tajemnicy pracował nad nową muzyką. W tym samym roku pojawił się jeszcze gościnnie na płycie swojego ulubionego młodego zespołu Arcade Fire, a także rozpoczął muzyczną współpracę z cenioną jazzową artystką Marią Schneider. To co miało być chwilową ucieczką w nowe rejony, stało się kolejnym pomysłem na prawdopodobnie najbardziej zaskakujący rozdział życia Bowiego. Jednak największym zaskoczeniem nie okazała się intrygująca, zanurzona w jazzie muzyka artysty, ale to że dwudziesta piąta płyta w karierze była też jego ostatnim pożegnaniem.
Wszyscy znamy historię „★”. 8 stycznia 2016 roku, w dniu 69. urodzin muzyka, album ujrzał swe światło dzienne. Dwa dni później, Bowie odszedł na zawsze. Wiedział co robi, w swoim ostatnim muzycznym testamencie zawarł wszelkie tropy i wskazówki, o których my-fani, nie mogliśmy mieć pojęcia. Co ciekawe, jak wynika z relacji muzyków pracujących z Bowiem nad „Blackstar” nie planował on, by była to jego ostatnia płyta. Oczywiście był świadomy wyniszczającej go choroby, jednak nie stracił muzycznej formy i ciągle tworzył. Podczas nagrywania płyty żaden z nowych muzyków z lokalnego jazzowego zespołu, o chorobie nie wiedział. Co więcej, jak wynika z ich relacji, jeszcze na jesieni 2015 roku, Bowie planował serię małych koncertów w Nowym Jorku, do których niestety nigdy nie doszło, z powodu pogarszającego się stanu zdrowia artysty.
„Something happened on the day he died, spirit rose a metre and stepped aside…”
I jeśli „The Next Day” była udanym powrotem na utarte szlaki, „Blackstar” było wkroczeniem na nowe muzyczne tory. Płyta z miejsca okrzyknięta została jedną z najlepszych w całej, trwającej ponad pół wieku, niezwykłej karierze artysty. Niestety, nie doczekaliśmy się kontynuacji tej ścieżki, być może kolejnej trylogii Bowiego, tym razem tej nagrywanej w ukryciu, z dala od świata i blasku fleszy.
Zostawił nas z ostatnią, niepokojącą, ale i piękną, pełną tak wielu skrajnych emocji i niezwykłych muzycznych rozwiązań płytą. Zostawił nas z olbrzymim, niezwykle kolorowym dorobkiem, który będzie inspirował i zachwycał kolejne pokolenia po wsze czasy. Zostawił nas i rozpłynął się bez śladu, po raz kolejny oszukując cały świat.
I nie trudno się dziś, dziesięć lat od tych chwil, nie zgodzić z teorią dobrego kumpla artysty, doskonałego aktora Gary’ego Oldmana, który otwarcie twierdzi, że od 2016 roku, od czasu, gdy David Bowie opuścił nas na zawsze, świat znów zaczął się sypać na kawałki, jakby osoba wyjątkowego muzyka w jakiś kosmiczny, niewyjaśniony sposób, niczym klej, spajała dalsze dzieje naszej małej planety. Bez niego.
Cóż, w końcu kto jak nie on, kto jak nie Starman, Ziggy Stardust, Thin White Duke, Blackstar i Człowiek, który spadł na Ziemię. Wydaje się to być czytelnym znakiem i niezbitym dowodem na niezwykłą moc jego muzyki, bo od tych 10 lat, odkąd nie ma z nami Davida Bowiego, niestety, gwiazdy wyglądają już zupełnie inaczej.
Autor: Kuba Banaszewski
